Tel. sat. iridium: +881621440894.

Satellite messages: http://messaging.iridium.com

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2022-11-30
***
Załoga rejsu na Georgię Południową od jakiegoś czasu już w domach, pracach i innych lądowych obowiązkach, ale sercem nadal na Selmie. Pozwoliliśmy więc sobie na wrzucenie ostatnich kilku migawek z Port Stanley na Falklandach, gdzie zakończyliśmy rejs.

  Jak relacjonowaliśmy, na Georgii Południowej było magicznie, ale takiego rejsu nie byłoby bez:

  PIOTRA, którego ogromna wiedza, zawsze wyważone kapitańskie decyzje oraz zwykła ludzka obecność wraz z niezwykłą uważnością na każdego z nas, pozwalały spokojnie pełnić najtrudniejsze wachty, cieszyć się rejsem i każdym lądowaniem na Georgii oraz być źródłem inspiracji na kolejne wyprawy. Dziękujemy!

  MICHAŁA, którego nieprzebrane pokłady spokoju chyba przejdą do historii i który szybko i z uśmiechem rozwiązywał każde selmowe wyzwanie, nie mówiąc już o ogromnej praktyce morskiej oraz o konsekwentnych do bólu działaniach w kierunku ochrony przyrody, którymi nas skutecznie zarażał. Dziękujemy!

  ARTURA, naszego bosmana, zawsze i wszędzie obok nas. Czy to wachta, czy niepopularna robota do zrobienia czy też techniczna zagadka, Artur pojawiał się w krytycznych momentach z wyciągniętą pomocną dłonią. A że żeglarstwo to nie jedyna jego pasja, mamy nadzieję że spotkamy się jeszcze i tu i tam. Dziękujemy!

  Podziękowania również dla wsparcie lądowego Selmy i jeszcze raz ogromne serce i uściski dla Was Czytających, płynących z nami mentalnie. Do zobaczenia na pokładzie!

  Kasia, Jacek, Dominika, Joasia, Mirek, Rysio, Andrzej i Wojtek


Piotr, Michal i Artur na ostatniej prostej, czyli kurs na Port Stanley!


... i wtedy Andrzej zakrzyknął z bocianiego gniazda: "ląd, widzę ląd"! 


architektura w Port Stanley nie pozwala zapomnieć w jakim rejonie globu jesteśmy


tam byliśmy!


morski kolorem obowiązkowym


to gdzie teraz kolego?


oj, każdy miał taki uśmiech po prezesowskim locie


znajdź Selmę :)

.
2022-11-14
Falklandy
Jak na relatywnie niedużą wyspę, o powierzchni ponad 3700km2, w ponad połowie pokrytej wiecznym śniegiem i lodem, Georgia dostarcza nam wraz z każdym lądowaniem ogromnych dawek radości ale też i przeróżnych innych emocji. Selmowicze którzy byli tu wcześniej często mówili, że to odizolowane od cywilizacji miejsce ma w sobie trudną do określenia magię. Ciężko nam powiedzieć czy jest to spowodowane mnóstwem dzikich, morskich zwierząt, które dobitnie pokazują nam, że to ich królestwo, czy zmienną pogodą, od deszczu ze śniegiem po pełne słońce, czy wyglądającymi monumentalnie i niełatwymi do sforsowania górami.
Zimowy i srogi charakter to jedno z wrażeń które towarzyszyło naszemu pierwszemu lądowaniu. Wyspa została zresztą początkowo nazwana przez James'a Cooka "Wyspą Lodu", gdy ten jako pierwszy naniósł ją na mapy świata w 1775roku. Na Georgii nie ma stałych ludzkich osad, najbliższy zamieszkały ląd - Falklandy oddalony jest około 750 Mm na zachód, z kolei do położonej na południe Antarktydy dzieli wyspę porównywalny dystans około 850 Mm. Na tym odizolowanym od cywilizacji kawałku lądu, położonym pośród zazwyczaj wzburzonych fal oceanu Południowego, mamy ten luksus i przywilej, że większość zatok możemy zwiedzać jedynie we własnym gronie. Tempo, w którym się poruszamy zależy tylko od pogody oraz gościnności i humorów zamieszkujących tu zwierzaków. Mimo raczej szampańskich humorów panujących wśród załogi, niesamowite jest to, że podczas zejść na ląd, często nic nie mówimy. Zdarza się, że w jednym miejscu spędzamy w bezruchu parędziesiąt minut, słuchając szczekania nowonarodzonych słoników morskich, obserwując jak dorosłe obsypują się żwirem i kamieniami, lub patrząc jak pingwiny wytrwale wysiadują jaja w swoich gniazdach. Wszystko odbywa się tu jakby w zwolnionym tempie.

***

Tymczasem, kolejny etap naszego rejsu dobiega końca. Po 9 dniach żeglugi, zawijamy na Falklandy, wspominając ostatnie tygodnie. Zaliczyliśmy przy tym całkiem sporą dawkę fal, które spłynęły na nasze głowy, ale też i bywało, że ogrzewaliśmy się leniwie w promieniach antarktycznego słońca.
Wraz z kolejnymi milami przybliżającymi nas do Falkland, wspominaliśmy ostatnie tygodnie, urodziny Dominiki oraz tort w kształcie fal oceanu Południowego upieczony z tej okazji przez Rysia, 100-stu lecie śmierci Shackletona i 40-lecia bitwy o Falklandy, ale przede wszystkim przez głowę przelatywały nam kolejne migawki z każdej z zatok które odwiedziliśmy. Byliśmy tam tylko obserwatorami, nie mającymi wpływu na to co się wydarzy. Następowalność procesów na Georgii jest oczywista i stanowi nieuchronny cykl, któremu dane nam było się przyglądać.

Pożegnalny wieczór na Selmie spędzamy w gronie Ani, Marianny, Artura i Wojtka czyli fantastycznych Polaków z Falklandów, oraz Wolfa z Santa Marii, których serdecznie pozdrawiamy.

Greetings to friends from Chile we met on our hot springs tour.

Pozdrawiamy nasze Rodziny, Przyjaciół, wszystkich sympatyków Selmy, dziękujemy za wszystkie lajki i ciepłe słowa. Gdy brakowało wiatru lub było go w nadmiarze, były dla nas szczególnym wsparciem.

Kasia
oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

zdjęcia by Artur Kruk, Asia Stasiewska, Mirek Cześnik, Kasia Korsieko-Wójcik




























.
2022-11-08
Georgia - Falklandy
Zatoki Georgii cz.2

Kolejnym miejscem które odwiedzamy jest Prince Olaf Harbour, częściowo osłonięta zatoka, która znajduje się wewnątrz większej - Cook's Bay.

Wyprawa pontonem na ląd nie jest łatwa, pełno tu gęsto pokrywających powierzchnię wody brunatnic.

Z daleko widzimy już stada uchatek, które słysząc silnik pontonu, podnoszą głowy i zaczynają szczekać, by jasno zaznaczyć że to ich teren. Z kolei młode, zaintrygowane nowymi przybyszami, wskakują do wody i opływają ponton kilka razy, ciekawsko, raz po raz, wychylając łebki nad wodę. Pomiędzy uchatkami, porozkładane na całej szerokości plaży, wylegują się słonice morskie z młodymi które przytulone do mam piją mleko, samiec zaś pilnuje aby ktoś inny nie przejął jego haremu. Michał musi więc zrobić kilka rundek pontonem zanim znajdziemy miejsce na którym możemy wylądować tak, aby nie denerwować uchatek i słoni. Sama plaża, jak często na Georgii, ma spory przybój, ale część z nas ma wodery i kombinezony więc wspólnym wysiłkiem udaje się wylądować mniej lub bardziej suchą stopą.

Na plażach chodzimy zawsze w grupach. Zarówno uchatki jak i słonie nawet mijane ze wskazaną w zaleceniach dla odwiedzających SG odległością, potrafią być szybkie i agresywne. Spokojnie leżące i wydawałoby się błogo drzemiące, potrafią szybko się zerwać i mimo ogromnych gabarytów (samce słonia mogą osiągać do 5m długości i 4,5 tony) "przebiec" lub może raczej "przeczołgać" się w ekspresowym tempie kilkadziesiąt metrów. Dodatkowo, na Georgii jesteśmy na wiosnę, w momencie kiedy przybywa młodych, jest to więc dodatkowy aspekt większej czujności i buńczuczności zwierzaków, a my przecież jesteśmy tu tylko gośćmi, którzy nie chcą nadwyrężać otwartości mieszkańców.

Prince Olaf Harbour, jako jedno z nieźle osłoniętych i relatywnie sporych kotwicowisk, pełniło rolę osady, gdzie masowo polowano na uchatki. Sporo tu resztek zabudowań i przerdzewiałych konstrukcji do przerabiania mięsa, a także cmentarz z kilkoma nieźle zachowanymi nagrobkami z początku poprzedniego wieku. Przed wysepką, pośrodku zatoki, osiadł na mieliźnie i częściowo zarósł już lokalną roślinnością, wrak 3 masztowego "Brutusa".

Wieczorem Wojtek nurkuje w poszukiwaniu najlepszych ujęć podwodnego świata. Wraca nieco zziębnięty ale za to ze zdjęciami crocodile fish (Parachaenicthys georgianus), ryby której krew jest biała, ponieważ nie zawiera hemoglobiny ze względu na niską temp wody w której żyje. Wojtek portretuje również inne morskie stwory, m.in. kryla antarktycznego (Euphausia superba), oraz opancerzonego równonoga (Isopod Serolis cornuta), a także morskie ślimaki (Chlanidota sp.).

Kolejnego dnia dopływamy do Cobblers Cove i urządzamy sobie mały trekking w poszukiwaniu pingwinów Macaroni których kolonia znajduje się na Rookery Point. Trasa jest częściowo oblodzona a częściowo obrośnięta pokaźnymi kępami traw okalającymi mało widoczne jamy. Marsz więc, mimo niedużej odległości zajmuje nam trochę, ale ostatecznie grupie Rysia, Dominiki i Andrzeja, udaje się odnaleźć pingwiny z charakterystycznymi pomarańczowymi, rozwianymi "grzywkami" i różowymi stopami.

Każde z miejsc które odwiedzamy na Georgii, dostarcza innych wrażeń. W Ocean's harbour znów napotykamy pozostałości po wielorybnikach i smętnie górujące nad zatoką działko do połowu wielorybów na wraku "Bayard". Mimo pozostałości po tych smutnych czasach, życie w zatoce kwitnie w pełni, a resztki statku zamieszkują obecnie rozkrzyczane kolonie niebiesko-okich kormoranów.

St Andrews Bay z kolei, to największe na Georgii kolonie pingwinów królewskich i słoni morskich. Trafiamy na czas, kiedy młode pingwiny z brązowych "brzydkich kaczątek" przeobrażają się w dorosłe, a spod brązowego puchu który zrzucają, wyłania się elegancki czarny frak, z żółto-pomarańczowymi kołnierzykami. To również miejsce, w którym pingwiny, pomimo tego że my trzymamy się od nich w przepisowej odległości minimum 5 metrów, same do nas podchodzą próbując wywnioskować kim jesteśmy. W takich sytuacjach pozostajemy w bezruchu, aż pingwin zaspokoi swoją ciekawość i odejdzie do swych współtowarzyszy którzy niezmordowanie, w długich kolumnach, jeden za drugim, wędrują wzdłuż plaży, raz w jedną, a raz w drugą stronę. Wrażenie trochę surrealistyczne, jakbyśmy znaleźli się nagle w środku egzotycznego filmu przyrodniczego.

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.
zdjęcia by Asia Stasiewska i Kasia Korsieko-Wójcik

Mirek pozdrawia Mamę oraz Janka i Iwa. Artur pozdrawia bliskich, resztę świata i kosmitów. Kasia pozdrawia bliskich, Maciusia, Filipcia oraz chrześniaka Szymka i Hanię. Wojtek pozdrawia Rodziców, Teściów, brata Adama, szwagierkę Angelikę i chrześnicę Natalkę. No i oczywiście najbliższą Rodzinę - Kamilka, Dawidka, Emilkę i Sylwię. Rysiek śle Eli gorące całusy z oceanu Południowego w rocznicę ślubu.




























fot. Wojtek Nawrocki, Crocodile fish


fot. Wojtek Nawrocki, Sea snail Chlanidota

.
2022-11-03
Georgia Południowa
Co prawda już płyniemy, ale relacje i zdjęcia jeszcze z S.Georgii

Zatoki Georgii cz.1 Rosita Harbour i Hercules Bay 23 i 24.10

Po opuszczeniu pierwszej zatoki, Right Whale Bay, która swoją nazwę zawdzięcza gatunkowi wielorybów na które najchętniej polowali harpunnicy z powodu relatywnej łatwości ich schwytania, dopływamy do Rosita Harbour. Uwagę naszą ściąga mała, awanturująca się biała uchatka, albinos wśród beżowo-brązowych siostrzyczek i braciszków, która pomimo zdecydowanego sprzeciwu mamy, próbuje wejść do wody z innymi maluchami. Z resztą często jesteśmy tu świadkami różnych lokalnych "awanturek". Dorosłe słonie morskie próbują przejąć harem samic, korzystając z chwili nieuwagi innego samca. Skuły czujnie obserwują rodzące słonice, żeby gdy tylko proces zostanie zwieńczony sukcesem, chwycić najlepszy kęs z łożyska lub pępowiny. Często przy tym skubną nowonarodzonego słonika, czym z kolei wywołują potężny ryk matki.

Kolejną zatoką, którą odwiedzamy jest niewielka Hercules Bay, o niesamowitej przejrzystości wody z mnóstwem brązowych, jakby inkrustowanych liści brunatnic, które pięknie komponują się z turkusowym odcieniem wody. Rajski wygląd, dopełnia kilka wodospadów i groty schodzące do wody. Na środku plaży czeka na nas stado słoni morskich, matki karmiące swoje młode, które często pokryte są jeszcze śluzem oraz uchatki czujnie pilnujące czy nie zbliżymy się do nich za blisko. Zbyt małą odległość natychmiast sygnalizują głośnym szczekaniem. Uchatki lubią też leżeć nieruchomo w wysokich kępach traw, chodzimy więc ostrożnie a i tak często dostrzegamy zwierzaka w ostatnim momencie.
Wojtek z Joasia wspinają się na przełęcz skąd rozpościera się widok na całą zatokę. Efektem są epickie krajobrazy uwiecznione na zdjęciach przez Asię. Wojtek, obładowany sprzętem do fotografii i w maskującym ubraniu, potrafi spędzić długie godziny w trawie niczym uchatka, by zrobić piękny portret niespodziewającemu się niczego i zajmującego swoimi sprawami petrelca olbrzymiego, który nawet nie zauważa, że został sportretowany.

Dziś było piękne słońce, każdy ma jak już po 1000 zdjęć i co chwila wyciąga aparat żeby zrobić "już naprawdę ostatnie ujęcie". Ponieważ moglibyśmy dać się ponieść naturze jeszcze długo, postanawiamy, że wywołamy na UKF Michała by zabrał nas pontonem z powrotem na jacht.
Szczególnie, że nad zatoką unosi się już aromat sygnowanego marką własną "Krucza bakery", nieziemsko chrupiącego chleba na zakwasie, wypiekanego codziennie przez Artura.

Kasia
oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

zdjęcia by Joasia Stasiewska, Artur Kruk i Kasia Korsieko-Wójcik

Rysio pozdrawia Elę, Kasię i Lilę, wnuki Kacpra i Kubę oraz dzielną załogę kancelarii. Asia pozdrawia Arka i Dominikę, Olę, Pączusia, obu wspaniałych zięciów i Beti. Michał pozdrawia Basię oczywiście. Kasia Acię i Ninipa oraz Przyjaciół i Sąsiadkę Elizę.




























.
2022-10-31
Georgia Południowa"...Nie ma już wielorybich stad, gryzie rdza harpunu ostrą pikę..."

Podążając śladami Shackletona, nad ranem 28.10 dopływamy do Grytviken. Nad wejściem do zatoki, na jego wschodniej stronie, na Wzgórzu Nadzieji, góruje biały krzyż wzniesiony ku pamięci przywódcy przez jego towarzyszy.
To w Grytviken Sir Ernest rozpoczął w grudniu 1914 r swoją słynną wyprawę na pokładzie "Endurance". Rok później, niespełna 7 metrową szalupą wraz z 5 innymi członkami wyprawy, dotarł do Stromness na Georgii, szukając pomocy dla załogi żaglowca, po tym jak statek najpierw utknął w lodach Morza Weddela, a następnie został zmiażdżony przez pak i utonął.

Grytviken było w latach 1904-1964 centrum przemysłu wielorybniczego, niechlubnym imperium Carla A. Larsena. Dziś ten smutny relikt dawnych czasów, gdzie dziennie zabijano i przerabiano na tran nawet 30 wielorybów, uzyskując ok 200 ton olejów, zieje pustką. Największy zabity tu wieloryb, płetwal błękitny, miał 34,1 metra długości. Po dawnej osadzie została tylko niewielka część.
Wraz z czyszczeniem środowiska, w latach 2003/2005 oraz sukcesywnym usuwaniem z Georgii obcych gatunków zwierząt i roślin, część zniszczonych urządzeń i budynków została rozebrana. Mimo wszystko, stacja wciąż poraża ogromem, a przerdzewiałe konstrukcje, resztki pieców, kawałki linii produkcyjnych do wytopu tłuszczu i zbiorniki o pojemności tysięcy litrów, przygnębiają.
Podczas całego okresu działania stacji, zabito tu łącznie ponad 175 000 wielorybów.

Po odprawie i kolejnym teście 'bio security', przeprowadzonym przez Davida z South Georgia Goverment Office, schodzimy na ląd z zamiarem zwiedzania muzeum oraz poczty. Nie jest to jednak łatwe, gdyż na kei ucina sobie drzemkę sporawy słoń morski, który wyraźnie nie ma ochoty się przesunąć. Ostatecznie udaje nam się zejść na ląd, ale okazuje się, że poczta jest zamknięta. Nadzieją napawa jednak napis na skrzynce pocztowej, iż w przypadku gdy placówka jest nieczynna, przesyłki można nadać w innych lokalnych urzędach pocztowych, z których najbliższy znajduje się w Port Locroy na Antarktydzie...

Cóż, później zdecydujemy w jaki sposób wyślemy listy do naszych rodzin i przyjaciół, a tymczasem, udajemy się na cmentarz, odwiedzić grób Shackletona.

Wzdłuż drogi wylegują się uchatki, niezbyt zadowolone z naszego przemarszu.
Coraz trudniej je zauważyć, szczególnie że zaczyna padać deszcz ze śniegiem i coraz mocniej wieje. Kamień na grobie Shackletona góruje nad cmentarzem. Otaczamy go kręgiem i zapalamy przywiezione z Polski biało-czerwone znicze marki Bispol.
Chwilę refleksji, nad trudnym do wyobrażenia hartem ducha, odwagą Shackletona i jego kompanów, dopełnia wzniesiony przez Piotra toast "za tych co na morzu". Stoimy w coraz bardziej rzęsistym deszczu, w naszych goretexach, oceanicznych sztormiakach, bluzach merino i super lekkich, mrozoodpornych, piankowych kaloszach, myśląc o tych których ponad sto lat temu wyzwanie zagnało w te strony, z nieco mniej komfortowymi zasobami i w nieco bardziej surowych warunkach.

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

Andrzej pozdrawia Jagódkę oraz Ole, Marka, Gosie, Kubę i Bartka, a także kochane wnuki Agatkę, Karolinkę, Anie, Piotra i Krzysia. Jacek z okazji zbliżającej się okrągłej rocznicy ślubu, śle całusy dla kochanej Żony Lusi. Kasia - Rodzinkę i Przyjaciół. Pozdrawiamy Robercika D. i wszystkich Selmowiczów! Rysio - Elę oraz całą załogę kancelarii, Asia wszystkich którzy trzymają za nią kciuki w wyzwaniach na końcu świata. Mirek Justynę i Maję, ukochanych zięciów oraz Janka i Iwa. Pozdrawiamy oczywiście wszystkich czytających!


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk

.
2022-10-26
Georgia Południowa
Nie wiemy co napisać, może to sztampa, ale po prostu brakuje nam słów. Georgia nas onieśmieliła, olśniła i oczarowała.
W sobotę 22.10, rzucamy kotwice w Right Whale Bay, odgłosy zwierzaków i zapach lądu jeszcze bardziej podbijają nasze nastroje że oto po 7 dniach żeglugi, podczas której mijały nas tylko samotne lodowe growlery, dotarliśmy tu! Niedzielny słoneczny i wietrzny poranek zaczynamy od wodowania pontonu i wyprawy pierwszej grupy, która wyrusza sprawdzić warunki lądowania, a w szczególności przybój. Ekipa wraca w powiększonym gronie, bo nasza obecność w zatoce zauważył już lampart morski który zainteresował się bąbelkami powietrza wytwarzanymi przez płynący ponton.

Załoga w kilku turach ląduje w końcu na brzegu i odtąd poruszamy się wspólnie żeby nie prowokować uchatek broniących swojego obszaru oraz nie stresować innych zwierzaków których terytorium odwiedzamy. Uchatki jak się później przekonujemy, potrafią biegać dość sprawnie broniąc swojego terytorium, unikamy więc wchodzenia im w drogę, m.in. staramy się nie przecinać im dostępu do linii wody.

Piotr przypomina nam zasady poruszania się na Georgii, m.in. że nie zbliżamy się na więcej niż 5 metrów do zwierzaków. Mniejsza odległość np. do pingwinów powoduje, że te zaczynają się stresować w związku z czym zużywają więcej energii, którą normalnie spożytkowałyby na obronę przed drapieżnikami.

Niektóre pingwiny są jednak dość ciekawskie i gdy nie ruszamy się przez jakiś czas i zastygniemy w skulonej pozycji, same podchodzą i ciekawsko przekręcając łebki próbują wywnioskować co to za dziwne, czerwono-żółto-szare nowe zwierzaki przybyły do zatoki.

Czujemy się trochę jak w bajce, lub jak bohaterowie egzotycznego filmu przyrodniczego, gdy w zwolnionym tempie i prawie bez słów, kontynuujemy nasz magiczny spacer. To, co dzieje się wokół, nie do końca wydaje się realne.
Widzimy na przykład jak potężny słoń morski zagania młode samice do swojego "haremu", tuz obok matki karmią swoje małe, a w środku tego wszystkiego ktoś z nas nagle dostrzega, że jedna z samic rodzi malutkiego słonika morskiego.

Niesamowity, ale jakże naturalny spektakl, cykl życia i śmierci, którego jesteśmy świadkami i uczestnikami. Na jacht wracamy w zupełnej ciszy. Zmęczeni i uśmiechnięci.

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.

P.S. Andrzej pozdrawia Jagódkę, Mirek pozdrawia Ewę, a Wojtek Sylwię, Emilkę, Dawidka i Kamilka. Dziadek Rysio natomiast Kacpra i Kubę oraz śle całusy dla Eli. Mirek jeszcze Iwa i Janka. Michał oczywiście Basieńkę. A Prezes całą Rodzinę i załogę Bispolu. Asia i Dominika odsypiają ciężką wachtę ale też gorąco pozdrawiają. Artur steruje i też śle życzenia. Asia się obudziła i pozdrawia Olę, Dominikę, najsłodszego Pączusia i Arka - swoją bezpieczną przystań. Kasia Acię i Niniego. Piotr pozdrawia wszystkich. zdjęcia by Asia Stasiewska i Kasia Korsieko Wojcik










.
2022-10-23
Port Stanley - Georgia Południowa
Cumy oddane,

Paul macha do nas z kei na 'Do Widzenia', załoga w błękitno-morskich polarkach 'made by' Jacek Prezes jeszcze raz po raz nieśmiało spogląda za siebie, ale fakt pozostaje faktem, Falklandy mamy za rufą!

Nareszcie po trzech sezonach oczekiwania, a to na koniec pandemii a to na rozwiązanie innych światowych zawirowań, Selma z nami obiera kurs na Georgię Południową!

Przy wyjściu ze Stanley harbour towarzyszą nam delfiny Cephalorhynchus commersonii, których jasne grzbiety połyskują w drobnych jeszcze falach, choć prognoza zapowiada w porywach do 50 węzłów.

Zanim wyruszyliśmy, Alison z mariny przy pomocy dwóch uroczych psiaków Kinga i Huntera przeprowadziła pierwszą z procedur South Georgia Bio Security Check, czyli inspekcję czy aby nie zabieramy jakiegoś szczura lub innego gryzonia na gapę. Przepisy dla odwiedzających SG są bardzo restrykcyjne i dotycza wszystkich jednostek przybywających na wyspy. Zasady, które momentami mogą wydać się dość skomplikowane mają na celu ochronę fauny i flory jednego z nielicznych miejsc na świecie gdzie obecność człowieka nie jest jeszcze dominująca. Inspekcja Kinga i Huntera przebiega pomyslnie, Selma zostaje zaraportowana jako 'rates free'. Kolejne etapy bio check wykonujemy już samodzielnie, zaczynając od obejrzenia obowiązkowego dla wszystkich odwiedzajacych filmu z narracją David'a Attenborough oraz indywidualnego testu wiedzy o zasadach dla odwiedzających.

Obieranie z łupinek warzyw bulwiastych takich jak cebula i czosnek, czyszczenia rzepów kurtek z drobinek ziemi i innych pozostałości które się tam zaplątały i mogły by zakłócić środowisko SG, sprawdzanie po raz kolejny podeszew butów czy aby gdzieś nie zawieruszyło się nasionko przywiezione z naszych szerokości, to kolejne procedury bio check. Zadania żmudne ale ważne. W nagrodę za pomyślne zakończenie procedury, Jacek z Mirkiem serwują genialny żurek staropolski, który oprócz tego że krzepi to przypomina nam o naszych bliskich, rodzinie i przyjaciołach. Tęsknimy za Wami i wraz z podmuchami antarktycznego wiatru ślemy mnóstwo uścisków!

Kasia oraz Piotr, Michał, Artur, Dominika, Joasia, Mirek, Jacek, Rysio, Andrzej i Wojtek.


fot. Kasia Korsieko


fot. Kasia Korsieko


fot. Kasia Korsieko


fot. Kasia Korsieko

.
2022-10-21
Teneryfa - Itajai - podsumowanieCzas na podsumowanie atlantyckiej przygody:

Przypłynęliśmy !!
Itajai radośnie wita nas słońcem.

Za nami 4472 Mm, 768 godzin żeglugi bez autopilota.
Trzydzieści cztery dni na Oceanie Atlantyckim.

To była dla mnie WIELKA przygoda. Załoga „G”, znaczy genialna. Bawiłam się cudownie i śmiałam do łez.

A do tego piękne okoliczności przyrody: bezkres oceanu, magiczne gwiaździste noce z księżycem w pełni lub absolutna ciemność, czarna dziura.
Spadające gwiazdy. Słońce, wiatr, deszcz.

Wielkie stada delfinów bawiących się w pobliżu nas, meduzy nazywane ”żeglarzem portugalskim”.
Pływanie baksztagiem, półwiatrem, bajdewindem. Genua lub genaker stawiane w zależności od warunków.

Dni i godziny szybko się zacierały, liczyłam je od wachty do wachty. A na wachtach muzyka w tle: jazz, chillout, argentyńskie tango, chip chop lub rok - w zależności od upodobań sternika i pogody.

Albo tylko szum oceanu.
Sterowanie na wiatr i słowa Michała „poczuj to…” - no … nie było łatwo i kilka razy miałam ochotę przegryźć Michałowi aortę.

Życie toczyło się w mesie i na pokładzie, częściowo w kambuzie, bo tam też „pobierałam” lekcje hiszpańskiego od Leandro, w czasie gdy przygotowywał jedzenie dla załogi. Kuchnia w każdej wachcie kambuzowej w pełni eksperymentalna.
Czekolada, która nie tuczy i czasami coś z „bakisty szczęścia” na deser.
Pierogi ugotowane przez Leandra, pieczone przez Michała chleby kiedy skończyły się "sztuczne podeszwy” czyli chleb tostowy i pyszna wegańska szarlotka Wojtka.

Równik przyszedł za szybko i nie byliśmy przygotowani na świętowanie. Krzyża południa chyba nie rozpoznaliśmy na niebie.

A teraz podziękowania, jak przy rozdaniu Oskarów.

Dziękuję :

- Piotrowi i Michałowi, że mogłam tam być i przeżyć to wszystko
- Leandro za to, że mogłam zawsze liczyć na jego pomoc i za cierpliwość i poczucie humoru przy nauce hiszpańskiego
- Wiktorowi za to, że rozbawiał mnie do łez
- Ivanowi, że nie musiałam gotować i on w naszej wachcie kambuzowej „obrywał baty" jak coś nie wyszło
- Mariuszowi, że zawsze zmieniał mnie na wachcie wcześniej, poza jedną wsypą, ale o tym już nie pamiętam
- Wojtkowi za radość i pyszne ciasta
- Kubie za całokształt, bo bardzo bym chciała mieć takiego starszego brata jak on

SPECJALNE podziękowania dla MARCO WEBERA, brazylijskiego przyjaciela Selmy, który mieszka w Itajai i zawsze bardzo pomaga ogarnąć brazylijską rzeczywistość.

No…. to na tyle …

A w marinie : gorący prysznic (!!) i przygotowanie Selmy do następnego etapu, porządki pod pokładem, uporządkowanie żagli (na miejscu do lądowania helikopterów).
A wieczorem … smaki Brazylii: caipirinha i pasteis.
Załoga rozjechała się do domów ale zostały nowe przyjaźnie i wspomnienia.

Ela


fot. Ela Hołowienko


fot. Ela Hołowienko


fot. Mariusz Występek. Dama w bieli - Ela

.
2022-10-13
Ogłoszenie: Falklandy - HornUwaga!
zwolniło się jedno miejsce na rejsie z:
Port Stanley ( Falklandy) - Przylądek Horn - Ushuaia.

termin: 12.11 - 24.11.2022

Osoba, która musi zrezygnować ma do odstąpienia także bilety lotnicze.
Zainteresowanych prosimy o kontakt drogą mailową (!):

info@selmaexpeditions.com




.
2022-10-09
Port Stanley, Falklandy
Jesteśmy na Falklandach.

Po prawie dwóch tysiącach mil z Brazylii, przejściu trzech stref klimatycznych, nie wiem ilu zwrotach przez sztag, które dopracowaliśmy do perfekcji, moknięciu na deszczu, moknięciu od bryzgów fal, trudnej momentami żegludze, ale też znakomitych często warunków, gdy Selma samosterownie śmigała po 10 węzłów, zacumowaliśmy w Port Stanley.

Płynęliśmy w cztery osoby, temperatura spadła o 25 stopni, widzieliśmy kilkanaście wielorybów, ale niestety daleko. Wiatr gwiżdże, lew morski śpi na pomoście, sępy się na nas patrzą.

Idę zakopać się w śpiworze na jakieś dwa dni, a Wam polecam zdjęcia z przelotu autorstwa Artura Kruka.

-- MP


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk


fot. Artur Kruk

.
2022-09-30
Itajai - Falklandy
Po intensywnym postoju w Itajali w Brazylii, gdzie zrobiliśmy zakupy na kolejne etapy, porządki, drobne prace, skończyliśmy "platformę kąpielową" na rufie, znów na morzu.

Podczas odprawy na policji miałem przyjemność poznać prawdziwego miłośnika muzyki, który bardziej był zainteresowany romantycznymi balladami w radiu niż naszymi paszportami. Po godzinie miałem już prawie wszystkie pieczątki.
W Capitanii wszyscy poruszali się również w zwolnionym tempie, byli jeszcze bardziej wyluzowanii niż panowie remontujący jacht w naszym sąsiedztwie, którym naprawa pokładu zajmie chyba resztę życia.
Wszyscy oczywiście sympatyczni, pokazują kciuki do góry, że wszystko idzie w dobrą stronę, jeszcze tylko jedna kopia, jeden podpisik.
Muszę oswoić się jeszcze z tą częścią świata.

Płyniemy miło, samosterownie w słoneczku, czasem może przechył mniej przyjemny bo nie śpię by nie zgnieść plotera, a ten nie chce się przesunąć.
Pierwsze dwa dni deszczowo i męcząco, teraz spoko. Przyzwyczailiśmy się do wacht i bujania. Tutaj, bardziej jak na Biskajach, krótsza fala.

Cały czas mam tylko wrażenie, że nie jedziemy w rejony występowania kapibar i caipirinii. Robi się zimno.

Ale co nie jest dobre dla ludzi, jest dobre dla naszych zapasów.

Michał


„Platforma kąpielowa”

.
2022-09-15
Atlantyk, Teneryfa - Itajai
Ostatnie mile są najgorsze.
Znowu zaczynamy patrzeć na zegarki, odliczać dni do końca.
Bardzo dobrze nam szło, płynęliśmy dwa tygodnie jednym halsem prosto do celu, później jednak dopadły nas cisze lub zmienne wiatry.
Jednego dnia na genakerze, następnego ostrym bajdewindem, co jakiś czas na silniku. Cały czas spora fala. Przynajmniej prąd nam sprzyja.
Tęsknimy już za pasatem.

Dwie noce były magiczne z bezchmurnym niebem i pełnią, innym razem widzieliśmy spadającą gwiazdę, która rozpadła się na kilka mniejszych.

Zrobiło się trochę chłodniej więc ruszyła selmowa piekarnia, więc jedziemy powoli, ale z pełnymi brzuchami.

Michał

.
2022-09-08
Atlantyk, Teneryfa - Itajai
O pasie ciszy i deszczowych chmurach zdążyliśmy zapomnieć.

Raz można tam pojechać, ale generalnie nie polecam.
Równik był fajny, choć trochę nas zaskoczył. Mieliśmy przecinać wieczorem, przyśpieszyliśmy jednak w nocy i spóźniliśmy się z przygotowaniami na dwunastą.

Kolejny dzień w pasacie, już na południowej półkuli, cały czas pełny bajdewind, nic się nie dzieje. Jutro wg prognozy będzie tak samo, płyniemy na tyle daleko od lądu, że ominiemy niekorzystne prądy i licznych przybrzeżnych rybaków.

A mogliśmy śmignąć przez Archipelag Fernando de Noronha, rezerwat i kurort, w którym wypoczywają brazylijscy celebryci. Nie zrobiliśmy selfie z Ronaldino, nie widzieliśmy lądu.
Mamy za to na tyle dobrą pozycję, że tym jednym halsem pewnie dojedziemy szybko do celu.

Selma w zasadzie płynie sama, a my: oglądamy wieczorami filmy klasy C i D, bo A już się skończyły, jemy coraz częściej choć niektórzy wymiękają już przy 3 lub 4 posiłku, czytamy o wyprawach polarnych dla ochłody.

Monotonni ani nudy nie ma, ocean hipnotyzuje, noce są magiczne, niebo bezchmurne, wypatrujemy krzyża południa, księżyc coraz większy. Pojawiły się ptaki, chyba głuptaki. Tym jednym halsem możemy jeszcze płynąć i płynąć, nikt czasu nie liczy.

Mam wrażenie, że jestem jedyną osobą zorientowaną jaki jest dzień miesiąca (na lądzie zwykle nie mam o tym pojęcia), bo co trzy dni trzeba uruchomić odsalarkę.

Michał

.
2022-09-07
Atlantyk, Teneryfa - Itajai****
Bao dia czyli dzień kąpieli pod prysznicem.
Wszyscy mamy świadomość, że musimy oszczędzać wodę więc "bao dia" jest wyznaczany "dekretem kapitańskim", ale wszechświat jest otwarty na nasze potrzeby i zsyła czasami deszczyk.

Pierwszy deszczyk witany jest przez załogę na pokładzie z wielką radością, ale wszechświat potrafi też przesadzić, bo niezbyt dokładnie zrozumiał i zsyła nam bao dia przez trzy dni o różnych porach. Szczególnie upodobał sobie noc, a to już nie jest fair.
Jeżeli zdarza się to nieoczekiwanie, a okienka w kabinach nie są na czas zamknięte, to zaskakujące bao ma nie tylko sternik.
A w dzień siedzimy pod pokładem w temperaturze ok. 30 stopni Celsjusza i nie wiemy czy się cieszyć, że to nie my walczymy przy sterze.

cdn

.
2022-09-04
Atlantyk, Teneryfa - Itajai
Minęliśmy równik, pora więc przedstawić letnią kolekcję odzieżową załogi:

Model pierwszy: Michał, nasz kapitan - odrobina nonszalancji, kolor koszuli w kolorze oczu, element konieczny to stylowy kubek ze świeżo zaparzoną kawą. Obuwie w tym przypadku nie jest niezbędne.
Model drugi, Wiktor: styl podkreślająco - maskujący. Podkreśla tatuaż i starannie wystylizowaną przez barbera brodę. Elementy maskujące mogą być również użyte w czasie leśnych wypraw.
Model trzeci, Mariusz: łagodna, luźna linia stroju pozwala na swobodne ruchy przy sterze i manewrach na pokładzie. Stonowana kolorystyka granatu koresponduje z kolorem oceanu.
Model czwarty, Ivan: Patagonia clasico. Gustownie kolorystycznie dobrane obuwie i okulary do koloru spodenek. Czarne włosy, broda i wąsy są elementem stałym.
Model piaty; Leandro: Patagonia hippi. Spokój i minimalizm. Kucyk i opaski z magicznymi zaklęciami na przegubie ręki i kostce nogi dodają autentyczności. Niekiedy rozwiany włos. Obuwie rzadko stosowane.
Modele szósty i siódmy, Kuba i Wojtek: o mało co Karaiby. Fantazja, młodość i braterstwo. Tu nic nie zepsuje stylu.
"No a teraz wchodzę ja, cała na biało".

cdn

.
2022-08-31
Atlantyk, Teneryfa - ItajaiHola amigos

aca estamos nuevamente disfrutando de esta aventura llamada Selma Expeditions, esta vez volviendo hacia el sur, en este momenro navegamos con vientos de 24 nudos, de ceida el mar esta tranquilo, y no nos esta castigando el calor, arracamos el dia con una lluvia torrencial.

Algunas cosas han cambiado, nuevo capitan y nuevos companeros, por lo tanto variedad en comidas, musica y charla. Ahora predominan los polacos, seis a dos.

En estos primeros quince dias de navegacion todo transcurre tranquilo, coloridos atardeceres, delfines que se acercan a saludar, una ballena y algunas pocas tortugas, unas horas con problemas de filtros de combustible pero nada grave. Se estima unos quince dias mas para llegar a Itajai, seguiremos resfrutando de la compania, del paisaje, los libros y sumando experiencia en el arte de navegar.

Saludos para todos los que siguen nuestro periplo, chau.

.
2022-08-29
Atlantyk, Teneryfa - Itajai

Za Zielonym Przylądkiem skręciliśmy na południe.
Fantastyczny półwiatr.

Czy może być coś fajniejszego od płynięcia baksztagiem po oceanie?
Tak, to właśnie półwiatr.
Czy mówiłem już, że był fajny półwiatr? Nie szkodzi, półwiatr może być podwójnie fajny*. Teraz to tylko wspomnienie, mamy słabe wiatry i ciepełko.
Nieźle przedzieramy się przez pas ciszy, do tej pory tylko trochę silnika.
Czasem wytchnienie, prysznic poza przydziałem i wiatr przynoszą chmurki.
Wszyscy po kolei trochę zmokli, ale Leandro, a później Ivanovi trafił się imponujący cumulonimbus i ściana wody. W nagrodę za dzielność otrzymali po bananku i to nie byle jakim, bo ostatnim.
Ja też stałem dwie godziny na deszczu, ale niczego nie dostałem.

Michał

*Parafraza Króla Juliana oczywiście. Tak, czerpię wiedzę z kreskówek. Tak, mam 40 lat.

.
2022-08-26
Atlantyk, Teneryfa - Itajai
Jesteśmy na wysokości Wysp Zielonego Przylądka.
Temperatura coraz wyższa więc na pokład wychodzą nagie, męskie torsy.
Mamy torsy typu Patagonia, które uaktywniają się na dźwięk każdej muzyki, mamy tors "już tu byłem i wiem jak pali to słońce, więc koszula z długim rękawem zawsze pod ręką", mamy tors z pięknym tatuażem, spalony na pierwszej wachcie przy sterze, który powoli wyrównuje biało-różowe zabarwienie, mamy tors "ja się nigdy nie smaruję, ale się upiekłem dzisiaj", mamy torsy najmłodsze, które z pewną dozą ostrożności wystawiają się na słońce.
No i ja, szczęśliwa, że tu jestem.

-------------------

Kambuz jest bardzo ważny na Selmie. Dla niektórych miejsce kulinarnych inspiracji, dla niektórych czarna dziura. Mamy sekcję gotującą, która wie jak używać noża i przypraw i sekcję sprzątająco-zmywającą, która terminuje na zmywaku.

Jest to pyszna kuchnia w większości przypadków bardzo eksperymentalna i ograniczana lub pobudzana tylko zasobami naszej "spiżarni". Dania z całego świata.

PS.1 "Rejsowy dietetyk" uroczyście zapewnia, że wszystkie czekolady, które mamy są "fit" i do równika nie tuczą".

PS.2 Mamy "bakistę szczęścia", no i tam to ... o jejku jejku ...

Bardzo trudno będzie nie przytyć. Niestety.

Ela

.
2022-08-25
Atlantyk, Teneryfa - Itajai
Wjechaliśmy w strefę silniejszych wiatrów, łódka płynie.

Sterowanie w baksztagu na Selmie zwykle wychodzi słabo, zazwyczaj jest to półwiatr lub fordewind z elementami baksztagu.
Trzeba dużo kręcić kółkiem, ale z drugiej strony nie należy kręcić zbyt intensywnie.
Nasi sternicy po tygodniu, muszę pochwalić, bajka.

Na początku rejsu zasłoniłem kompas, jedziemy tylko na wiatr, moje rady w stylu: "poczuj to, patrz na żagielki, bądź jednością, bądź jak woda" chyba się sprawdziły, pomógł też wskaźnik wiatru.

Widzieliśmy trochę delfinów, żeglarzy portugalskich - takie śmieszne meduzy z napędem wiatrowym, dwa wieloryby - ale dosyć daleko.
Mijamy niestety też sporo śmieci, zerwanych sieci, skrzynek styropianowych.

Michał

.