Tel. sat. iridium: +881621440894.

Satellite messages: http://messaging.iridium.com

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2020-06-01
Azory
Horta, Hooortaaa

No i tak płynęliśmy i płynęliśmy, żeglarzy portugalskich w oceanie było coraz więcej, a glony sargassum zaczęły znikać, aż zniknęły całkiem. Na horyzoncie pojawił się wulkan Pico, chwilę później wyspa Pico i Horta.... Hoortaaaa.... Zgodnie z procedurą wprowadzoną na czas wirusa podekscytowani na maxa wpłynęliśmy o 1030, 29.05 po 52 dniach żeglugi do Horty.
Kotwica na 4 metrach i stoimy w stadzie innych jachtów na kwarantannie albo wchodzących po zaopatrzenie i na naprawy. Można pomachać komuś ręką spoza Selmy i nawet chwile pogadać trochę krzycząc (ale radocha). Widać nawet samochody na ulicy. Stoimy naprzeciw słynnego Peter Cafe Sport.


Zespół Peter Cafa Sport dostarcza nam zaopatrzenie


Cudowny cheescake z cafe Porto Pim polecamy

Policja maritima robi nam odprawę, Duarte i Filipe przywożą warzywa i owoce, a wieczorem kolacje z Peter Cafe Sport. (dwa befsztyki jedna ryba). Emocji tyle, że prawie zasnąć nie można.
30.05 w uroczej mżawce przestawiamy się do kei, tankujemy wodę, paliwo robimy drobne naprawy, odsalamy liny, sztauujemy żarcie i popołudniu żegnaj Horto i cywilizacjo.


Cywilizacja

Nocą płyniemy na silniku wzdłuż południowych brzegów Pico, a temat Horty i sałatek warzywnych zdominował kompletnie rozmowy na pokładzie na następne dni. Tyle emocji...
Kolorami i zapachem ziemi można się jednak upić...

PAH
2020-05-21
AtlantykSzczęśliwie upały minęły. Selma nadal sama płynie. Czasami tylko trzeba podebrać fał kliwra (Piter) albo szot bezana (Ania). Szósty raz nie udało się zlutować kluczyka, zrobiliśmy obejście: silnik można odpalić przyciskiem.



Jeszcze pół Drake'a i będziemy na wysokości Kanarów.

PAH
2020-05-17
Atlantyk
Pogrążamy się w lekturach

Na Oceanie wszystkie dni tygodnia są jednakowe. Nie ma weekendów i poniedziałków. Godziny, dni i tygodnie zlewają się w całość. Dodatkowo od kilku dni wieją korzystne pasaty, Selma praktycznie sama płynie, więc zyskaliśmy więcej wolnego czasu. Z którym, w związku z nadal towarzyszącymi nam upałami, nie bardzo wiadomo co zrobić. Nawet nocek nie można odespać.
Na szczęście wczoraj, zupełnie ukradkiem, kasza jaglana najpierw wysypała się z szafki, a później przeniknęła przez szczeliny aż do zęzy. Skipper zarządził więc dzisiaj radosne usuwanie smrodów z zęzy i kilku innych miejsc. Odnalazła się zaginiona końcówka od blendera, piekarnik lśni, podłoga również. Wstydu nie ma. A my możemy spokojnie wrócić do pozycji leżącej i czytać, pisać, pogrążać się w myślach. Z prawej burty mijamy Wyspy Zielonego Przylądka...




Znajdź 10 różnic

PAH
2020-05-14
Atlantyk, równikPrzekraczanie Równika z grzybową i nie tylko...

Od południa przygotowania jak do Wigilii. Kompot z suszu, świąteczna grzybowa (Leon! Dziękujemy za prawdziwki na wigilie nie zdążyliśmy, za to teraz...) i mniej świąteczna lasagna. 10 maja 20:20 czasu lokalnego przy pełnym takielunku, na genakerze i ze szklaneczką whiskey (w ilości symbolicznej) Trzy Byki w dłoniach - mamy go!
Zjedliśmy grzybową, lasagne, popiliśmy kompotem z suszu, radośnie po ciemku zrzuciliśmy genakera i popłynęliśmy sobie dalej.


Genaker dół

Przedwczoraj odwiedziło nas stado wielorybów i baraszkowało z nami z 2 godziny. Trochę nie jesteśmy pewni czy to był Pygmy Killer Whale, Melon-headed Whale czy Fals Killer Whale. Stawiamy na dwa pierwsze. Badania nad zdjęciami trwają.


Wieloryb

Jak się da łapiemy drzemki w przewiewie i cieniu kokpitu. Wieczorem złamaliśmy kolejny raz kluczyk do silnika i przećwiczyliśmy odpalanie ze stacyjki "na krótko".


Drzemka

Pojawiły się wyspy dryfujących glonów Sargassum natans i Sargassum fluitans. Dzięki Marcie uczymy się je rozróżniać po antence przy pęcherzykach pławnych.
Złapaliśmy pasat północno wschodni. Płyniemy.


Fluitans czy natans?


Dryfujące Sargassum

PAH
2020-05-11
Atlantyk
Genaker na równiku

Skończył się Spotiffy. 30 dni offline i nie ma już ani muzyki ani podcastów. Nagrywamy więc własne i na nocnych wachtach kujemy na blachę słówka angielskie, hiszpańskie i portugalskie(!). Jeszcze tylko skipper musi nagrać dla nas wykłady z meteorologii, locji czy świateł statków, w ramach tworzonej szkoły Zgniła Deska, i ruszy nocna Akademia Selmy.
Muzycznie mamy gitarę i gary prawie w komplecie z podwieszanymi w mesie talerzami. Słuch muzyczny nam nie zaginie.


Gary w komplecie

Żeglarsko za nami kilka dni zmiennej pogody i nieprzewidywalnych chmur. Tropikalny deszcz na zmianę z palącym słońcem. Kilkugodzinne przestoje w ciszy wiatrowej. Niemniej cały czas do przodu.
995 mil do Wysp Zielonego Przylądka, 1838 mil do Wysp Kanaryjskich i jedynie 2233 mil do Azorów. Artur napisał, że za rufą 4 tysiące...A wczoraj wieczorem przekroczyliśmy Równik, ale o tym w kolejnej relacji.


Chmurki

PAH
2020-05-07
Atlantyk
w Oceanie

Powrócił wiatr. I to od razu konkretnie. Trochę się cieszymy, a trochę szkoda kąpieli w Oceanie. Skakania z dziobu na fale, zaglądania pod kadłub Selmy, wdrapywania się na drabinkę i zaliczania kolejnych siniaków.


skok Hongito

Jesteśmy już w strefie pasatów, za dnia padamy jak muszki i będziemy tak padać przez dwa tygodnie jeszcze. W menu na lunch wjechały sałatki owocowe (z puszki), dopiero po zachodzie słońca decydujemy się konkretniejsze posiłki. Skipper nie cierpi, gdy pisze sie o jedzeniu, ale zostały nam ziemniaki, papryka, marchew, dynia i cebula. Także można słać wyszukane przepisy ;)
Wraz z pasatami nie ma już korygowania kursu stopą i czytania książek na wachcie. A atmosfera wybitnie naukowa na Selmie... brakuje wolnych ścian w mesie, żeby zawiesić mapy (!)

PAH
2020-05-03
Atlantyk
a skipperek ucieka, gdzie się da

Wiwat Maj!
Jak skipper Peter wytrzymuje z nami na pokładzie Selmy?
Nie ma garażu, więc chowa się przed nami w maszynowni. Że niby znów trzeba coś naprawić.
I przegania nas z nocnych wacht. Siłą musimy walczyć o kawałek rozgwieżdżonego nieba i księżyc. No, ale udało się, siedzimy umorusane smarem i wypatrujemy swojej gwiazdki z nieba. Skipper robi nam śniadania, w wersji vege, no gluten, full gluten i co tam sobie jeszcze wymyślimy. My odwdzięczamy się kawą (dużo mleka), herbatką (zawsze dwie) i co tam sobie jeszcze skipper wymarzy. I tak daliśmy radę przez pierwszy miesiąc, więc poradzimy z nim sobie i przez kolejny. Trzymajcie kciuki! I róbcie zakłady.


Gazetka pod bimini

Poza tym zaraz wejdziemy w pasaty, rozłożyliśmy bimini z błękitnego poplamionego smarem prześcieradła, można sterować boso i zatrzymywać się na nocne kąpiele w Oceanie. Prawdopodobnie za tydzień równik, a za miesiąc Azory. Suniemy na grocie, bezanie i dwóch kliwrach, jak mały żaglowiec…


najpierw pranie


potem suszenie

PS Dziś skipper trochę przesadził i uciekł przed nami na szczyt masztu. Ale dzięki temu udało się spacyfikować głowicę fału rolera i dołożyć drugi fał genakera.

AH
2020-04-28
Atlantyk
Oba kliwry w grze

Jakoś z tego jutro wyszło nam trochę później, ale załogę trzeba przedstawić.
Hong czyli Hongito to po polsku Grzybek.
Hongito w dzieciństwie w domu musiała mówić w poniedziałki i czwartki po niemiecku, we wtorki i piątki po angielsku a w środy i soboty po wietnamsku. Ma 24 lata a była już prawie wszędzie i zna jeszcze kilka języków więcej. Po za tym pływała z innymi skipperami na Antarktydę, więc ma ich przegląd i teraz czas na nas. Co prawda nie na Antarktydę tylko przez Atlantyk, ale zawsze...


Hongito na wulkanie Chimborazo 6300mnpm


Hongito w Amazonii

Ana czyli Ania nauczycielka z powołania w podróży trochę dookoła świata a trochę tak o... Czyli jak skipperek zakaszle, to dostanie czapkę i szaliczek a jak Hongito wspomni o ciasteczkach, to ciasteczka będą wieczorem no najpóźniej następnego dnia rano. Dziećmi trzeba się przecież opiekować. Przy jedzeniu siedzimy prosto i mówimy pełnymi zdaniami.


Ania na biwaku


Ania w Torres del Paine

Piotr czyli skipperek Piterek albo kapitan ukleja, albo... (kilka innych ksywek też było). Trochę Wam już znany z poprzednich relacji.


Piotr na Selmie, Antarktyda

No i to już cała nasza załoga mknąca w tej chwili rączo przez Atlantyk.

Duży kliwer już opanowany bez rolera i pojawia się na sztagu na zmianę z genuą potworem. Chwilowo ma wolne, bo Artur Skrzyszowski (który prowadzi routing Selmy przez Atlantyk) załatwił nam trochę wiatru, więc do jutra lecimy na zestawie bardziej Drejkowym (mały kliwer, grot na drugim refie i bezan). Może w nocy dostawimy dużego kliwra. Po za tym zaczęły się upały i skończyły pomidory.

PS Pozdrawiamy serdecznie Marco w Itajai. Marco na pewno wrócimy.

PAH
2020-04-21
Atlantyk
Kliwer odmówił współpracy

To już 14 dzień rejsu. Minęło nie wiadomo kiedy. Pogoda nam sprzyja chociaż technika to już jakby trochę mniej i roler z dużym kliwrem jest out of order. Z gracją sfruną do wody. Chwilowo, bo już jak zwykle wdrażamy plan B.


Na małym kliwrze też jedziemy

W prognozie wiatry mają skręcić bardziej na południe więc i tak szykujemy się na gienie raksowego potwora i genakera, ale dziś ten kliwer bardzo by się przydał.
Po za tym weszliśmy już w ciepłe wody subtropikalne, które tu ciągną z prądem brazylijskim. Gorąco. Rano podłogi w środku mokre od wilgoci i nie pomaga nawet ogrzewanie. Chyba najwyższy czas je wyłączyć. Wczoraj małe prysznice wędrowały z rozbudowanymi cumulusami. W sterówce już przygrzewa i skipper musiał przenieść się na dół spać.
Cebula pokryła się pleśnią trzeba było obrać ze skórki. A wokół Ocean dziś granatowo niebieski :)


Chleb odmówił współpracy


Dynamiczna akcja na pokładzie

PAH pozdrawia.

Jutro przedstawimy załogę.
Marku dzięki za ogrzewanie. Wyłączyliśmy.
Janusz pomachaj nam przez okno właśnie minęliśmy La Platę. :)

PAH
2020-04-17
Atlantyk
Gienia

Płyniemy przez te ryczące czterdziestki, a tu słoneczko. Flauta taka, że ze dwa razy zaparkowaliśmy na noc bez żagli. Nocą krzyż południa prawie w zenicie i droga mleczna, która wygląda trochę inaczej niż u nas. Dziś pojawił się świecący plankton (taki bardziej świecący, bo trochę świecący jest już od kilku dni). No i był prysznic, a wczoraj zaczęło wiać, więc spokojnie jedziemy bajdewindem.
Selma sama steruje. Załoga zajęta lekturą, kolejnymi posiłkami i chłonięciem oceanu.
Aha, ponieważ wieje to schowaliśmy genuę potwora pod pokład.


Śniadanie

Na koniec zagadka i zadanie.
Zagadka: dopasuj śniadanie ze zdjęcia do osoby. Do wyboru Hongito, Ana, Piterek.
Zadanie oblicz powierzchnię pomiarową genuy potwora.
pozdrawiamy

PAH
2020-04-13
Atlantyk
Świąteczne śniadanie

Pierwszy Dzień Świąt, Wielkanoc.
Było jak zwykle.
Wiadomo najpierw było szykowanie Świątecznego Śniadania, potem jedzenie do 1200. Kawka, rozmowy. Potem przeczytaliśmy maila od Artura, że trochę za wolno płyniemy i mamy stawiać genakera. No i cóż musieliśmy pożegnać się z relaksującym trybem żeglugi.
Tymczasem poszliśmy w stronę dużej gieni trochę łatwiejszej do utrzymania przy naszym sterowaniu. Do stawiania już chyba nie łatwiejszej. Wyciągnęliśmy na pokład tego potwora na raksach. Potem trzeba było go przygotować i postawić. We dwójkę. Kto to robił na Selmie ten wie jak to jest. No i jedziemy, słoneczko albo gwiazdy, niebo raczej bezchmurne no i na razie nie ma kolejnego maila od Artura, więc chyba dobrze. W nocy masa poławiających rybę i kalmary kutrów trochę zachwiała naszą nadzieję, że jakieś życie w oceanie przetrwa.


Gienia potwór

Zielony basket powędrował z powrotem do kambuza i gościł świąteczną sałatkę. Po tym, gdy przez dwie doby słuchał na okrągło piosenki pod melodię Silence, Codplay (wiecie ten kawałek Hello darkness my old friend...) "Hello basket my old friend, will I see you here again? Will I vomit to you, will I hold you my green friend..." Trzymajcie się ciepło
Piotr , Ana, Hongito
czyli PAH ;-)
i tak nieoczekiwanie to się nam złożyło w:
Polską Akcję Humanitarną.
No to może warto ją wesprzeć w drugi dzień Świąt?

.
2020-04-11
Atlantyk, Falklandy na trawersiePłyniemy. Udało nam się oddać cumy z pomocą Ambasady (dziękujemy), Ernesta i życzliwości różnych naszych przyjaciół. Uciekliśmy przed świątecznym pieczeniem mazurków dla wszystkich jachtów uwięzionych w Ushuaia. Na trawersie już Falklandy. Załoga zwarta do działania :). W bakiście 200 jaj. Wody na śmigusa nie zabraknie. Albatrosy śmigają po niebie zamiast świątecznych zajęcy na zielonym. Żonkili i innych kwiatów brak, za to mamy cebule i trochę porów. Załoga na pokładzie to Hongito, Ana i Piotr. Temat rozwiniemy później. Tymczasem wszystkim z okazji Świąt życzymy zdrowia, spokoju, rejsów i Śmigusa ze słonej wody.

Przypominamy smsy na Selmę wysyłajcie z bramki internetowej na stronie, nowoczesne komórki często mają inny sposób kodowania i smsy przychodzą nieczytelne. Serdeczności dla wszystkich selmowiczów ich rodzin i przyjaciół oraz przyjaciół przyjaciół. (dla tych co nas nie znają a tylko czytają też)


Hongito

Piotr, Ana i Hongito
2020-03-10
Antarktyda
Noce na Oceanie Antarktycznym, fot. Adam Pałubski

9 i 10 marca 2020
Do stacji Wiernadzkiego płynęliśmy dzień, noc i dzień. Bez żadnego postoju. Dlatego trudno o ciekawe wydarzenia do zrelacjonowania. Choć sama noc zasługuje na jej uwiecznienie. Wachty płynęły w prawdzie z włączonym reflektorem dziobowym, ale wzszedł księżyc w pełni tak piękny i jasny, jak stare pięć złotych z rybakiem. Widno było tak, że książkę można było czytać. Księżycowa poświata odbita od spokojnej wody malowała szczyty ogromnych gór widocznych na Kontynencie po prawej burcie. Srebro na wodzie, srebro na niebie. Srebrne chmury i srebrne góry. Sami popatrzcie na zdjęcia.
Ale na stacji to już się działo. Dobiliśmy rano i koło dziesiątej po podwiezieniu Iwana do bazy… ruszyliśmy na narty!


Narciarski rejs, fot. Adam Pałubski

Bo widzicie, żeby założyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, jeden wspólnik powinien być ograniczony, a drugi kompletnie nieodpowiedzialny. My z Jasiem, jeszcze w samolocie zauważyliśmy, że idealnie nadajemy się na wspólników. Aby zrealizować cele naszej nowej spółki, zaraz po wylądowaniu w Ushuaia, udaliśmy się do wypożyczalni nart. Tam znaleźliśmy dobre, trochę używane dechy. Do tego buty i kijki. Po grubych negocjacjach nabyliśmy ten sprzęt w ilości dwóch zestawów. Cena była niewielka, więc rumiani ze szczęścia, przetransportowaliśmy ten majdanek celem ukrycia na Selmie. Schowaliśmy trochę na dziobie, trochę na rufie a resztę upchaliśmy pod materacami w naszych kojach. Teraz byliśmy już dobrze przygotowani. Otwieramy wypożyczalnię nart na Antarktydzie! Uradowani poszliśmy świętować nasz sukces w pobliskim barze.
Teraz, po dwóch tygodniach włóczęgi za kołem polarnym nadeszła ta wiekopomna chwila, by wreszcie zająć się naszym biznesem. Jak wiadomo taki „ milion dolar” jak słusznie mówi Rysio, sam się nie zarobi. Wydłubaliśmy więc sprzęt ze schowków i za pomocą ratraka, bo tak obecnie nazywa się ponton, zawieźliśmy go na brzeg. Co do miejsca jakie wybraliśmy, to nie było ono przypadkowe. Pobliską oślą łączkę wskazali nam naukowcy z bazy, a jak sama nazwa wskazuje naukowcy to tacy ludzie co się znają. Łagodny stok, który sobie upatrzyliśmy kończył się przy starej bazie brytyjskiej, obecnie zmienionej w muzeum. Budynek taki łatwo można potem zamienić na budkę grzańcem i zapiekankami, zauważyliśmy. To było właściwe miejsce. Znaczy prawie.
-„Brak wyciągu”. Pierwszy zauważył Jasiu. Był to mankament, którego przyznam szczerze nie przewidzieliśmy w naszym biznes planie.
Lekko rozczarowani ruszyliśmy pod górę. Stromizna trochę dawała nam się we znaki. Głośno sapiąc i klnąc pod nosami, wdrapaliśmy się na pobliski pagórek. Tam okazało się że zapomnieliśmy nart. Więc niestety trzeba było zejść i wejść jeszcze raz. Po założeniu sprzętu zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną. Wyglądaliśmy bosko. Nawet pingwiny zaniemówiły i patrzyły na nas tak dziwnie tymi swoimi niebieskimi oczami. Pozjeżdżaliśmy sobie taki kilka razy, aż pojawili się pierwsi klienci.
Adam i Rysiek. Kumple z kajuty. Dwie kozice górskie, które nie mogłyby sobie podarować wyścigu równoległego na nartach na Antarktydzie. Obaj stanęli w szrankach bardzo dzielnie i trzeba przyznać że wydupcyli się w tej samej chwili. Wyścig trzeba było powtórzyć. Ostatecznie nie pamiętam to wygrał, ale trochę to i specjalnie, bo pucharów nie wzięliśmy i głupio było się przyznać, jak i przed klientami, jak i zgromadzoną pingwinią gawiedzią.
Potem w swojej kategorii wiekowej wystartowali Kuba i Benedykt. W tej konkurencji pierwsze, drugie oraz trzecie miejsce zajął Benedykt, wyprzedzając jedynie samego siebie. Tym razem zawinił sprzęt. Jedna narta Kuby się nie dopinała i wystrzeliła tak że wybił sobie kciuka i musiał oddać walkowera.
Szybko naprawiliśmy zarówno narty jak i kciuka. Pierwszy dzień pracy naszej wypożyczalni był zarówno obiecujący jak i rozczarowujący zarazem. Po pierwsze byli klienci. Owszem. Ale ewidentny był brak infrastruktury, wręcz boleśnie kolący w oczy na całej Antarktydzie.

Cdn…

Pozdrowienia dla BB.

Załoga Selmy
2020-03-08
2000
Dzikie kanały wśród wysp Adelajdy
Kurs na północ, fot. Janusz Szymański

8 marca 2020 Dzień Kobiet
Jesteśmy 150 km za kołem polarnym. SMSy odbieramy w pakietach po kilka na raz. Dwa, góra trzy razy dziennie. Docierają, jak akurat przelatuje nad nami satelita, poza tymi kilkoma minutami jesteśmy praktycznie poza zasięgiem i wszelkim kontaktem ze światem.
Do wczorajszego zmroku lawirowaliśmy w wąskich kanałach miedzy brzegami, których ostre krawędzie zaczynają się w wodzie a kończą w chmurach. Od czasów odkrywców, a potem kilku ekspedycji geograficznych prawie nikogo tu nie było i rzadko ktoś bywa. Nawet mapy w swej większości trochę nieaktualne i głębokości dna w ogóle nie podają. Tylko my, woda, góry i słońce na bezchmurnym niebie. Dla takich chwil warto żyć i nikt już nam ich nie odbierze. Zostaną w naszych sercach na zawsze.
Skoro była niedziela, Kapitan postanowił przewietrzyć załogę i wyprowadzić na spacer na wyspę Purquais pas. Mieliśmy kilka godzin wolnego czasu, więc rozeszliśmy się w podgrupkach na okoliczne szczyty. Foczki leniwie wylegiwały się w pełnym słońcu i przyglądały się nam z ciekawością, ale kompletnie bez strachu. Góry lodowe stanęły w bezruchu. W końcu niedziela. Po dotarciu na swoje upatrzone cele, rozsiedliśmy się w zadumie i kontemplowaliśmy ten spokój. Ciepło. Miło. Nawet chmury odeszły gdzieś, by otulić dalekie góry kontynentu Antarktycznego. Po powrocie postanowiliśmy uczcić dzień kobiet, w końcu mamy na pokładzie jednego rodzynka Łucję. Jako, że akurat miała wachtę to pozostała w pełnym rynsztunku, my zaś ściągnęliśmy podkoszulki i wykonaliśmy zbiorową fotografię. Troszkę podygotaliśmy, ale pamiątka na całe życie. Odśpiewaliśmy sto lat dla Łucji oraz wszystkich naszych kobiet w domach. Po południu ruszyliśmy dalej. tym razem już na północ. Pora powoli nam wracać do domu.


Dzień kobiet na Antarktydzie, fot. Benedykt

Płynęliśmy spokojnie między pięknymi górami lodowymi w pełnym słoneczku. Selma mruczała pod stopami sunąc po gładkiej, turkusowej wodzie. Zaczarowany dorożkarz, zaczarowana dorożka, zaczarowany koń.

Załoga Selmy
2020-03-08
0400
4 rano kotwicowisko
Widok na morze, fot. Adam Pałubski

Nocna wachta.
Nocne wachty miały tej nocy sporo do roboty. Ze względu na niewielki prześwit Cieśniny The Narrows między wyspą Pourqoi Pas, którą oglądaliśmy aktualnie z drugiej strony a wyspą Blaiklock. Po zmroku rzuciliśmy kotwicę gdzieś w połowie cieśniny u podstawy lodowca. Załoga położyła się na parogodzinny sen dla szybkiej regeneracji. Tuż po północy ruszyły pływy, a z nimi silne prądy, które w tych wąskich kanałach między wysepkami stały się naprawdę wartkie. Takie prądy zawsze niosą z sobą jakieś niespodzianki. Tym razem były to góry lodowe. Z pierwszą musiał się zmierzyć Rysiek. Zaraz po jej spostrzeżeniu dzielnie wybudził Kapitana. A wiedzcie, że budzenie kapitana to akt prawdziwej odwagi. Ten, gdy obiema stopami stanął na pokładzie wydał rozkaz: Husaria do lanc! I obaj ruszyli do tyczek lodowych, by dźgać lodowego smoka w miękkie jego podbrzusze. Ta technika zdawałaby się laikowi szarżą Don Kichota z La Manchy na wiatraki, równie szalona co bezskuteczna. Niemniej, jak się okazało już po którymś potężnym ciosie jakie Ryszard Lwie Serce wyprowadził z potężnych mięśni swego grzbietu, góra wystraszyła się i wypękała. To znaczy tak się trochę pokruszyła. Następnie wystraszona postawą obu wojów zeszła z łańcucha kotwicznego i rejterowała jak niepyszna gdzieś dalej. Jestem pewien że cały Kraków będzie jeszcze latami spał spokojnie, wiedząc że wśród mieszkańców tego grodu jest rycerz tak potężny, że drewnianą wykałaczką potrafi góry lodowe na pół roztrzaskać. Do tego jedną ręką i bez okularów!

Góry lodowe, fot. Marek Zawirski

Ale Ocean to Ocean. Po dwóch godzinach natarł powtórnie. Tym razem na wachcie stał Jasio. Kapitan, po przebudzeniu trzeźwo ocenił sytuację. Wystraszona góra przepędzona wcześniej przez dzielnego Rysia wróciła z mamą, tatą i jeszcze z bratem z wojska. Jako, że szansa na pomoc od czarnego rycerza raczej była niemożliwa, a przynajmniej odległa w czasie, decyzja mogła być tylko jedna. Pora nam uchodzić! Zakrzyknął dzielnie kapitan i rychło odpalił motor. Po oddaleniu się na bezpieczną odległość, ponownie nasza załoga zapadła koszem w swych kojach. Wachty kotwiczne musiały znów wystawić swe czujne oko i ucho. Ciemno było choć oko wykol, ale za to było czego posłuchać. Wokół kwitło antarktyczne życie towarzyskie. Kormorany pokrzykiwały na siebie wzajem. Foki posapywały niczym olimpijczyk płynący żabką. Pfff! Pff! Było słychać z każdej strony a lodowiec zwielokrotniał te odgłosy echem. Gdzieś daleko ryknęła uchatka, a foczka Weddella plusnęła z rozmachem. Życie za kołem polarnym ma się świetnie i występuje tu w dużej obfitości, nawet bez pingwinów których tu nie ma i nie czuć wcale. Może i to dobrze bo powietrze świeższe.

Załoga Selmy
2020-03-07
Jeszcze dalej na południeO 6 rano zaraz po przybyciu w okolicę wyspy Horseshoe pobudka reszty załogi i lądowanie. Mamy informację, że koło 8:30 będzie tam jeden z norweskich cruserów który tam operuje i będą lądować w brytyjskiej bazie. Na miejscu miłe spotkanie. Jednym z członków załogi crusera obsługujących pasażerów jest Andrzej Pochodaj! Znany żeglarz, który prowadził wiele rejsów na Selmie jako skipper, a obecny sezon postanowił powylegiwać się na Cruzerze jako przewodnik po tutejszych wodach. Odpowiada turystom na pytania w stylu: ile pingwinów dziennie zjada niedźwiedź, oraz jak stada kryli polują na humbaki nocą albo ile polarów musi zginąć, żeby uszyć jednego polara dla żeglarza. Spotkaliśmy też Henia Wolskiego, który robi dokładnie to samo. Co za towarzystwo :). Po serdecznej pogawędce, wspominkach oraz wspólnych pamiątkowych zdjęciach uciekamy z wyspy, bo rozpoczęto desant turystów. Dodatkowo, zatoczka zaczęła gwałtownie zamarzać i pomimo słoneczka nasz ponton miał coraz większe problemy z lodem, który przyrastał w oczach i powiało lekko grozą.


Widok na góry, fot. Janusz Szymański

Ruszyliśmy jeszcze dalej w dół mapy. Koło południa zrobiło się słonecznie i naprawdę ciepło. Nie trzeba być żadnym naukowcem żeby zrozumieć, że klimat się zmienia. Sami jesteśmy zaskoczeni, że takie warunki pogodowe znajdujemy za kołem polarnym na koniec jesieni. Prąc stale na południe kapitan postanowił zrobić nam kolejny prezent.
Wylądowaliśmy znów na kontynencie! Plaża lądowiska tak ogromna że wyrasta poza wszelką skalę pojmowania. Przybój oceanu wyrzucił tu tak niewyobrażalny ogrom masy skalnej niesionej z całego kontynentu. Ogromne głazy zaoblone przez migrujące przez dziesiątki milionów lat lodowce, wyrzucone na brzeg. Sama plaża była tak szeroka że żeby dojść do podstawy skał potrzebowaliśmy dobre 20 minut, a wysokość naniesień miała dobre 9 pięter. Plaża składała się z kilku przełomów o różnych kolorach i składzie naniesionych kamieni. Bliżej brzegu, głównie drobny granit w różnych kolorach na których wylegiwały się foczki pozwalające podejść do siebie na metr czy dwa, całkowicie ignorując naszą obecność. Wyżej szeroka na 300 może 400m warstwa głazów, o niespotykanej różnorodności barw, struktury i materiału z których powstały. Aż trudno sobie wyobrazić gdzie powstały i skąd tu zostały przywleczone i jak wściekły musi tu bywać ocean, by w takich ilościach je tutaj wyrzucić! Warstwa ta wznosiła się dość łagodnymi progami na wysokość kilku pięter. Ostania składała się głównie ze rumoru skalnego oraz zwietrzeliny skalnej osypującej się pionowych ścian powyżej. Ponad naszymi głowami wznosił się majestatyczny szczyt góry nad Camp Point ukryty prawie cały czas w chmurach. Gdzieniegdzie, kilkuset metrowe żleby kończyły się wodospadami rozbryzgującymi wodę o bazaltową podstawę góry. Po lewej stronie od naszego lądowiska wznosił się mocno popękany lodowiec Mc Morrin o wysokości 60 m może 70 m, do którego dojścia strzegł strumień biorący początek u wodospadu i zdradliwie ukryty pod cienką warstwą lodu którego ozór schodził do przepaści kończącej się jakieś 40 m. poniżej. Nie ryzykowaliśmy. Chłonęliśmy to miejsce oczarowani, zafascynowani i zaczarowani.
Jeśli mógłbym, to zgłaszam to miejsce do objęcia ochroną przez UNESCO jako światowe dziedzictwo przyrody. Na razie chyba jednak nie trzeba go chronić, bo nie sądzę by zbyt wielu śmiałków tu kiedykolwiek dotarło. Ba z całą pewnością godzinami stąpaliśmy po fragmencie ziemi na którym nigdy nie stanęła żadna ludzka stopa, a po skałach powyżej ostatni raz przechadzały się dinozaury przed milionami lat. Po dwugodzinnym lądowaniu poczuliśmy się tacy malutcy w bezmiarze ogromu tego kontynentu. Byliśmy bezmiernie wdzięczni losowi, że pozwolił nam tu dotrzeć.

Pozdrowienia:
Michał Pozdrawia rodziców oraz cały Wyszków.
Ciepłe uściski, gorące pocałunki dla BB od JJ. JN i JN pozdrawiają wszystkie Panie z rodziny i nie tylko…. No i Kicię!
Łucja pozdrawia Justynę i jej Chłopców, Wiktorię i Angelikę (bądźcie dzielne, już niedużo zostało) oraz Tych, co na morzu… Wszystkim Paniom w dniu uroczystym życzę takiego świętowania, jak na Selmie. Tęsknię bardzo Basiu, buziii. Kocham Cię Aniu, tęsknię bardzo i liczę dni do powrotu Iwan.

Załoga Selmy
2020-03-06
Wyspa Leona i Lagoon Island
Koło podbiegunowe zdobyte fot. Marek Zawirski

Tak. Płyniemy na południe tak dalece, jak to tylko możliwe. Założenie było by iść do granicy rozsądku, a potem może jeszcze kilka dni dalej. Dopinguje nas zapał Iwana, który szuka Deschampsia antarctica oraz Colobanthus quitensis. Lądujemy, więc na wyspie Leona (pozdrawiamy z całego serca Leona Rychlika, pogromcę morza Rossa, który zsiadł z Selmy tuż przed nami). Na kolejnej wyspie Lagoon Island lądujemy po południu. Na brzegu powitała nas piękna para słoni morskich. Ależ one są ogromne! Samiec na nasz widok powoli i majestatycznie zsunął się do wody. Powoli to znaczy powoli. Zajęło mu to z dziesięć minut. Samiczka całkowicie nas zignorował i spała do końca naszej wizyty.


Colobanthsus i dechampsia fot. Adam Pałubski

Obeszliśmy kawałek wyspy wokół naszego lądowiska. Nad spotykanie dużo zieleni jak na wyspę głęboko za kołem polarnym. Znaleźliśmy nawet mały wąwóz, który od biedy można by nazwać zieloną doliną. Po pokonaniu przełęczy na wysokości jakichś 20 m n.p.m. znajdujemy niewielką lagunę ze spokojną jak lustro wodą, naprawdę zasługującą by nadać nazwę całej wyspie. Po drugiej stronie laguny, między dwoma oddalonymi o kilkaset metrów rdzawo-czerwonymi pagórkami stoi chata schronisko. To jedna z najdalej położonych na południu jak i na Wyspach Adeli.


Stado słoni morskich na Lagoon Island - fot. Darek

Wokół zatoczki dość gęsto leżały uchatki, foczki oraz duże stado słoni Morskich. Wszystkie te zwierzęta w ogóle nie zwracały na nas uwagi pozwalając fotografować się z bliska. Nas najbardziej zafascynowały oczywiści słonie. Po pierwsze bo były tak ogromne, po drugie bo były pierwsze jakie zobaczyliśmy w takiej ilości. Do tego z tak bliska i w takiej swej obfitości. Stado składało się z samca oraz samic. Razem ponad pięćdziesiąt zwierząt. Leżały spokojnie drzemiąc i trawiąc posiłek, o czym świadczyły gazy jakie głośno puszczały oraz intensywność ich zapachu. Przyroda jest tu dzika, krajobraz surowy, ale i duże bogactwo zwierząt całkowicie ignorujące człowieka, który praktycznie tu nie dociera.
Pingwiny zanikają. Jest za bardzo na południe i właściwie już ich się tu nie spotyka. Może to i dobrze. Nachodzi nas refleksja, że zdjęcie pingwina na górze lodowej to prawie jak olejne mamidło z jeleniem na rykowisku każdy je ma, a potem się wstydzi gościom pokazać. Co za dużo to nie zdrowo. Potem człowiek wierzy że to jedyne co żyje na Antarktydzie i głupoty opowiada. Po zmroku kapitan podejmuje decyzję: pogodę mamy dobrą więc napieramy na południe. Najpierw trochę do bardziej uczęszczanych rejonów, tak by zwiedzić Wyspę Horseshoe. Będziemy płynąć przez całą noc na silniku i przy włączonych reflektorach dziobowych z uwagi na występujące wszędzie growlery.

Załoga Selmy
2020-03-03
Wyspy Petermana i Tongersen /AnversNa wyspie Petermana wylądowaliśmy tuż po świcie. To znaczy część zespołu. Bo drugi zespół popłynął dalej, w okolice amerykańskiej bazy Palmer na wyspie Anvers oraz żeby wylądować na sąsiadującej Wyspie Tongersen. Po przedarciu się przez pak lodowy, wysadzono część załogi na wyspie Petermana w asyście Anatolija i Artioma, zaś reszta, pod egidą Iwana popłynęła do bazy Palmer. Tam także porzucono załogę badawczą ze Stacji Vernatskyego w celu przeprowadzenia kilkugodzinnych prac badawczych.
Na Wyspie Petermana mieliśmy pozostać do dwunastej w nocy, plus minus pięć godzin. Ta dokładność wynikała z faktu, iż Selma miała jeszcze około 50 mil tam i z powrotem a kanał był wąski i pełen lodowego gruzu. Anatolij i Artiom rozeszli się do swoich zadań, czyli liczenia pingwinów. Jeden liczył od wschodu na zachód, zaś drugi w kierunku przeciwnym. Ale gdy się patrzy jak te ptaki są zwiercone i ruchliwe, to chyba łatwiej się położyć i policzyć łapki, a potem podzielić na dwa, niż tak w kółko wyspę obchodzić.
Wnieśliśmy nasze graty do stojącej na brzegu kanału chatki, wzniesionej tu kilka lat temu przez armadę Argentyńską i rozłożyliśmy się wygodnie. Po godzinie od tego rozłożenia, zaczęła doskwierać nam nuda. Postanowiliśmy więc rozpalić ogień. Zadaniem tym zajął się profesjonalny zespół trzech adwokatów piromanów czyli Rysiek, Jasiu i Benio. Po kolejnych dwóch godzinach ciężkiej pracy, wzajemnych oskarżeń i całych tomów spalonych akt, sytuacja była bez zmian. Kominek był zimny, a chatkę wypełniał gryzący dym. Na szczęście, godzinę później wrócił Anatolij i po chwili ogień zapłonął, a nasi juryści mieli wreszcie gdzie wysuszyć przepocone swą ciężką pracą kurtki.
Wtedy znaleziono jedzenie. Po zalaniu gorącą wodą naszych liofilizowanych zapasów, zjedliśmy je łapczywie. Dlatego zaraz potem rozbolały nas brzuchy. Więc zaczęliśmy podjadać sucharki z Argentyńskich zapasów i wypijać pozostawioną tu herbatkę. Po pewnym czasie i to stało się nudne. Wyszliśmy więc przed chatkę i ustawiliśmy krzesełeczka twarzami do słońca. Na pewno liczenie pingwinów musiała utrudniać znacząca ilość turystów dowożonych w to miejsce cruzerami od samego rana. My byliśmy otoczeni czerwonymi flagami na patyczkach pieczołowicie wbijanych przez obsługę cruzerów. Miało to ochronić bazę i zapobiec podchodzeniu do nas wszędobylskich zwiedzających oraz zakłócaniu życia naukowców w ich naturalnym środowisku. Mieliśmy swój rezerwat!.
Ja, Jasio i Darek pomyśleliśmy, że może warto by zbadać dla odmiany turystów, jako organizmy sezonowe, migrujące na Antarktydę jedynie w okresie letnim. Kto wie, może tym samym wniesiemy jakiś znaczący wkład w badania prowadzone na Stacji Wiernadckiego?. Na początku jedynie ich liczyliśmy. Potem wpadliśmy na pomysł, żeby licząc dzielić na płeć oraz kolory kurtek. Siedzieliśmy cierpliwie w widocznym miejscu, a następnie gdy obserwowane osobniki oswoiły się i przyzwyczaiły się do naszego widoku, pozwoliliśmy tym najbardziej ciekawskim podchodzić i wchodzić z nami w interakcję. To jest dotykać naszych plecaczków, zerkać nam przez ramię czy zadawać nieskomplikowane pytania. Przy trzecim cruzerze, wpadliśmy na pomysł, że może przeprowadzimy dodatkowe badania w miejscu gniazdowania turystów. Jak się żywią, co piją, jak mieszkają, jak się rozmnażają zastanawialiśmy się. To chyba bezcenna wiedza, którą zanotujemy i dumą przekażemy po powrocie do bazy, w celu jej naukowej analizy przez pracujących tam biologów behawiorystów.
Już trzeci ponton z czwartego cruzera, dał się na tyle oswoić iż zawiózł nas na pokład prześlicznego liniowca Princessa of Antarctica. Tam, wdarliśmy się na górny pokład, gdzie sympatyczny pierwszy oficer oprowadził nas i wskazał jak turyści korzystają z udogodnień cywilizacji. Ja zbadałem udogodnienia męskie, Jasio dla niepełnosprawnych, a Darek musiał poczekać aż któryś z nas zakończy swoje badania i powtórzyć je po swojemu. Po wyjściu z udogodnień, zapoznaliśmy się ze sposobem w jaki turyści gaszą pragnienie. Dla zapoznania się z ich jakością i spożyliśmy trzy razy Irlandzką z lodem. Bardzo intrygująca potrawa, dalece lepsza od herbatki, dlatego powtórzyliśmy badanie, bo systematyka i cierpliwość to cecha prawdziwych naukowców. Po powrocie do naszego stanowiska badawczego na Wyspie Petermana, wspólnie dokończyliśmy zestawienie ilości pingwinów z ilością turystów. Wyszło podobnie. W chatce przy herbatce zaczekaliśmy na odbiór przez Selmę, która szczęśliwie wróciła po nas około 22. Podobno badanie naszych intrygujących wyników trwało do późna, ale ja usnąłem prawie natychmiast po powrocie, więc nie wiele mogę już dodać.

Michał

Zespół z Bazy Palmer.
Po kilkugodzinnym rejsie wśród malowniczych krajobrazów dotarliśmy pod brzeg Anvers, gdzie Michał wysadził Ivana i Yuriego do przeprowadzenia badań w okolicach amerykańskiej bazy Palmer. Na Amerykanach wizyta w otoczonej pasem lodu stacji zrobiła chyba duże wrażenie, bo pytali się o klasę lodową naszych lodołamaczy. Odetchnęli z ulgą, ale i zaciekawieniem, że dotarliśmy Selmą a nie przepłynęliśmy 25 mil pontonem. Badania przy Palmer trwały w najlepsze, podczas gdy skład Ania, Vlad, Łucja, Janusz i Marek odwiedził sąsiadującą wyspę Tongersen.
Znaleźliśmy tam nie tylko bujną Deschampsię, ale i kilka pingwinów Adelie, stado pomrukujących uchatek i dwa słonie morskie. Komitet powitalny podczas powrotu po załogę Petermana też niczego sobie - żegnały nas foka wylegująca się na krze i wieloryb zza kry, zdając się mieć w niepoważaniu nasze trudy przedzierania się przez lód w rytm ukraińskiej pieśni.
Marek

Pozdrowienia:
Madziu wszystkiego najlepszego w dniu urodzin. Kocham cię! Julka dzięki za SMSy, buziaki. Lala, też tęsknię. Misiek odezwij się. Basiu, pewnie Ci tam zimno, trzymaj się ciepło. Elu, cieplutkie buziaki zza koła podbiegunowego, a dla Kacperka i Kubusia tym razem pozdrowienia od Humbaków, takich ogromnych wielorybów. Buziaki dla Kasi Lili Krzyśka i Babisa. Specjalne pozdrowienia polarne dla całej Kancelarii, wszystkich sąsiadów z Rząski, Ani, Piotrusia, Beaty i Kuby, moich znajomych prawników i nie tylko, cieplutkie pozdrowienia. Dla Jurka Sonika i całej Sonikowej Ekipy żeglarskie pozdrowienia z mroźnej Antarktydy. Rysiek

.
2020-03-02
Kontynent Antarktyczny

O wysokich kwalifikacjach chemików pracujących na Stacji Wienadzkiego najlepiej świadczy fakt, że następnego dnia obudziliśmy w wyśmienitym stanie, a biorąc pod uwagę ile spożyliśmy produkowanej na miejscu i serwowanej ze słowiańską gościnnością tak zwanej Wiernatówki, mogło być różnie. Rano przyjechał po nas Jarosław wraz z dowódcą bazy by pokazać nam Pingwina Królewskiego oraz Pingwina Cesarskiego. Osobniki tych dwóch gatunków zapodziały się przypadkowo w okolicach Bazy Wiernadskiego i obecnie dodają kolorytu pobliskiej faunie, dając możliwość bliskiego ich spotkania, bez konieczności przemierzania połowy kontynentu.
Po tej pouczającej wycieczce zabraliśmy na pokład trzech Aleksandrów, jednego Anatolija oraz Anię i Żenię, aby wybrać się wspólnie na zwiedzanie pobliskich wysp. Naszym celem było też zdobycie własną stopą Kontynentu Antarktycznego. Na kontynencie wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Lądowaliśmy na trzy pontony w dość trudnych warunkach, bo schodzące lawiny i cielący się lodowiec z drugiej strony zatoki fundował nam małe tsunami podnoszące ponton i osadzające go na kamieniach, z których trudno było go potem ściągać z powrotem do wody. Załoga oraz goście po wylądowaniu postanowiła lekko złamać ustalenia traktatu Antarktycznego o demilitaryzacji i wszczęła bitwę na śnieżki. Była to najprawdopodobniej pierwsza Wojna Antarktyczna w historii, ale ciężko już dociec kto zaczął i raczej toczyła się na zasadach każdy z każdym. Po bitwie obie strony uczciły ten fakt urządzając pierwsze Olimpijskie Igrzyska Antarktyczne. Jako konkurencję wiodącą wybrano zjazd na tyłkach z pobliskiego lodowca prosto na bazaltowo granitowe kamienie u podnóża góry. Jako trofea przywieźliśmy wielkie siniaki, wiecie sami gdzie.
Po powrocie do bazy gospodarze zorganizowali nam możliwość skorzystania z sauny wybudowanej na obrzeżach bazy. Raj dla naszych utyranych ciał. Mała chatka wznosi się na skale parę metrów nad wodą. Można tam dobić bezpośrednio pontonem bez wchodzenia w drogę wszędobylskim pingwinom i do samej bani dotrzeć po drewnianych śliskich schodkach które służą też do kąpieli w oceanie. Bania a potem naga kąpiel w lodowatych odmętach pozwala nam obecnie uważać się za prawdziwych polarników i patrzeć z wyższością a nawet pogardą na wszelkich mazowieckich czy wielkopolskich jeziorowych morsów, uważających każdą większą kałużę za groźny akwen. Po dniu tak bogatym w atrakcje usnęliśmy jak dzieci, zwłaszcza że pobudkę zaplanowano na 4 rano.
Pozdrowienia z pokładu:
Adam pozdrawia wszystkich znajomych żeglarzy będących aktualnie w drodze na Nordkapp.
Selma pozdrawia wszystkich Makedońskich.
Żeglarskie pozdrowienia i cieplutkie buziaki z SELMY od Ryśka dla Eli a dla KUBUSIA i KACPERKA moc pozdrowień od pingwinów, uchatek i wielorybów. Pozdrawiam sąsiadów z Rząski, całą kancelarię oraz wszystkich przyjaciół z Antarktydy, Gorące uściski, całusy dla całej Rodziny wraz z Anią i Markiem śle JanuSz.
Uściski dla całej rodziny i imieninowe sto lat dla Leosia, a dla Nat całusy przesyła Marek.
Ivan Aniu nie martw się. Wszystko dobrze.

Załoga Selmy
2020-03-01
Stacja Wiernadskiego

Wiatr wydmuchał się poprzedniego dnia, ale za to niebo rozpadało się soczyście. Po drodze, moknąc na pokładzie, wachty miały nagrodzę w postaci cudnych widoków. Od rana podziwialiśmy przepiękne cmentarzyska gigantycznych gór lodowych, które utknęły w płytkich i wąskich kanałach. Niebieskie, zielone i białe gmachy gór, zaś w tle intrygujący róż pingwinisk. Prawdziwa uczta dla naszych oczu spragnionych piękna Antarktyki. My, aby ominąć te lodowe olbrzymy, kluczyliśmy między drobnymi wysepkami, szukając czystego toru wodnego dla Selmy. Wielokrotnie nadrabialiśmy kilometry, ale bezpieczeństwo to rzecz najważniejsza. Po drodze odwiedziliśmy Salę koncertową im Adama Nowaka z zespołu Raz Dwa Trzy, ustanowioną w miejscu gdzie dał on koncert kilka lat temu przy okazji realizacji programu trzy sztuki w Antarktyce. To piękne miejsce, kamienny podest orchestrionu z błękitną kotarą sceny tworzy wybitne miejsce dla słuchania muzyki. Lokalni mieszkańcy nadal bardzo ciepło wspominają to wydarzenie oraz sam koncert. Słyszeliśmy, że gdyby chciał jeszcze raz powtórzyć swój występ, to same foczki Weddella i uchatki wykupiłyby połowę wszystkich biletów. Zaś wieloryby stadnie spłynęłyby aż z Australii machając wielkimi płetwami i wyskakując z wody na wiele metrów by lepiej zobaczyć scenę.
Wieczorem rzuciliśmy kotwicę w spokojnej zatoce za Stacją Wiernadskiego, do której wiedzie rudawo rdzawa cieśnina gwarantująca spokój od fali i wiatru. Bezpieczne i ciche miejsce dające szansę przycumowania do brzegu na linach, bez konieczności kotwiczenia. Stacja nosi imię wybitnego Ukraińskiego geologa i chemika, który podłożył podwaliny pod wiele badań i osiągnięć światowej nauki. Do samej stacji dotarliśmy pontonem o godzinie 21, na którą zaprosili nas gospodarze. Pracują w piątek, świątek i niedzielę i dopiero późną nocą mają odrobinę wytchnienia. Po zwiedzeniu bazy pod przewodnictwem Iwana, który oprowadził nas po obiekcie przejętym przez Ukraińców od Brytyjczyków za jednego Funta i obecnie systematycznie rozbudowywanej w celu poszerzenia możliwości prowadzonych badań. Opowiedział o jego historii, oraz o tym jakie badania są prowadzone obecnie. Po ciekawej wycieczce, zaproszono nas do baru na górze. Tam uroczyście przekazaliśmy obrazy, namalowane oraz podarowane przez Olenę i Piotra Budżaków ze Lwowa, których stąd serdecznie pozdrawiamy. Przewieźliśmy je przez pół świata i Cieśninę Drakea i przekazaliśmy na ręce dowódcy by radowały oczy mieszkańców stacji w długich i zimnych wieczorach pracy.



Załoga Selmy
2020-02-29
Port Lockroy

Pogoda popsuła się na tyle, że kapitan ogłosił przymusowy, całodobowy postój. Wróżba pogody zapowiadała 5 węzłów, a zrobiło się 30 z paroma groszami. Urządziliśmy więc sobie Ciechocinek, czyli kojący relaks z masażami oraz wizytami w tężniach. Polegało to na kojącym kulaniu się po własnym koju w śpiworku oraz na inhalacjach morskiej bryzy na pokładzie. Pod wieczór skądś znalazła się gitara, na której Adam i Darek umieli naprawdę nieźle zagrać kilka morskich szlagierów, a kapitan wytoczył dwie beczki przedniego wina z sekretnej piwniczki - która znajduje się pod materacem, w rufowej koi, po prawej stronie za kocami, na lewo od drzwi, tylko nikomu ani słowa - i rozpoczęła się akcja integracja. Śpiewaliśmy pięknie i głośno co kto umiał. Jak kto nie umiał, to tylko śpiewał głośno. Tak do północy, kiedy to załoga udała się na odpoczynek w z góry upatrzonych pozycjach. Większość wybrała na wznak.
Następnego dnia UKF-a zaprosiła nas na zwiedzanie muzeum w Port Lockroy. Byliśmy już ostatnim jachtem, który odwiedził Port przed zamknięciem na zimę. Obejrzeliśmy całe muzeum bardzo starannie. Ekipa wolontariuszy zajmująca się tym obiektem od początku sezonu, zbierała się już do odjazdu do domu, więc podzielili się z nami resztką owoców oraz mlekiem jakie im jeszcze zostało. My po zafasowaniu jachtu w absolutnie niezbędne do dalszej podróży podkoszulki, widokówki, breloczki i pamiątkowe bibeloty ruszyliśmy koło południa w kierunku Stacji Wiernadskiego.

Załoga Selmy
2020-02-28
Półwysep Antarktyczny27 luty 2020 Cieśnina Gerlach w drodze do półwyspu Arctowskiego.
Od rana prześladuje nas piękna pogoda i wylegujemy się na pokładzie niczym uchatki na kamieniach. Widoki jakich nie sposób opisać słowem. Po powrocie z radością zadręczymy każdego z Was, drodzy czytelnicy, tysiącami zdjęć słonecznych Alp wystających wprost z turkusowej wody. Fiordy, błękitne góry lodowe i bezchmurne niebo. Pozowały nam wieloryby, machały uśmiechnięte foczki a pingwiny tańczyły radosnego kankana. Kapitan zalecił sternikom by na widok śpiącego humbaka podpływać do niego cichutko, na paluszkach, tak by ich nie nastraszyć a one z wdzięczności może pozwolą się z bliska obejrzeć kładąc się na boku machając płetwą. I rzeczywiście, w połowie cieśniny parka dorosłych humbaków podpływa do nas bliziutko i nurkując pod jachtem oraz wokół jachtu pozwala nam na jednoterabajtową sesję fotograficzną wieloryba z bliska. Wspaniałe chwile. Adam z Markiem wydali taki obiad, że nawet sternik przysnął z rozkoszy, leniwie kręcąc kołem na decku. Po południu pogoda lekko się załamała. Może na nasz widok, a może tak po prostu. Śnieg i silny wiatr pokazał nam, że Antarktyda to kraina surowa i okrutna. Z perspektywy pokładu małego jachtu człowiek uświadamia sobie, że kolonizacja tych obszarów to mglista mrzonka. Jeśli człowiek marzy o stałym zamieszkaniu na Marsie w przeciągu najbliższych 10 lat, a tu jest bezradny jak szczenię w studni, to buduje to poczucie niepokoju nad losem przyszłych międzyplanetarnych osadników. Zwierzęta żyjące tu na stałe wieczór traktują jako chwilę wytchnienia po znojnym dniu i nie brakowało dziesiątek humbaków, które zalotnie podpływały i podejmowały wysiłki by nas zatrzymać i zabawić. Z bólem serca gnaliśmy dalej, by znaleźć bezpieczną przystań na noc dla Selmy. Spokojne kotwicowisko w zatoczce Wyspy Cuverville osiągnęliśmy dopiero grubo po północy.

28.02.2020
Kambuz, czyli jedzmy jakby jutra nie było.
Rano znów się przedmuchało i obudziło nas piękne słoneczko. Kapitan urządził nam atrakcję w postaci zwiedzania dwu pingwinisk. Pierwsze znajdowało się właściwie kilkaset metrów od naszego nocnego kotwicowiska przy Wyspie Curvelville. Po śniadaniu udaliśmy się na oglądanie stanowisk pingwina białobrewego. Jest końcówka lutego, co oznacza, że właściwie wszystkie pingwiniątka wylęgły się już dawno. Ba dzięki bardzo grubemu, puchowemu upierzeniu wydają się one nawet większe od swoich rodziców. To dla zmylenia unoszących się nad kolonią Skuł próbujących wyrwać jakieś pisklę z pomiędzy troskliwych rodziców i porwać na kawałeczki w celu wyżywienia własnych piskląt. Jak to w przyrodzie. Wszystko zjada wszystko.
Drugie lądowanie odbyło się dwie godziny później na Paradise Bay. Tym razem oglądaliśmy pingwiny maskowe, co wymagało od nas zwinności kozic, bo ptaki te gniazdowały na bardzo wysokich i stromych skałach. Uznaliśmy, że jak taki ptak potrafi codziennie tam wejść i zejść, to na pewno zawzięty Polak w gumowcu też. Wspinaczka okazała się prawdziwym wyzwaniem podczas którego wielu z nas często odpadało od ściany zsuwając się po lodowej pokrywie po kilkanaście metrów dół. Zaś dla odmiany takie kozice górskie jak Rysiek czy Adam w asyście Darka poleźli po skalnej grani gdzieś tak wysoko, że przeciętny Warszawiak nie dałby rady tam przeżyć nawet dziesięciu minut bez aparatu tlenowego i kiwali do nas stamtąd z radością na twarzach. My zadowoliliśmy się osiągnięciem samej grani i przyglądaniem się widokom z drugiej strony przełączy oraz podglądaniem samych pingwinów. Te żyły w dużo mniejszej kolonii niż pingwiny białobrewe oglądane rano.
Piotr uprzedził nas, że gatunek ten jest bardzo terytorialny i wystraszanie któregoś może spowodować jego ucieczkę na teren innego pingwina co zakończyć się może krwawą jatką między nimi. Rzeczywiście takie zachowania zaobserwowaliśmy i staraliśmy się nie wchodzić im w rabatę. Wracając na pokład pośród huków pobliskiego lodowca zgarnęliśmy dużą bryłę przeźroczystego lodu i zaprosiliśmy ją na herbatkę. I co ciekawe, herbata z wody lodowcowej była tak dalece pyszniejsza od tej z bakisty, że postanowiliśmy powtarzać ten zwyczaj, gdy tylko to będzie możliwe.
Jeśli chodzi o jedzenie na pokładzie, to dzieje się to tak, iż codziennie wydawane są trzy posiłki w sposób zorganizowany. Śniadanie obiad i kolację gotuje tak zwana wachta kambuzowa. Gdy taka wypadnie na załoganta ten zwolniony jest z pozostałych obowiązków pokładowych przez całą dobę. Od północy do północy, gdyż w tym czasie zajęty jest dogadzaniem kulinarnym reszcie załogi, myciem garów oraz naczyń, wynoszeniem śmieci oraz wieczornym sprzątaniem toalet po wszystkich. Pierwsze relacje z Selmy jakie pamiętam sprzed 10 lat właściwie stanowiły głównie spis zjadanych codziennie potraw. Żeby to zrozumieć, należy pamiętać iż każdy posiłek to najważniejsze wydarzenie towarzyskie załogi oraz esencja często bardzo długiego i nudnego- na przykład czterdziestego szóstego z kolei - dnia pracy przy żaglach. Dlatego posiłki przygotowywane przez kambuz czasem przypominają wyścig zbrojeń w zakresie wykwintności oraz ilości wydanego żarcia na stół. Pieczeń wołowa w czerwonym winie z patatami, sałatka po nicejsku na grzankach czosnkowych czy jajeczka po benedyktyńsku z nutą kolendry to powszechne, by nie powiedzieć pospolite potrawy na jachcie. Ba! Potrawy jakie umiesz ugotować często stanowią o twoim statusie społecznym oraz szacunku jaki osiągasz pośród reszty załogi. Dlatego, jeśli zagłębiając się kiedyś w lekturze relacji z wypraw morskich zauważycie chorobliwie przydługi, podejrzanie szczegółowy opis jajecznicy na boczku ze szczypiorkiem, to przymknijcie na to swoje ślepe oko admirała Nelsona i pamiętajcie, że my tu mamy własny mikrokosmos a w nim własną planetę o nazwie Selma.

Załoga Selmy
2020-02-27
Antarktyda

24 luty 2020 /ponownie/
Dwudziesty czwarty był lutego, poranna zeszła mgła…
Ale zanim przejdziemy do opisu bijatyki z naszej ulubionej szanty, musimy wspomnieć o nocy. Wiatr był słaby, a fala nikła jak na Draka, dlatego kapitan najpierw wydał zakaz dalszego odbywania choroby morskiej, oraz podjął decyzję, że zostajemy przez kilka godzin w dryfie. Księżyc schował się w nowiu albo gdzieś indziej i dalsza żegluga wymagał albo dodatkowego załoganta na dziobie - zwanego okiem/, albo ułańskiej fantazji ze względu na możliwość spotkania gór lodowych lub growlerów. Załoga uradowała się na pomysł dodatkowych paru godzin snu w ciszy ze zmniejszoną liczbą rąk na pokładzie.

Ranek przyniósł miły wiaterek i poniósł nas w kierunku upragnionej Antarktydy. Słoneczko, długa, prawie pacyficzna fala wypędziła nas na pokład i pozwoliła obserwować, petrele, albatrosy oraz wieloryby i delfiny w naprawdę satysfakcjonujących wszystkich załogantów ilościach. Każde spotkanie było notowane skrzętnie w celach badawczych i zostanie przekazane kolegom naukowcom na stacji Wiernadskiego. To chyba dobrze, bo ta ogromna masa zwierząt pływa sobie pod wodą jak chce i gdzie chce i chyba najwyższa pora żeby ktoś to uporządkował albo co…




Ziemia, Ląd widzę! Zakrzyknął Jasiu gdzieś koło 16. Czym zwyczajowo zarobił dukata od kapitana, oraz wzbudził zazdrość reszty załogi tym niespodziewanym zarobkiem. Powtórnie przeszkolono załogę by starannie zakręcała pompki w toaletach gdyż grozi to zalaniem zęzy oraz umożliwia syrenom wdarcie się przez kanalizację i bolesne pokąsanie przesiadującego tam właśnie załoganta od spodu. Na wieczór wiatr znów postanowił wiać gdzieś indziej, więc żeby nie dręczyć nas Dreyjkiem Kapitan postanowił, iż odpalamy silnik i idziemy dalej w tzw. pełnym zaciemnieniu. To oznacza że wygaszamy wszystkie światła, oprócz czerwonych świateł w mesie, wystawiamy dodatkowego obserwatora na dziób i do przodu. Czerwone światło służy temu by cokolwiek pod pokładem widzieć, przy czym jego barwa nie powoduje osłabienia ostrości widzenia / akomodacji oczu/ po wyjściu w mrok na pokładzie. Niestety niektórzy załoganci mieli stały problem ze zrozumieniem jak ważne to jest dla bezpieczeństwa całej załogi, dlatego Kapitan osobiście odprowadził Jasia Sz. do kajuty i osobiście kilkakrotnie przychodził w nocy do kajuty, by upewnić się, że ten na pewno śpi i nic aby nie knuje.




25 luty 2020 Wyspa Trójcy Czyli nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy chłop z widłami to Posejdon. Od rana szliśmy już miedzy wyspami Szetlandów. Ze względu na to, iż nasz rejs jest nastawiony na żeglugę daleko na południe, oraz zwiedzanie dzikiej Antarktydy Kapitan postanowił nie wpływać do wnętrza Deception Island, jako atrakcji turystycznej wypełnionej po brzegi kaldery cruserami i dalece już przereklamowanej. Zakotwiczyliśmy za to przy brzegu wyspy Trójcy / Trinity Island. Jest to wyspa, której geologia sięga dalekiego prekambru. Każdy chyba zrozumie, że nam objawiła się jako źródło nieskończonego bogactwa wypełnionego żyłami złota rodzimego, a przy tym usiana kominami kimberlitowymi pełnymi diamentów jak baba wielkanocna rodzynkami.

W upatrzonej przez nas zatoce stał już francuski jacht. Zapewne konkurencja, zbierająca wiadrami nasze, niewyobrażalne wręcz skarby. Błyskawiczny rzut kotwicą i jesteśmy gotowi do eksploracji. Jeszcze tylko przygotowanie i wodowanie pontonu, który będzie służył nam przez najbliższe dwa tygodnie jako środek lokomocji podczas lądowania na wybranych do zwiedzania po tej stronie cieśniny Drake wyspach. Jeszcze tylko mycie butów płynem dezynfekującym zapobiegającym przenoszenie obcej flory z Patagonii, wiaderko na złoto w garść i jedziemy. Fortuno przybywaj! Układ jest jasny: maksymalna ilość złota, którą każdy z nas może wnieść na pokład została ustalona na 200 kg per załogant / ze względu na wyporność jachtu/, a kapitan zgarnia połowę. Lądujemy i rozbiegamy się w we wszystkich kierunkach. Po godzinnym przeczesywaniu terenu okazuje się, że cała ta wyspa jest jednym monolitycznym blokiem granitu, który nie może mieć więcej niż 2 miliardy lat. Po prostu geologiczne gówniarstwo pokryte lodem, a gdzieniegdzie porośnięte zielonymi kłaczkami nazywanymi przez biologów porostami czy jakoś tak.

Mocno już zmęczeni, zwłaszcza dźwiganiem tych wiaderek i wspinaczką w gumowcach po górach … przerzuciliśmy się na diamenty. Jak wiadomo glinka kimberlitowa ma zwykle kolor różowy. Niestety wszech obecne tu pingwinie guano też ma taki właśnie różowawy kolor. Jedyną metodą by rozróżnić jedno od drugiego oprócz wielogodzinnego kopania jam w otoczeniu wszędobylskiego ptactwa jest test organoleptyczny. Po polizaniu próbek z wielu stanowisk ustaliliśmy, iż wszystkie tu obecne, na pierwszy rzut oka, złoża diamentonośne to jednak duże kupy pingwiniej kupy. Zawiedzeni, spoceni, ubabrani i rozczarowani wróciliśmy na jacht. Wieczorem odbyliśmy naradę w mesie przy suto zastawionym stole wielorakim wyborem serów twardych, pleśniowych oraz takich zwykłych. Wypito także trzy butelki wina wydanych przez kapitana na pocieszenie naszych serc. Rozchodząc się po kajutach ustaliliśmy, że zmieniamy jednak kierunek naszych poszukiwań… wchodzimy w Meteoryty! Podobno niektóre egzemplarze bywają nawet droższe od złota. Oczywiście limity kilogramowe, oraz zasady podziału łupów pozostają bez zmian.

Serdecznie pozdrawiamy:
Żeglarskie pozdrowienia od Ryśka dla Eli, Kasi i Krzysia, Kacpra i Kuby, Lili, sąsiadów z Rząski , całej Kancelarii i wszystkich moich przyjaciół wprost ze słonecznej i jakże cudownej i majestatycznej, acz chłodnej Antarktydy. Zamartwiamy się brakiem wsparcia smsowego ze strony Zosi, Julki, BB, Kornelii, Basi, Małgosi i Marty nie mniej im ślemy gorące uściski z cieśniny Gerlacha.

Darek pozdrawia Mysiępysię i Podlasie.

Tata Michał trzyma kciuki za występ Ani, dziękuję za SMSy i ściskam cała swoją rodzinkę, Madziu kocham Cię.

Adam tradycyjnie już pozdrawia żonkę Ilonkę oraz całą rodzinkę i przyjaciół.

Michał bardzo mocno ściska BASIĘ.

Marek gorąco ściska Natalię i jej ITs, pozdrawia całą rodzinę, a szczególnie chłopaków Piotrusia, Leo i Igula, i przyjaciół; nafutrowany jak pingwin chroni się skutecznie przed chłodem.

Łucja pozdrawia całą rodzinę, przyjaciół żeglarzy, a szczególnie ciepło Grupę Agamemnon.

Kuba pozdrawia Babcie Krzysię i Monikę oraz Dziadka Stanisława i w ogóle całą rodzinę






.
2020-02-25
Drake Wspomnienia z ostatnich dni:
22 luty 2020 Po nocnym przejściu kanału Beagle, którego pokonanie głównie polega na dokładnym śledzeniu trackera na komputerze, wschód słońca powitał nas między wyspami z widokiem na otwartą cieśninę Drake. Z resztę nocne chodzenie po Kanale Beagle też jest przygodą samą w sobie. Kanał jest wąski i bardzo uczęszczany. Przechodzą tędy nie tyleż jachty co duże kontenerowce oraz Cruzy. Dla ich bezpieczeństwa główny tor wodny oznaczony jest jaskrawobiałymi bojami świetlnymi na przemiennie mrugającymi i świecącymi stale. Do tego mnóstwo latarni oznaczających pobliskie skały i głazy oraz zielonych świateł wskazujących rozwidlenie szlaków wodnych. Więc wyjście z kanału wraz z nastaniem świtu dało nam na tyle wytchnienia iż kapitan wydał zgodę na odbycie choroby morskiej wszystkim zainteresowanym. Najbardziej skorzystałem ja oraz Benedykt w sposób jawny tj z szacunkiem dla Neptuna klęcząc na pokładzie i chłoszcząc fale zawartościami swoich trzewi. Inni zaś odbywali chorobę w sposób skryty. Oddając się medytacjom nad papierową torebką w ciemnych zakątkach swoich koi udawali największych twardzieli mórz południowych. Z kolei inni nie poddawali się chorobie wcale.
O godzinie 21.30 nadeszła noc tak ciemna jak sumienie faszysty. A jądro ciemności niżu rozhuczało się nad naszymi głowami w sposób tak przeraźliwy iż kapitan odprawił załogę pod pokład a sam założył sztormiak i wyszedł wyprowadzić koty na spacer po pokładzie. Pogoda zepsuła się na tyle stanowczo iż był to ostatni moment. Pohukując na koty Kapitan zapalił wszystkie światła na pokładzie a następnie zaczął to refować to rozwijać różne wymyślne żagle w czym wtórowały mu dzielnie i cicho oba koty. Tj Michał i Darek będący zawodowymi kotami morskimi mającymi sztormy, jeśli nie w głębokiej swej pogardzie, to przynajmniej za nic. Kapitan bawił się na pokładzie świetnie do późnych godzin rannych, skąd radosny i ewidentnie w wspaniałym nastroju wrócił dopiero rano, pozwalając także Michałowi i Darkowi położyć się do koi.
Na marginesie. Aklimatyzacja załogi samej ze sobą pomimo zagęszczenia prawników nie kończy się (na razie) spiętrzeniem pozwów wzajemnych.
I mimo pochodzenia z różnych stron kraju, pracy w skrajnie innych warunkach, miejscach przebiegła gładko, bez zbędnych napięć. Nie sposób ocenić czy zadecydowała siła spokoju El Capitano, czy mimo wszystko spore doświadczenie załogi na morzu. Obawy w tym zakresie prysły wraz z delfinami i wielorybem na końcu kanału Beagle.
PS Marek pozdrawia tancerkę z Buenos w rocznicę pierwszych tańców.

23 luty 2020 W tym dniu nadal obowiązywała zgoda kapitańska na dowolny, żeby nie powiedzieć swobodny sposób przechodzenia choroby morskiej. Jedyną nieposłuszną osobą w zakresie przechodzenia w-w był Jasiu Szymański, który od rana gotował śniadanie, obiad i inne przekąski. Następnie wyszorował oba kible, umył wszystkie gary, kuchnię, katafalk i próbował przejąć korespondencję. Uspokoił się dopiero na stanowczy rozkaz kapitana który nakazał mu iść spać o 1 nad ranem dnia następnego.

PS U nas wszystko w porządku kochamy Was bardzo mocno. lecz, aby dowiedzieć się co u Was nie wystarczy byście wysłali SMS-a, musicie to zrobić prawidłowo tzn przez bramkę systemu Iridium podaną wraz z naszym numerem na stronie Selmy. W innym przypadku Wasze próby nawiązania kontaktu będą przypominać wysyłanie SMS-a na FAX. I to i to telefon. Ale nie działa.
PS Michał S. Pozdrawia Madzię, Julkę, Miśka, Anię, Zosię i Wszyyystkich.
Zagadka rozwiązana Adam pozdrawia żonkę Ilonkę :)

Załoga Selmy
2020-02-24
DrakeBez względu, o której godzinie to czytacie - DZIEŃ DOBRY - Selma płynie kursem 150 st. na południowy wschód i ma się dobrze tak jak jej załoga.
Wypłynęliśmy z Ushuaia w piątek wieczorem 21 lutego 2020 r. i za decyzją El Capitano obraliśmy kurs na Półwysep Antarktyczny bez certolenia się w cumowanie w Port Williams i opływanie przylądka Horn, takie sprawy zostawiamy sobie na deser.
Nim wypłynęliśmy spędziliśmy kilka chwil w Ushuaia, mieście na Fin del Mundo - końcu świata. Kiedyś miasto skazańców obecnie ulubiony kurort obieżyświatów i ulubione miejsce Cruserów płynących w stronę Antarktydy wygodnie omijających Horn w podróży dookoła Ameryki Południowej. Miasto położone wokół portu widoczne jest nocą jako roziskrzony pas światła przypominający zapewne pierwszy widok jaki zobaczył Magellan płonących ognisk palonych przez Indian ….; skąd wzięła się nazwa Tierra del Fuego.
Powyżej pas zieleni sięgający do połowy wysokich skalistych gór poprzecinanych żlebami wypełnionymi gdzieniegdzie niknącymi już lodowcami. Czuć już jesień, ale na razie są wakacje i ludzie bawią się w dobrze bez względu czy to jest czwartek czy piątek. Wszędzie słychać rytmiczną latynoską muzykę oraz czuć grilla palonego na drewnie.
Zaształowaliśmy resztę jedzenia w ilościach niemożliwych wręcz do upchnięcia pod pokładem. Ostatni członek załogi dojechał na 40 minut przed rzuceniem cum, które oddaliśmy jeszcze tego wieczoru, gdyż prognoza nadesłana przez Anię i Martę podpowiedziała, że jak nie ruszymy natychmiast to będziemy musieli czekać do wtorku na kolejne okienko pogodowe. Zapewne tkwiąc w jakimś fiordzie na końcu Beagle.

Jeszcze pozdrowienia od Adama ale nie wiemy dla kogo a Adam śpi. Jutro wyjaśnimy sprawę.

M i J