Tel. sat. iridium: +881621440894.

Satellite messages: http://messaging.iridium.com

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2020-01-20
2100
Ushuaia

Uff. Jesteśmy. W Ushuaia. Przy kei. Ale po kolei.

Urodziny Michała obeszliśmy jak należy, z tortem i prezentami. Ale skończyliśmy w porę, aby rankiem powstać i odwiedzić Estancie Harberton, a potem szybko przeskoczyć do Ushuaia. No to przeskoczyliśmy. Tak hop hop hop, mniej więcej. Bowiem mieliśmy 2 prognozy pogody. Według jednej pogoda na Kanale Beagle miała być plażowa, wiatr 5-6 węzłów, słońce etc. Według drugiej miało wiać pod 100km, czyli tak z 10 w skali Beauforta, z zachodu, prosto w nos. Czyli taka plaża bardziej wietrzna.

Zgadnijcie, która pogoda się sprawdziła?

Wiało już na kotwicy. Pomanewrowaliśmy między wyspami, żeby się maksymalnie schronić przed wiatrem, postawiliśmy żagle biegusiem (zarefowane!), no a potem to wyrysowaliśmy na Beaglu zęby orki naszym trackiem – najpierw takiej malutkiej oreczki, a potem to już takiego porządnego killer whale’a. Pół załogi balansowało na burcie, pół załogi łapało elementy nieożywione pod pokładem, co to przez 3 tygodnie miały swoje miejsce, a teraz postanowiły je zmienić. Tych na pokładzie woda zlewała z dużą regularnością, ale taki drobny prysznic to tylko dla zdrowotności. Woda zlewała też Selmę, momentami do jednej trzeciej kliwra, który nurzał się po pas. A kambuz działał bez zarzutu, serwując obiad, grzanki, jajka, kawę, grzanki, herbatę i ciasteczka. I grzanki.

I tak sobie przez Kanał Beagle - chciałoby się powiedzieć mknęliśmy, ale to bardziej była walka z żywiołem, co zajmowało dużo czasu i energii. I walkę tę ostatecznie wygraliśmy my, rzucając kotwicę obok jachtklubu w Ushuaia o 0030. Rankiem przestawiliśmy się do kei, potem po krótkiej przerwie rzuciliśmy się w wir porejsowych porządków (mycie, liczenie zapasów, mycie, liczenie innych zapasów, mycie – ech, ta monotonia żeglarskiego życia nawet na lądzie…) i nie mieliśmy czasu na tę pożegnalną relację. Więc teraz nadrabiamy.

Zaczynamy od podziękowań – dla Piotra, oczywiście, który nas oraz Selmę ogarniał przez tez kilka tygodni, ale także dla siebie wzajemnie, bo wróciliśmy jako zgrany zespół, który i 10B razem przepłynie i zęzę umyje, jak jest konieczność. No i też dla Selmy, jak zawsze najdzielniejszej z dzielnych.

Ale przede wszystkim dla wszystkich, którzy czytali te nasze wypociny. Stęskniliśmy się za Wami wszystkimi, dobrze będzie wrócić i Was wszystkich wyściskać. Potem będziemy zanudzać zdjęciami, opowieściami, wspomnieniami. A potem – wrócimy tu znowu…
Przynajmniej niektórzy. Dlatego na pewno do następnego razu!

Załoga Selmy
2020-01-20
2000
UshuaiaWe are back. After a bumpy ride through the Beagle Channel where wind picked up to 10B on the nose, making it certainly the most fun day, sailing wise, of the entire trip. It was certainly fun for those on the helm, to see water falling all over the boat, and wondering how people are moving below when we are almost on our side. And possibly for those who had to feed the rest – getting any food ready (and tasty) in those conditions was quite something.

We sailed for a good 12 hours, zigzagging along the Beagle Channel until finally dropping the anchor at 0030 was the time to take off wet clothes and have a cup of tea without worrying that it may easily spill over.

And today is the day of final cleaning, tidying up, and packing. And then our trip to the Antarctica will really become a memory. Until we come back here and create a new one. So thanks for reading and we hope you enjoyed the stories as much as we enjoyed sharing them.

Magda Kopczyńska
2020-01-18
Selma Jak mówi stara piosenka: „Tort to jest poezja rumu i koniaku...”, my niestety nie dysponujemy (już?/jeszcze?) takimi trunkami, ale jest trochę spirytusu więc tort będzie taki jak trzeba. A o co chodzi? Otóż , uwaga!: dokładnie 18 lat temu o godzinie 1300 czasu polskiego przyszedł na świat Michał, nasz najmłodszy załogant, nasza przyszłość w której pokładamy ogromne nadzieje i chociaż od dzisiaj zapewne zacznie się już gwałtownie starzeć to jednak zacny jest to wiek, że tak zazdrośnie zauważymy. Nie wiemy jeszcze, jak silne piętno odcisnęły nasze zramolałe osobowości na młodej psychice. Pokładamy nadzieję, że straty nie są duże. Dobra, żarty na bok. Niewątpliwie Michał spoko gościem jest!

Michale, Najlepszego!

Wieczorem odbędą się główne uroczystości upamiętniające.


Solenizant :)


Sto lat, sto lat!

Co tam u nas jeszcze się działo przez ostatnie dni? Po kilkudniowym silnikowaniu przyszedł wiatr, potem poszedł, później znowu przyszedł aż wreszcie zaczął wiać równo i to w dobrym kierunku. Następnie się wzmocnił i miał zacząć wiać z niedobrego kierunku czyli z północy, no to my myk na zachód, żeby nabrać wysokości. No to wiatr faktycznie przyszedł z północy a my byliśmy na to gotowi, wiatr współpracował ściśle z falą ale i ona choć spora nie była w stanie nas spowolnić. Ależ my zasuwaliśmy, mile przelatywały w oczach. Przepływając koło Hornu, ledwie udało się go zobaczyć. Zziuuut…. I już po Hornie. Teraz jesteśmy już w Kanale Beagla, być może staniemy na kotwicy w Estancia Haberton gdzie wiadomo – uroczyste uroczystości.

Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.
Załoga Selmy


Solenizant w trudnych warunkach.


Damian rządzi



.
2020-01-18
Selma The good mood of Sir Francis Drake lasted for exactly 24 hours. It was so good that we had to pinch ourselves to actually believe that we were crossing the waters famous for strong winds and big waves. The water was smooth and glossy, without a single wrinkle, and felt as if we were sailing on liquid silver. Wind was zero, and fog was descending upon us every now and then, suspending Selma in the middle of nothingness and making the memory of the Antarctica feel distant and unrealistic.

But fortunately you can count on the Drake Passage to offer fun sailing, always. Sometime in the late afternoon of 16th the wind started to pick up, and then a bit more, and then even more, and throughout the rest of that day and the following one there was really a lot of ups and downs onboard, with things and people moving quite fast in sometimes unplanned directions. No harm done to anybody, or anything, for that matter. And helming was soooo much fun, trying to steer the course and going fast, while avoiding water coming from the side or from the bow to hit the person at the helm. For quite a while we carried a full main sail in addition to mizzen and jib, so there was a lot of power and a lot of speed. When the wind got even stronger in the afternoon of 17th, we first took down the main sail, then the mizzen and then replaced the jib with a smaller one – and somehow the speed did not go down visibly. The waves continued to grow which was to be expected, considering strong wind and also all the space the ocean waves have in the Drake Passage to grow. After all, it is it is the only place where no land stops the water going all around the globe

Obviously, life on board gets just a bit more complicated with heavy heeling and hitting the waves, in particular for people who have to cook food – and then to serve it. Working in the kitchen can be really fun when you have to remember that everything can move at any time, if not secured at the right angle. And sleeping can be fun, too, provided you make it safely to your bed and manage to put up the protecting cloth before you are thrown out of your bed by a rouge wave. Once you are in, all is fine so the obvious alternative to consider is never to get up … but we all did, reporting for duty or food or some other urgent needs.

We passed Cape Horn on our port side late in the afternoon of 17th, then other islands of the Wollaston Archipelago came up and we got really close to the entrance to the Beagle Channel. But the wind we are facing is exactly into our bow so however short the passage to Estancia Harberton it will take a while. Oh, and we have somebody onboard turning 18 exactly today – not a bad place to do so, is it. So while close to Ushuaia, not quite there yet, and as the good seafaring tradition goes, we are not betting on our ETA (Estimated Time of Arrival) until we have arrived.

Magda Kopczyńska


You can count on the Drake Passage


.
2020-01-16
SelmaWypływamy powoli z obszaru Traktatu Antarktycznego, chlip, chlip. Ale wypływamy z fasonem, bo postawiliśmy grota i kliwra. Nie powinno to być wydarzeniem wartym wzmianki, ale jednak jest, bo wcześniej przez 24h motorowaliśmy przez Drake’a, który swoją szklistą i gładką powierzchnią bardziej przypominał roztopiony ołów niż ocean. Przypominał, jeśli było coś widać, bo jeśli była mgła, to nie przypominał niczego. Żeby jeszcze ten ołów przebił czarny trójkąt płetwy orki albo ogon humbaka! A tu nawet albatrosy były zagubione, bo ich nie było. Ale nie narzekamy, traktujemy Sir Francisa z szacunkiem i przyjmujemy wszystko, co nam przynosi, z pokorą.

Przez te 24 godziny nie działo się zbyt wiele w tematach żeglarsko-morskich. Działo się za to niezmiennie w tematach kulinarnych – taki bogracz węgierski się zadział (dziękujemy za wsparcie z przepisami!), zupa z dyni oraz inne standardowe dania w postaci grzanek i owsianek. A poza tym dzieje się salon czytelniczy. Czytamy, jak to na morzu, o górach na przykład. O Hong Kongu i straszliwie skomplikowanych aferach tamże. O światach równoległych, z których wypełzają mgły i awatary. O wielorybach, czy raczej wielorybie, tym najważniejszym. Powieść francuską czytamy, po francusku, która dzieje się w Brazylii w 17tym wieku. Lekturę szkolną też czytamy, a co, po angielsku dla odmiany.

Nie bardzo tylko mamy jakieś porywające zdjęcia, aby to wszystko zilustrować, bo mgła to mgła, a koleżeństwo zatopione w kindlach i innych czytnikach także nadmiernie fotogeniczne nie jest.

Ale nieustająco ciepło Was pozdrawiamy, już niedaleko

Załoga Selmy

Ps. Oczywiście po szklistym i gładkim Drake’u nie ma już śladu. Ale za to płyniemy szybciej



.
2020-01-15
SelmaKochani,
zapraszamy Was na wystawę
"Polskie Bieguny. Himalaje 74' i Antarktyda 77'.

Dla wszystkich, którzy tęsknią za Antarktydą bo już tam byli, dla tych, którzy tęsknią bo jeszcze tam nie byli i dla wszystkich, którzy tęsknią za śniegiem i/lub za piękną fotografią :) i dla tych, którzy właściwie za niczym nie tęsknią też ;). Czasem dobrze popatrzeć na świat - choćby na fotografii i się nim zachwycać.

...no i na Himalaje też, w sumie, można popatrzeć, czemu nie

Wystawa │ Polskie Bieguny. Himalaje ’74 i Antarktyda ’77

.
2020-01-14
2000
Cieśnina Drake'a

Wracamy. Smuteczek trochę jest. Ale my tu jeszcze wrócimy z Olem!
Ruszyliśmy wczoraj po południu, pochowaliśmy pontony, silniki, rakiety, czekany i wiele innych rzeczy, wszystko zostało powiązane, wszystkie dziurki jak kluza kotwiczna pouszczelniane, luki podokręcane, jednym słowem jesteśmy przygotowani na przebycie Cieśniny Drake’a.



Antarktyda najwyraźniej też się wzruszyła, z nieba siąpiło, odprowadzało nas stado orek, pingwiny machały skrzydełkami, a humbaki wydmuchiwały rzewne i smutne melodie („Ta ostatnia niedziela” to przy nich dyskotekowy kawałek). Wszystko się kiedyś kończy, jednak nie rozpaczamy jakoś straszliwie, widzieliśmy bowiem tak niesamowite i oszałamiające rzeczy, że zostaną z nami do końca życia. Poza tym to nie koniec, przed nami jeszcze wiele wrażeń, m. in. czekamy na popisy szybowcowe albatrosów ,ale musi trochę powiać, bo póki co, to prawie bezwietrznie i mgliście. Mamy się świetnie. Pozdrawiamy.

Jodyna, dzięki za smsa trzymaj się ciepło.

Iza i Damian ściskają Mariannę, Anetę, Amelkę i Kubę.

Beata i Kris serdeczności dla Dziadka Janka, Kaśki, Zuzi, Maćka i Leszka.

Załoga Selmy
2020-01-14
1800
Drake Passage

The final weather of our penultimate day in the Antarctica was almost perfect, until it was not anymore. The change happened already when the final hiking group was out, and struggling up and through snow to have a look from above at Chiriguano Bay (where Selma was anchored), Duperré Bay and Larvik Harbour. It quickly got grey and foggy, and finding a safe track in between crevasses got trickier. So we decided not to climb to the peaks looming ahead, and turned back. A short and sweet goodbye to our land based adventures during this visit.



After a calm night we woke up to take care of final preparations for the Drake Passage. Both Zodiacs and hiking gear were cleaned and safely stored, we tied up what needed to be tied up, and loosened up all the rest. And then we weighted anchor and left through the Gerlache Strait. The continent was all covered in clouds and fog, and completely invisible, while the waters of the strait were completely flat and calm. With the drizzle in the air it was almost too easy to think that the Antarctica felt as sad to see us go as we did, to leave it. And then a pod of killer whales turned up, and literally saw us off swimming ahead of us till after we turned North, leaving the Brabant Island to our starboard side, and Melchior Islands to the port. And that’s it, we have left the Antarctica land side, promising ourselves to be back as soon as possible.

So we are now in the Drake Passaging mode again, i.e. focusing on sailing on and eating a lot. For now Sir Francis seems to be in a good mood, offering us lightly rocking swell, a bit of sun and a lot of fog. But there are still a few days ahead, and we know he can be very imaginative.

Magda Kopczyńska
2020-01-12
Wyspa Braban

‘Chrzanić słoneczko chcecie?’ – pomyślało słoneczko. ‘To ja Wam pokaże.’ I pokazało. Bo wyszło. No i się zaczęło: pocztówkowy szał widoków Zatoki Charlotty, plażing w kokpicie, ciemne okulary i herbaty z palemką, fikające na naszych oczach koziołki góry lodowe, a wszystko w oczekiwaniu zapierającej dech w piersiach i przyprawiającej o szybsze bicie serca wycieczki pieszej na Kontynent. Antarktyczny Kontynent.



Ale zanim wycieczka piesza odbyła się wzmiankowana wcześniej wycieczka na dwa pontony. Najpierw popłynęliśmy na pierwszą bezimienną wyspę, gdzie szukaliśmy – no właśnie, chyba tylko Piotr wie, czego, więc my nawet nie wiemy, czy znaleźliśmy. Potem udaliśmy się na drugą bezimienną wyspę, gdzie mieliśmy obejrzeć foki, tyle że one były na tej trzeciej. Ale że duch w narodzie silny jest, udaliśmy się na tę trzecią i foki już tam na nas czekały. 11, dokładnie. Niektórzy koło fok się umieszczali (w odległości przepisowej i bezpiecznej, dla siebie i dla foki) w celach ekspozycyjno-fotograficznych. I jak tak leżeli i eksponowali, to dało się zaobserwować uderzające podobieństwo w kształtach – nie wiadomo, czy z powodu wszechobecnej w przyrodzie mimkry, czy z powodu ton jedzenia, które w siebie wciskamy (oczywiście, tylko dlatego, żeby się nie zepsuło, jak wpłyniemy w ciepłe; teraz na przykład na kuchence dochodzi wołowina po burgundzku – 4 kg wołowiny argentyńskiej na obiad dla 9 osób…). I dlatego nie będziemy prezentować zdjęć członków załogi oraz fok, razem. Osobno – jak najbardziej!



Jak już ta wyprawa na dwa pontony i 11 fok dobiegła końca, odcumowaliśmy od gościnnego wraku i popłynęliśmy w kiczowatość zalanej słońcem Antarktyki. Wycieczka piesza miała się odbyć wcześniej, ale wszedł nam w paradę statek wycieczkowy (nie po raz pierwsze zresztą i pewnie nie po raz ostatni), którego aktywności musieliśmy przeczekać, aż opuszczą Portal Point. Musimy Wam się do czegoś przyznać – my tak do końca za statkami nie przepadamy. Ale pociesza nas to, że oni za nami jeszcze mniej. Bo to my możemy sobie popłynąć wszędzie, a oni tylko w wyznaczone i uzgodnione wcześniej miejsca. Bo to my wychodzimy na ląd malutką grupą, a oni w tłumie zorganizowanym. No i my mamy wachty kambuzowe - a oni nie!



Ale jak już statek popłynął, to ruszyliśmy, dokładnie o 2020 10.01.2020 (mamy dowód!). I dokładnie o 1220 12.01.2020 wróciło. Nie wiemy, co o tym myśleć, więc nie myślimy. Ale wycieczka była przepiękna, grzbietem pagórków Przylądka Reclus, z widokami na ozłocone zachodzącym słońcem góry i lodowce zatok Charlotte i Bancroft i Gerlache Strait. Szliśmy przepisowo powiązani linami, w rakietach (niektórzy; inni walczyli z materią kopnego śniegu) i z czekanami w dłoniach. W zasadzie gdyby nie oczekująca na nas na Selmie zupa pomidorowa to byśmy tak szli i szli, do Herbert Plateau i dalej, na południe Grupa alternatywna, która nie poszła na wycieczkę (i przygotowała zupę!) zaprzyjaźniała się z lokalną fauną, w postaci foki, która uparcie pływała za ich pontonem. Nie wiemy, czy przyjaźń przetrwa rozstanie.



Po powrocie i zupie poszliśmy spać, a o 0600 już byliśmy w drodze, na Wyspę Brabant, w Zatoce Chiriguano, gdzie też jest plan wycieczki. Jest tu taka góra, na którą niektórzy chcieliby wejść. Istnieje tylko podejrzenie, że wtedy to wróciliby na kolację, ale jutro. Ale jak będzie, to zobaczymy. Po wołowinie po burgundzku raczej energii nie zbraknie.

Załoga Selmy
2020-01-11
Enterprise Island

Przedwczoraj niesamowity i niewyobrażalny sukces. Genialny interdyscyplinarny duet: biolog i inżynier czyli Piotr i Kris naprawił nasz piecyk centralnego ogrzewania.
Faktem jest, że większość prac przebiegała na klęczkach co mogło mieć swoje znaczenie. Nie chodzi tu nawet o temperaturę, ale o wilgoć w jachcie, z którą walczymy od początku rejsu i teraz ta walka co najmniej się wyrównała. Będą suche rękawiczki i sztormiaczki i trzeba to jakoś uczcić. Naprawdę się świetnie złożyło bo przedwczoraj cały dzień padało, (generalnie dużo pada i pogoda jest bardziej jak w marcu, czyli jesienią a nie w środku lata). Może się jednak doczekamy słonecznego dnia.
Dwa dni temu, spędziliśmy jeszcze cały dzień na gościnnych Wyspach Argentyńskich, czyli u naszych ukraińskich przyjaciół, wycieczki po okolicznych szczytach, odwiedziny w Stacji Muzeum czyli w Chatce Wordiego, nieopodal której przepierza się pingwin cesarski – biedaczyna musi trzy tygodnie sterczeć na brzegu na głodniaka, ale w wodzie bez odpowiedniego upierzenia by długo nie pociągnął.
Objadamy się nieprzyzwoicie, a w związku z pojawieniem się ogrzewania ciężko mówić, że to z powodu zimna. Wieczorem zdjęliśmy cumy i ruszyliśmy w stronę Zatoki Paradise, niestety Cieśnina Penola zawalona lodem i trzeba było podkulić ogonek i się wrócić, a następnie wyskoczyć na otwarty ocean poza wyspy subantarktyczne okalające kontynent i nie zważając na falkę i paskudny deszcz okrążyć zwały paku.
Między wyspy wskoczyliśmy ponownie następnego dnia na wysokości Wyspy Wiencke (nazwanej tak na cześć nieszczęsnego marynarza z wyprawy statku Belgica w której jak wiemy brało udział dwóch naszych rodaków), dalej Zatoka Paradise – jedna z piękniejszych w Antarktyce a ten dzień zakończyliśmy na kotwicy Wyspy Cuverville spowitej gęstą mgłą.
Zobaczymy co będzie dalej, bo z powodu pogody nie chodzimy na bardziej ambitne wycieczki a to się może odbić na naszej psychice (już wkrótce nasze sztormiaki zaczną trzeszczeć w szwach).
Oby słoneczko wreszcie wstało, nawet późno.
br/> Jednak nie. Po dzisiejszym dniu stwierdzamy, że chrzanić słoneczko, nie jest nam niezbędne. A zaczęło się tak niewinnie.



Raniutko o 0600 trochę ubyło mgły i chmury się ciut podniosły czyli szybka wycieczka na duże pingwinisko pingwinów białobrewych na Cuverville. Później mgła zniknęła i chmurki jeszcze ciut do góry – następna wycieczka tym razem na pingwinisko pingwinów maskowych (tego jeszcze nie przerabialiśmy, mamy więc komplet obecnych tu gatunków) na wyspie Orne. Następnie mgła, gęsta mokra mgła. A co można zobaczyć w gęstej mgle, w której nic nie widać? Oczywiście wieloryby.



O ile są blisko. Te były tuż przy burcie Selmy i to długo. Kompletny odjazd. Później mgła troszkę ustąpiła i następne wieloryby, tym razem żerujące, bąblujące, tłukące płetwami o powierzchnię wody. Odetchnęliśmy usatysfakcjonowani, jednak dobry dzień to jest.



Płyniemy płyniemy, obok stado dziesięciu orek… . Poważnie! Natknęliśmy się na nie niechcący i towarzyszyliśmy im dosyć długo.





Doturlaliśmy się do wraku przy Wyspie Enterprise gdzieś na 1900 i następne wycieczki, stare łodzie/waterboaty wielorybnicze, później bezimienna mała wysepka i…, może wystarczy na dziś. Po kolacji napompowaliśmy drugi ponton, żeby jutro jeszcze bardziej zintensyfikować wycieczki bo jak wspominaliśmy cały czas się rozkręcamy. I w nosie mamy mgłę!





Załoga Selmy.
2020-01-08
Półwysep AntarktycznyPoza czasem*

O bergibitach, bananach i kąpielach dla zdrowotności

Mamy problem z bergibitami. Gdzie się nie ruszymy, tam bergibity. Wypływamy z kotwicowiska – bergibity. Przepływamy na wyspę Petermann – bergibity. Jutro też będą na nas napadać. I może nawet pojutrze. A najgorsze jest to, że jeszcze 3 dni temu żyliśmy w kompletnej nieświadomości ich istnienia. Niewiedza bywa błogosławieństwem. Czasami.

Mamy także problem z bananami. Tzn. mamy dużo bananów, z których zrobiliśmy już placki z bananami (2x), smażone banany (2x), banany solo (permanentnie) i w sałatce – a ich nie ubywa. To podobna sytuacja do tej z bergibitami – czego byśmy nie zrobili, one nadal są.

Mamy też problem z kąpielami. Chociaż nie, z kąpielami to akurat nie mamy żadnego problemu, bo ich nie odbywamy. Czyli sytuacja odwrotna do tej z bergibitami i bananami… Ale niektórzy są w desperacji i wtedy skaczą do wody podczas zakładania cum. Woda była nienadmiernie gorąca.

Od 24h pada deszcz**. Płyniemy – pada. Chodzimy po pingwinisku – pada. Śpimy – pada. Budzimy się – pada. Jemy – pada. Pijemy herbatę – pada. Nie spodziewajcie się wobec tego innych relacji – dopóki nie przestanie padać, nie znikną bergibity oraz banany

* Czasu za dużo nie mamy. Stąd opóźnienia w relacjach. A czasem wychodzą takie poza czasem.
** Wiemy, że gdy będziecie czytać tę relację, sytuacja opadowa ulegnie zmianie. Wielokrotnie. I gdzieś kiedyś pojawi się nad nami błękitne antarktyczne słońce i gorące niebo.

Załoga Selmy
2020-01-07
2000
Vernadsky StationSaying that we are too busy to report on what we are busy with sounds a lousy excuse but it is actually true. We move from one spectacular island to another, hiking, visiting penguin rookeries, photographing everything that needs to be photographed, and a few things that do not – and occasionally falling into the icy water. At least one person fell, once. Not quite on purpose. But since every experience is a source of knowledge, we now know that cloths that have been soaked in salty water do not dry completely. Instead they reach ‘Antarctic dryness level’, i.e. remain sort of damp and wet. Well, things not soaked in salty water also remain at the Antarctic dryness level, no matter what.

We passed by Petermann Island, Yalour Islands, and reached Vernadsky – a Ukrainian research base on the Galindez Island in the Argentine Islands archipelago, named after an Ukrainian scientist from 30’s. In the past the station belonged to the British Antarctic Survey, and was called Faraday Station but was offered to independent Ukraine in 1996 for a symbolic 1 pound. It is a busy place with scientists from Ukraine and other countries staying for shorter and longer stays, including wintering over, and many new projects starting all the time.

It was a real thrill to talk to a young Ukrainian scientist who finalizes her PH.D. on whales, and to find out more about what the impacts of changing ice conditions are on the presence (or absence) of some of them here. Killer whales inevitably made it into the conversation because at least some in the Selma crew show a strange fondness for this top predator of the Antarctica.

Ukrainians kept many photos and memorabilia of the Faraday station times, so there is quite a lot of polar history to discover on the walls there. It was the research conducted at the Faraday Station that led to the discovery of the hole in the ozone layer over the Antarctica many years ago. They continue to research atmosphere, plants, animals – everything that Antarctica can teach us. And with the incredible hospitality and friendly atmosphere created by Ukrainian hosts the Vernadsky Station has become a very popular destination for both yachts and cruise vessels, and possibly the friendliest of all stations in the peninsula area.

We have already done a fair share of ‘Antarctica musts’, and we have seen several species of penguins, including our favourite Adélie ones. We will not have time to go really far South (and our ice breaking capacity is not there, either;)) but somebody form the South actually came to visit – an Emperor penguin was discovered in the vicinity of the Vernadsky, standing alone and waiting for its old feather coverage to disappear. They normally breed 2 degrees to the South from here so it was really nice to see one of the famous stars of The March of the Penguins around. Stories of more encounters with the Antarctica flora and fauna to follow.

Magda Kopczyńska
2020-01-07
1800
wyspa Hovgaard
Wojtek i wieloryb fot.Iza

Jeden czerwony jacht na wodach antarktycznych zobaczyć – szczęście mieć będziesz. A dwa? Zacumowane burta w burtę w jednej z zatok wyspy Hovgaard? To już mega szczęście chyba. My w każdym razie z radością przyjęliśmy zaproszenie od brazylijskiego jachtu Paratii, aby właśnie koło niego stanąć na nocleg 4 stycznia, bo zatoka spokojna i kotwicowisko przez nich sprawdzone. Właścicielem (i skiperem) Paratii jest Amyr Klink, który opłynął świat i Antarktydę, a w międzyczasie opatentował z dużym sukcesem (finansowym) kilka wynalazków i teraz jachtów ma więcej oraz marinę w Paratii właśnie, gdzie gorąco nas zapraszał. Wpadł też zobaczyć Selmę, ale wymiany jachtów nie zaproponował, a zresztą nawet gdyby, to kto by ten jego luksusowo wyposażony jacht chciał zamiast naszej Selmy?!

Załoga Selmy
2020-01-06
Stacja Vernadsky6 stycznia ruszyliśmy szukać największych w tej okolicy Półwyspu Antarktycznego kolonii Adélie na Wyspach Yalour. I znaleźliśmy – te najbardziej chyba elegancko prezentujące się pingwiny siedziały z małymi puchatymi kulkami pisklaków i pozwalały łaskawie na sesje fotograficzne w wykonaniu bandy w dziwnych kolorowych strojach. Nad koloniami krążyły skuy (liczba mnoga od skua…) i chociaż niby wiemy, że przyroda nie jest okrutna, tylko wszystkie gatunki walczą o przetrwanie, to chyba trochę byliśmy po stronie tych małych obywateli w czarnych frakach i rzucaliśmy w stronę skuł (?) spojrzenia raczej nieżyczliwe.


Ukraińska skua fot.Iza

A potem znowu włączyła się opcja pt. Magia Antarktydy, bo pod błękitnym niebem sunęliśmy wśród gór lodowych i growlerów, wskakując czasem na ponton, aby obejrzeć te szmaragdy i akwamaryny z bliska, obfotografowując foki, pingwiny i wieloryby. No co będziemy Wam pisać – że pięknie i że przymiotniki wysiadają??

Dopłynęliśmy do ukraińskiej stacji Vernadsky, gdzie dzisiaj - 7 stycznia – obchodzone jest Boże Narodzenie. Odwiedziliśmy tę najgościnniejszą na Antarktydzie stację wieczorem, oprowadzeni przez zaprzyjaźnionego z Selmą Bohdana, geofizyka. Zresztą wydaje się, że wszyscy, których spotykamy po drodze, są z Selmą zaprzyjaźnieni.


A na Vierdnackim fot.Iza



Załoga Selma
2020-01-05
Wyspa Petermann
Pingwiny Adeli fot.Iza

5 stycznia niespiesznie przepłynęliśmy do fiordu na wyspie Petermann, bo tam piękne widoki i pingwinowiska wszystkich 3 lokalnych pingwinów (Adélie, białobrewe i maskowe) oraz pamiątki po zimowaniu Charcota (na jachcie Pourquoi Pas?) w 1909 roku. Udaliśmy się karnie na wycieczkę i byłaby to bardzo piękna wycieczka, gdyby nie padający deszcz – a tak była tylko piękna. Zostaliśmy tam na noc w otoczeniu pingwinich dźwięków i zapachów

Załoga Selmy
2020-01-04
2000
Pleneau Island
Selma i pingwiny fot.K.Jasica

Nadrabiamy zaległości.
Przedwczoraj dotarliśmy pod wieczór (jedynie z nazwy bo jasno jest całą dobę) do Port Lockroy, brytyjskiej Stacji Muzeum. W nocy wachty kotwiczne i taniec z growlerami (mniejszymi kawałami lodu), sypiącymi się całkiem obficie z pobliskiego lodowca. Growlery maja dosyć podłe poczucie humoru, rozpędzają się tyralierą w stronę Selmy i widząc (lub czując), że zmierzamy z tyczką w ich kierunku, tuż przed burtą gwałtownie zmieniają kierunek i próbują z drugiej burty. Jest to wyczerpująca emocjonalnie walka i może trwać w nieskończoność.
Wczorajszym rankiem wizyta na pobliskim pingwinisku, gdzie jest kolonia pingwinów białobrewych, dwa szkielety wielorybów ułożone przez pana Cousteau i następnie expresowe i pod presją czekającego wycieczkowca odwiedziny Stacji. Jesteśmy bowiem w jednym z najbardziej spektakularnych i obleganych miejsc w tej części Antarktyki, prawie jak Plac Św. Marka w Wenecji. Wycieczkowców jest sporo, ale nie będą statki pluć nam w twarz i dzieci nam germanić. Dzięki AISowi (powiedzmy, że to takie urządzenie do identyfikacji jednostek) widzieliśmy je na ekranie i mogliśmy wykołować, znaczy wybrać moment do samotnego przepłynięcia bardzo pięknego Kanału Lemaire. Wszystko się udało, kanał absolutnie zachwycający, dopisały foki i wieloryby.
Skierowaliśmy się następnie do Port Charcot, odkrytego przez swojego imiennika i wtedy nastąpiło apogeum – pływanie wokół, między, obok – ogólnie kręcenie się i zachwycanie wspaniałością i różnorodnością gór lodowych, które zagonione przez sztormy w szkiery między wyspami Bootha, Pleneau i Hovgaard, dożywają swoich dni. Absolutnie wspaniały dzień. Na noc przywiązaliśmy się do szkierów przy Hovgaard, a rankiem obudziła nas mgła oraz chęć eksplorowania.


Selma i góra

Szybki podział na dwa zespoły, pierwszy - Zdobywców właśnie wrócił ze zdobywania (z sukcesem) niebotycznego szczytu Hovgaard Island, a drugi zespół zajął się odkrywaniem pobliskich wysp oraz nieznanych gatunków. Było blisko, Piotr odkrył kałużę i w niej sporo skoczogonków zajętych w najlepsze szybkim rozmnażaniem się. Nie przeszkadzaliśmy i choć są to stworzonka żyjące w glebie (dużo im zawdzięczamy, choć mają do półtora milimetra w kłębie) i w kałuży są skazane na zagładę, to nie uratowaliśmy ich (już się montowała mocna ekipa ratunkowa), Piotr powiedział, że nie możemy zakłócać naturalnego prządku rzeczy. Po obiedzie zamiana zespołów, wszystko się może więc zdarzyć, bo wyraźnie się rozkręcamy.
Pozdrawiamy.


Szczyt fot.Michał Roziel

Załoga Selmy
2020-01-04
1800
Pleneau Island
Selma fot.K.Jasica

(Catching up a bit today)
If you thought you had already seen the ‘boring’ mentioned above, just wait.

We managed to go through Lemaire Channel yesterday. ‘Managed’ because the ice that often blocks this 11km passage between Booth Island and the Antarctic Peninsula had been cleared by the winds we had also experienced for the past 2 days. The sail was smooth, apart from the need to navigate around smaller and bigger chunks of ice floating on the water. And if you put together spectacular steep rock cliffs, glaciers (whoever came up with the idea of ‘Hotline Glacier’ for a name?!), icebergs and whales passing by, you get a ‘day from a guidebook to Antarctica’ experience. And a very beautiful day, for that matter.

Postcards from Antarctica often feature a single tabular iceberg. Where we passed the afternoon of yesterday after Lemaire Channel could easily fill a couple of hundreds of postcards. Some people call it the cemetery of dead icebergs because those majestic blocks of ice get stranded in the shallow (-ish) waters of bays close to Charcot and Pleneau islands. But the place does not have a cemetery feeling about it. It is full of penguins, seals, whales – and krill on which the animals feed. And any attempt at describing shapes, sizes, colours, and, let’s call it, beauty of what we saw would make the story read far too cliché. So please wait for the zillions of photos we will all bring back.

The weather was not the most welcoming one, with drizzles of rain and grey clouds above our heads. We headed for a safe anchorage next to Hovgaard Island, secured our overnight mooring with 4 ropes and went for a quiet night sleep under descending fog.

The morning woke us up with a fog first but then it lifted to remind us what a summer in Antarctica can look like. It was a brief reminder though, lasted for a couple of hours but enough for one group to climb to the top of the mountain on Hovgaard Island. The other group spent the time moving Selma to another anchorage, having a tea, going for a walk, having a tea, and exploring examples of local flora and fauna at the adjacent islet (examples varying in sizes between 1.5mm to 1.5m). Oh, and having a tea afterwards, too. A walk to Hovgaard peak for the second group, took place, as planned, after lunch. In the meantime the first group, in addition to having tea, prepared an amazing dinner which was just what you need after walking up and down in the snow.

Magda Kopczyńska
2020-01-02
2200
Port Lockroy
Magda i czterdziestu pingwinów fot.Iza

Jak już powitaliśmy Nowy Rok, to popłynęliśmy sprawdzić, czy Antarktyda w 2020 wygląda jakoś znacząco inaczej. Wydaje się, że góry lodowe, którymi usiane były i okolice wysp Melchiora, i Schollaert Channel, i Gerlache Strait jeszcze nie wróciły z sylwestrowych balów, bo nadal czarowały koronkami, tiulami, błękitnym muślinem i szmaragdowym woalem.
Gdzieniegdzie pojawiały się bardziej drapieżne przebrania rycerskich zbroi i kołpaków z piórami. No i zdaje się, że na antarktycznego sylwestra cukiernik spisał się na medal – bezy wszelkich kształtów i kolorów nadal czekają na chętnych.
Był też humbak – ale wyraźnie nadal nie odespał noworocznych szaleństw, bo albo pokazał lewe pół płetwy ogonowej, albo prawe, ze dwa razy całą – i tyle. O wyskokach i innych ekstrawagancjach na razie nie było mowy.
Płynąc Gerlache Strait na południe nie mogliśmy nie skręcić w Neumayer Channel – nie tylko dlatego, że widowiskowy niesłychanie, ale też dlatego, że tak nam było wygodniej i po drodze. W prognozie wiatr miał wiać 15 węzłów. I powiał – 15 z plusikiem. Sternicy na sterze byli bliscy opcji krótkiego rękawka, ale rozsądek zwyciężył. Przynajmniej na razie.

Poza tym wszystko u nas w standardowym porządku: robimy za dużo zdjęć, którymi będziemy Was katować do następnego rejsu na Antarktydę (O, zobaczcie, tu był wieloryb! O, tu takie troszkę tylko nieostre zdjęcie albatrosa! O, a ta góra lodowa na tym 14tym zdjęciu wygląda zupełnie inaczej, prawda? O, a ten pingwin to podszedł całkiem blisko!); zmniejszamy ilość zapasów jedzeniowych; omawiamy skuteczne i nieskuteczne sposoby niemarznięcia w ręce/stopy/nosy/uszy (niepotrzebne skreślić); i nieustająco Was pozdrawiamy z tych pięknych okoliczności przyrody.


Górka fot.Iza


Pochwodziób fot.Iza

Załoga Selmy
2020-01-02
2100
Port LockroyA Happy New Year arrived and continues to be such. Icebergs of all imaginable sizes, shapes and colours; a humpback whale that passed by to wave its tail to say hello; and an exciting windy sail through the beautiful Neumayer Channel – if these do not make a good 1st of January, we are not sure what does.

A breezy night kept us awake at an ‘anchor watch’, to make sure that the anchor holds fast, and also to be ready to push away small ice growlers that kept falling off the ice cliffs around us and should not be allowed to hit the hull of Selma. But as the night never gets really dark here it can be a nice 2 hours time to look around, take another set of photos, and reflect on whatever it is one reflects upon when not sleeping at night in the Antarctica.

The morning of today brought a bit more wind, a bit more sun, and a trip to a small Gentoo penguin colony nearby. They are nesting now, and the first chicks are already there so we kept a safe 10m distance not to disturb them and not to encourage skuas that were circling over our heads, waiting for an abandoned nest.

There is a slight possibility

Magda Kopczyńska
2020-01-01
1830
Melchior Islands
Załoga Selmy Nowy Rok 2020

Hop siup i jesteśmy. Może nie jest to rekord świata, ale poszło nam całkiem gładko i bezproblemowo.
Teraz stoimy sobie w zatoczce między Wyspami Melchiora, zakotwiczeni i przywiązani do skał. Już po wycieczkach górskich i pontonowych, po pierwszych zachwytach, rozdziawieniach buź, pierwszych fokach Weddella, pingwinach maskowych, górach lodowych i … dużo by opowiadać a czas się przygotować do balu Sylwestrowego, pieczeń się piecze, brokat się sypie, smalec się smalczy. Dobra nie rozpędzajmy się. Może lepiej: Wszystkiego dobrego w Nowym Roku Kochani.

Załoga Selmy.
2019-12-31
1800
Melchior IslandsSo here we are. We sailed into the Palmer Archipelago through the Dallmann Bay, and then went between the Melchior Islands (the ones with names after Greek alphabet letters) where we dropped anchor some time early afternoon.

And now, after less than 12 hours in the Antarctica proper it feels as if we have been here for weeks. We have seen the bluest of the bluest icebergs, the whitest of the whitest ice; we walked up a glacier and we visited neighbouring bays in a dinghy. And at least some of us are asking ourselves what took us so much time to come back here. And why don’t we do it every year?!

(Maybe it is a good New Year resolution…).

And on that optimistic note, Happy New Year to all, those in the Antarctica and those in all other places, cold and warm alike.

Magda Kopczyńska
2019-12-30
2030
Drake PassageDrake passaging mode continues. Time is split between sleeping, eating, helming, and a growing amount of social interactions – in no particular order. In the meantime, we went through a low pressure area which brought clouds and wind: a nice strong wind which allowed Selma to easily go as fast as 10 knots, and then cover 210 miles in 24 hrs which is quite a nice result. Helming was both fun and a challenge, and a very energetic physical activity, to respond to waves and squalls coming at different or same time from different or same directions. A very good warm up, too.

130 miles left, more or less, till we pass by Smith Island, the first of South Shetland Islands. Obviously, ‘passing’ may actually mean a distance of 10 or 20 or 30 miles, depending on circumstance we find ourselves in. But clearly we are getting close: we crossed 60 degrees latitude South which means we are in the waters covered by the Antarctic Treaty.

A small reminder: the Treaty was signed on 1 December 1959 and entered into force on 23 June 1961, following a successful scientific cooperation of 12 countries during the International Geophysical Year 1957-58. The Treaty determines that Antarctica shall be used for peaceful purposes only, including scientific and research activities. Since its signature several other countries acceded to the Treaty: the sole requirement being that the country would conduct research activity in Antarctica. Following the Protocol on Environmental Protection to the Antarctic Treaty (Madrid Protocol) signature in 1991, Antarctica was declared a nature reserve, devoted to peace and science. However, it still requires further protection, to make sure that the growing economic interests do not destroy its fragile and pristine environment. While the Ross Sea was declared a Marine Protection Area in 2017, turning it into the biggest marine reserve worldwide, attempts to create other MPAs around the Antarctica have been unsuccessful so far.

As Selma is a member of IAATO (International Association of Antarctica Tour Operators), our voyage is subject to strict environmental requirements for trips in that part of the world, including what we must do before and during landing and how to approach animals that we meet on the way.

So we are ready. Now we just have to patiently sail through the remaining 100+ miles into the last day of 2019 and Antarctica.

Magda Kopczyńska
2019-12-30
2000
Drake Passage
Płyniemy bez wysiłku

Niż nas „liznął” jęzorkiem, ale wbrew pozorom został przez nas przywitany bardzo entuzjastycznie. Dzięki niemu rozwinęliśmy co najmniej przyzwoite prędkości. 10 węzłów stałej prędkości (nie, że na zjeździe z fali) pozwoliły osiągnąć przebieg 210 mil w ciągu doby, wstydu więc nie ma. Chętnie byśmy uścisnęli serdecznie naszego „niża” ale (pominąwszy trudności technicznie) zostawił nas samych i wróciliśmy do telepania się z mizerną, zwłaszcza w porównaniu, prędkością a zostało nam około 150 mil do pierwszych subantarktycznych wysp.
Co by tu jeszcze dodać. Pogodę mamy piękną, prawie nie pada, albatrosy szybują, między falami latają warcabniki, czasem wyjrzy słoneczko, wachty kambuzowe serwują przysmaki, wczorajszym hitem były Wojtkowe kanapki nad którym nawet sam Richard rozpływał się zachwytach. Jest dobrze!
Pozdrawiamy.

PS Rodzice pozdrawiają Matyldę :).

PS W związku z nieodwołalnie zbliżającym się końcem roku przygotowania do Sylwestra idą pełną parą. Korzystamy z pełnego zakresu oferty Selma Spa All Inclusive:
świeże morskie powietrze
bicze wodne słoną wodą w temperaturze otoczenia
oczyszczanie organizmu ze wszelkich zbędnych resztek jedzenia
krioterapia 24h
solanki
terapia snem

Zapraszamy!


mniamm


no i kto tak dobrze gotuje

Załoga Selmy
2019-12-28
2315
Drake Passage
We are at what I’d call a quintessential Drake passaging activity. Apart from the red hull and white sails of Selma and albatrosses circling around there is nobody to be seen as we are sailing at 57 degrees latitude with the compass needle pointing South and course 180. Even though it is only the 2nd day at sea there is already a sense of routine, between sleeping, eating, and tasks related to navigating the boat. However, this routine also makes a rather poor narrative for stories so maybe it is a good opportunity to look back at what happened before we found ourselves here.

The crew for this trip started to arrive 23 December. As it was Christmas time, we celebrated it on 24 December with an almost typical Polish Christmas Eve which we held in the premises of AFASYN (the Ushuaia sailing club) and where crews of several other yachts joined. (I will spare you the details, but some of us went to bed at 1, others at 3, and then there was the morning coffee onboard of Selma for those still standing at the end of the party).

At that moment Selma was almost ready with non-perishable food supplies and something like a thousand things that had to be fixed, moved, tied up, stored, re-stored, removed, untied and tied again, and then fixed once more, and which had been done before our arrival. We used 26 December for the final shopping for vegetables and other still missing food supplies, got fresh bread, filled up water, did the final cleaning and fixing - and left Ushuaia around midnight of 26 December.

Interestingly, once we are on our way the question if it is day or night becomes secondary because all that matters is whether it is your turn to take care of cooking and cleaning (once every few days), helming (once every couple of hours), or sleeping (at any time available in between the other two). Hence midnight is as good a time to leave as any other.

We sailed east from Ushuaia, on the Argentinian side of the Beagle Channel, and then we turned South. And we should stay like this for a couple days until the White Continent and its neighbouring islands show up on the horizon.



Magda Kopczyńska
2019-12-28
2300
Drake Passage
Dawno się nie odzywaliśmy ale prace przy Selmie wciągnęły nas aż do Świąt. Przybył nam nowy sufit, drewno w sterówce, troche elektroniki z AISem którego brak niektórym doskwierał nie wiemy czemu :) (tu serdecznie dziękujemy Piotrowi Okońskiemu za pomoc, pomysł i jego realizację). Przybyło trochę drobiazgów których nie będziemy już wyliczać. Po długim postoju oddaliśmy cumy. O czym poniżej napisał Damian.
Tymczasem Najlepsze Życzenia Poświąteczne i Przednoworoczne.

Pozdrawiamy
Piotr i Kris

28.12.2019

Jesteśmy w morzu od półtorej doby więc wypada się odezwać i chociaż skrótowo przedstawić załogę, która jest oczywiście rewelacyjna. Oderwaliśmy się od keji w Ushuaia lekko po północy 27 – go, z niemałym trudem, trzeba było bowiem odrąbywać toporami i maczetami nasze sprawy i zobowiązania lądowe. Większość z nas jest nieźle zmordowana życiem lądowym i czuliśmy, że nasze głowy przypominają dzbany, a ściślej mówiąc nasze mózgi przypominają przepełnione dzbany. Wróćmy do rewelacyjnej załogi w skład której wchodzą: Beata, Kama, Iza, Magda, Michał, Piotr, Kris, Richard (czyta się Riszar – mamy więc mamy bardzo sympatycznego Francuza), Jurek, Wojtek i Damian. Zapowiada się to wszystko fantastycznie. Póki co płyniemy sobie niespiesznie na południe, wiatry słabe lub umiarkowane. Zapowiadany niż się spóźnia ale może nas jeszcze „liznąć” nie wiemy tylko czy będzie to języczek czy jęzor. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie!

Załoga Selmy



Nudna żegluga.



Nowy syfit i zegary w sterówce.



Nowe szafki w sterówce.



.
2019-12-24
.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia,

chcemy Wam życzyć, aby ten czas nie był stracony.
Znajdźcie także chwilę na odpoczynek, zaplanowanie realizowania marzeń /także z Selmą ;)/.

Jednym słowem zdrowych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia
oraz pomyślnych wiatrów w Nowym Roku

życzy cała ekipa Selmy
Gocha, Marta, Krzysztof i Piotr

PS Wraz z życzeniami przesyłamy Wam w prezencie plany na przyszły sezon Selmy.


.
2019-11-06
Kanał BeagleOd wyspy los Estados minęło już trochę czasu i sporo się działo.
03.11. o 09:53 z Pacyfiku na Atlantyk, lewą burtą minęliśmy Horn, płynąc wariantem chilijskim. Z początku dość spokojnie. Zdążyliśmy zrobić kilka zdjęć ze skałą i się zaczęło :) Warunki idealne do żeglowania, co 10 min zwrot, by szybko dopłynąć do Puerto Toro na kraby. Poranna delegacja do najbliższych kutrów i coś się znalazło na obiad.
Aktualnie wracamy do Ushuaia, choć wietrzne warunki na kanale Beagle’a spowodowały zamknięcie portów i nie chcą nas wypuścić z Puerto Williams.

Załoga Selmy
2019-10-28
Puerto Parry
Pod genakerem fot.Ewa

Z prędkością do 11 węzłów płyniemy dalej na południe. Jacht zachowuje się wyśmienicie na dużej fali. Załoga stanowi jedność. Przesympatyczna grupa zgranych ludzi. Do Isla de los Estados powinniśmy dotrzeć późnym wieczorem.

Włodek

No i po kilku zmianach żagli, duża genua, genaker itd, nocnym wejściu do fiordu zacumowaliśmy do boi w Puerto Parry. :)
Isla de los Estados zachwyca swoją zielonością a na boi oddajemy się słodkiemu lenistwu.

fot.Ewa


fot.Włodek

Piotr
2019-10-23
AtlantykPo 14 godzinnym postoju w Puerto Madryn, gdzie opuścili nas: Ola, Artur i Piotr, a dojachali: Włodek, Paweł, Adam i Arek oraz załatwieniu kilku formalności (co w sobotnie przedpołudnie w Argentynie nie należy do spraw prostych) i zaprowiantowaniu, wyruszyliśmy dalej.


Błyskawice fot.Wojtek Madej

Dziś mija 4 doba od podniesienia kotwicy, a na naszym rejsowym koncie kilka przygód: Szczęśliwie już pierwszego dnia w zatoce Golfo Nuevo przywitały nas wieloryby (a konkretnie Eubalaena australis) oraz lwy morskie i uchatki patagońskie.
W poniedziałkową noc trapiły nas przechodzące burze ze silnymi podmuchami wiatru z różnych kierunków. Początkowo czarna noc, z każdą godziną stawała się coraz bardziej rozświetlona licznymi wyładowaniami. Doszło do kilkunastu uderzeń na minutę, więc mieliśmy tutaj taki mały sylwester.
Przez 2 doby mieliśmy na pokładzie gościa, pasażera na gapę. Mały ptaszek otrzymał od nas pożywne wsparcie oraz świeżą wodę. Choć natura bywa łaskawa to tym razem podczas wietrznego dnia nasz pasażer odleciał (miejmy nadzieję).
Dziś gładki ocean i słaby wiatr, więc postawiliśmy dużą genuę, a na wieczór po prognozowanej odkrętce wiatru Piter zaplanował odpalić spinakera asymetrycznego.


Stawiamy spinaker fot.Ewa Madej


Trymowanie fot.Ewa Madej

Podążamy dalej na południe, do Isla de los Estados mamy trochę ponad 400 nm, a Horn kawałek dalej.
Z pozdrowieniami od załogi

eva&voy
2019-10-18
Atlantyk
Piosenką etapu do Puerto Madryn został zdecydowanie krystynojandowy kawałek "..bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie - moje prawo to jest pańskie lewo.." - jak się boleśnie przynajmniej dwa razy okazało, bywa on również piosenką sterników :) Do cech wymaganych od załogantów współistniejących w niewielkich przestrzeniach przez czas przekraczający - powiedzmy - trzy doby należy bezwzględnie zaliczyć odporność na paszcze i inwencję kolegów z nad- i podwacht. Wprawdzie wykonanie deseru w postaci bananów na gorąco, na maśle z bitą śmietaną (podziękowania za pomoc w tejże dla Wojtka i Ewy, nie cierpię ubijania śmietany), pomarańczami i orzechami pomaga w rozwodnieniu poczucia autoobciachu, ale go nie likwiduje :) auć.

Do celu może dwanaście godzin, może mniej - a zgodnie z króciutką tradycją trasy zobaczyliśmy jeszcze jedną wersję oceanu. Przed siódmą rano dość nieprzytomnie popatrzyłam w okno komnaty, czytaj luk w kajucie, jak to, tak zaparowało, biedny poranny mózg nie przetworzył danych na prawidłowe rozwiązanie, czyli mgłę. Sztormiak, kokpit,
Artur: "Dzień dobry dzień dobry, popatrz no dzioucha, dziób już widać". Gołębioszare mleko, mgła układająca się w różne kształty i osiadająca na rękach i na sterze drobnym chłodem. Po chwili - coraz większe płaty błękitu jak za cienką woalką, a po ósmej zaczęliśmy jechać znów w pełnym słońcu, większość załogi po świetnym śniadaniu na pokładzie, suszymy kurtki i rozprawiamy jedno przez drugie, "dnia oko pięknego" podnosi morale w trzy sekundy. Wczorajsza wachta wieczorna przypomniała mi rejs Szczecin-Ushuaia i flotę chińskich poławiaczy kalmarów, w ulewnym deszczu manewrowaliśmy między rzęsiście oświetlonymi kutrami przez dobrą godzinę; Mateusz, serdeczne pozdrowienia z tym wspomnieniem, to Twojego autorstwa był cudny tekst "okrążają nas małymi grupkami, po szesnaście sztuk" :)

Jutro z Arturem zsiadamy z ulubionego pokładu, zaokrętuje się czwórka załogantów do Ushuaia. Na pewno będzie mi jak zwykle różnych rzeczy brakować. Takich zachodów słońca jak na oceanie nie ma nigdzie. Rzadko zdarza się możliwość spokojnej obserwacji rozognionego krążka, powoli tonącego w falach - świadectwa obrotu naszej "small blue dot". W tym rejsie - mając szczęście do wacht świtowych i wczesnowieczornych - widziałam kilka wersji, w tym jedną żywcem jak z obrazów Beksińskiego, krwistoczerwoną kroplę na tle zapowiadajacej burzę stali. Ile razy zdarzyło się Małemu Księciu oglądać zachód słońca jednego dnia? Jak-że Pana, Panie Saint-Exupery, rozumiem... jedną żywcem jak z obrazów Beksińskiego, krwistoczerwoną kroplę na tle zapowiadającej burzę stali. Ile razy od współzałogantów w małych przestrzeniach :)) - kręcąc z początku nosem na cudaczne rozwiązanie można się było przekonać, że takie dwie godziny w pojedynkę w kokpicie sporo dają, poza niewątpliwym luksusem chwilowej samotności w ośmioosobowym składzie. Na przykład idealne poczucie tego, co tu i teraz - świecącego planktonu, ciągnącego się za "Selmą" niecodziennym kilwaterem; zgranego rytmu przechyłów i własnego ciała za sterem.

Jutro nowe miejsce. Ze spokojną pewnością, że za jakiś czas - oby nie za długi - znowu się będzie pisać relacje w kołyszącej się mesie.
Czego Wam wszystkim, drodzy Państwo, z całego serca życzę :)

Wasza

- Ola S







.
2019-10-16
Selma
Etap niby selmiańsko zadziwiająco krótki, takich tysiąc trzysta mil nasz okręt nosem na śniadanie wciąga - a Atlantyk zdążył pokazać nam przez tydzień większość swoich twarzy. Zaczęło się od krajobrazów jak z folderów reklamowych rejsów zaludnianych przez osoby wypisz-wymaluj wyjęte z marzeń Artura (lniane spodnie, mokasyny, pasiaste leżaki na decku, drinki z parasolką). Słońce, żwawa podróż baksztagiem, krótki rękaw za sterem. Po dwóch dniach "Zeus, Posejdon, czy inny facet z widłami", uznał, że łatwo jest przereklamowane. I się chłopak zmarszczył. Niebo zaszło stalą i ściegami bladofioletowych błyskawic po powierzchnię oceanu. Woda się podniosła. Ponoć w tych szerokościach krótkotrwałe a intensywne zjawiska pogodowe są normą. Straszyło, straszyło, żagle w górę, żagle w dół, aż walnęło z większą siłą. Przez prawie dwie doby jechaliśmy pod ciężkoszarym niebem przez ciemny ocean w okresowej burzy, zmywani na zmianę dziadami wchodzącymi z lewej burty i deszczami o grubych kroplach. Nad topem stale grzmiało, jakby ktoś przesuwał ciężkie meble, albo jakby inny jacht, rodem z wiersza Emily Dickinson, podnosił dziób i opadał z hukiem na fale.

I zaczęliśmy płynąć w książkowy wmordęwind. Dwa dni łomotu i przechyłów, utrudniających życie towarzyskie i nadrabianie zaległości w pisaniu czegokolwiek, z relacjami włącznie. Prędkości na granicy groteski. Ale w sterówce zawiązała się nieformalna banda czworga, zwolenników samosteru ("nie dotykaj steru, karą za dotknięcie steru jest marznięcie"). Kilka wacht przeszło w trybie skrzyżowania loży szyderców z salonem intelektualnym nad stołem nawigacyjnym, "Selma" szła sama prawym halsem, z zewnątrz musieliśmy wyglądać jak jacht-widmo z pustym stanowiskiem sternika.

Teraz gra nam kataryna, słaby wiatr od rufy, za sterem znów zrobiło się milusio, załodze ciepło od obfitego śniadania i nieinwazyjnych temperatur. Siedzę sobie w doskonałym humorze po porannej kąpieli przed wachtą kambuzową, nie ma jak czajniczek wrzątku, fotel kąpielowy w kingstonie i czyste włosy. Ruszyły różne prace (akcje "gniazdko" i "cisza", czyli oliwienie zamków od drzwi i drzwiczek wszelkiej maści).

Patrzę na Piotra Drugiego i Mariusza z nosami w czytnikowych "kundlach". Ewa z Wojtkiem w kokpicie. Wowa odsypia w koi, którą wolałby - jak się okazało - zamienić na łóżko na kardanach, coś mi mówi, że ścięta głowa, mrzonki, senne wizje i tak dalej :) Piter po łokcie w śrubkach i elementach od części od elementów.

Jest, proszę Państwa, nieźle, zwłaszcza w towarzystwie albatrosów, burzyków i wielorybów. Odwiedził nas wal baskijski południowy, a wczoraj płynął z nami przez pół mojej wachty przepiękny wal karłowaty, najwyraźniej zainteresowany nowym kumplem o ceglastych bokach.

Zostało nam trzysta osiemnaście mil do zakrętu w Golfo Nuevo - dla "Selmy" Zatoki nie Nowej, dla mnie - zdecydowanie tak. Półwysep Valdes z rezerwatem przyrody, na który ostrzymy sobie zęby, okrążymy od południa.
A teraz pora na herbatę.

- Ola S.

p.s. Ucałowania urodzinowe dla mojego Basiora.
p.s.2. Serdeczności dla wszystkich, którzy daleko, a o których myślimy, szczególnie dla Oli Kocewicz - jakże nam brakuje słoiczków z najlepszym sosem na planecie :)

.