Tel. sat. iridium: +881621440894.

Satellite messages: http://messaging.iridium.com

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2019-02-09
Kanał DrakeHahhhaaaaa, udało mi się wyrwać kompa na kilka chwil i literki już się nie plączą na ekranie. Miło było by napisać "Drake już za nami" ale...
Płyniemy dalej, przed nami Cape Horn już za 30 mil morskich. Ot Taka niespodzianka, niezapowiedziana wcześniej wycieczka na Horn. Hmmm, heheheheh nastroje są dobre choć trzeba pamiętać, że nadal jesteśmy w drodze. W żeglarskim żargonie istnieją przesądy, które mówią żeby nie wpisywać w log za wczasu pozycji, w której będziemy za kilka godzin. W końcu Cape Horn to poważna sprawa wiec lekkie napięcie da się wyczuć.
Wróćmy jednak do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin. Wczoraj słoneczko i delikatna fala, pozwoliły nam wyjść na pokład i cieszyć się piękną pogodą. I trzeba tu bardzo bardzo podziękować Jacusiowi, bo dzięki naszemu Królowi życia kilku z nas mogło po raz pierwszy od miesiąca usłyszeć głos bliskich.
Na pokładzie pojawił się Andrzej nasz mistrz patelni i Karola ''Siasia'' by odetchnąć świeżym powietrzem i wygrzać się w południowym słoneczku.
O kilku fantach, które poprzedniej nocy odebrał nam Neptun w spółce z Odynem i Drejkiem nie będę wspominał.
Jesteśmy już sam na sam z wiatrem i wodą.
Odpoczywamy, rozmawiamy, gotujemy i żeglujemy, wieczorem z 8na9lutego udało nam się nawet obejrzeć film o Milesie Davisie i mięliśmy okazję posłuchać muzyki na najwyższym poziomie.
Ściskamy i pozdrawiamy wszystkich sympatyków naszej Antarktycznej wyprawy, którzy śledzą wpisy i naszą trasę.
Wysyłamy gorące pozdrowienia najbliższym , kochamy was i tęsknimy a już niebawem się odezwiemy indywidualnie. Wszyscy mamy się dobrze, co po niektórzy myślą już o nowych wyzwaniach i kierunkach.
Do usłyszenia pewnie z Beagle Channel.
Ahoj

Z ostatniej chwili, 9.02 ,1030 padł okrzyk "jest ląd" po raz pierwszy od chyba 5 dni widzimy stały punkt na horyzoncie . Hurrrra, to Horn.

Bartosz
2019-02-07
Cieśnina Drake'aPłyniemy. Jak wiecie płyniemy już od 3.02. Ruszyliśmy jeszcze przed śniadaniem, za to z piękną przerwą na obserwację pingwinów Adeli na Yalour Island. Pingwiny te mieszkały w cudownym otoczeniu pokrytych śniegiem szczytów na bordowo - brązowych skałkach. Sporo było zielonych wysepek składających się z mchów i porostów, mocno kontrastujących z bielą śniegu, szarością nieba i grafitem wysokich skał.
Ok. godziny 11 ruszyliśmy już naprawdę do domu... czyli w kierunku Przylądka Horn i potem Ushuaia.
Początkowo ocean był spokojny, wymagał od nas jedynie uwagi i unikania gór lodowych. Z czasem: Posejdon i Drake pokazali jednak swoje prawdziwe oblicze. To dlatego nie było jak się do Was odezwać. Za bardzo bujało żeby coś napisać. A co ja Wam mogę napisać. Trenujemy ten sam schemat.
Jesteśmy już kolejny dzień w drodze do cywilizacji. Mamy nadzieję, że w Ushuaia uda nam się zacumować 10 lutego. Dopiero teraz jest chwila spokoju i można wziąć bezpiecznie na kolana komputer.
Trenujemy tu cierpliwość i wytrwałość. Nie wszystkim udaje się opanować morską chorobę. Ci którzy się ogarniają mają proste życie.
Składa się z wypełniania obowiązków wachtowych, spania, rozmów, czytania, przygotowywania jedzenia i picia oraz zmywania. Mniej odporni na bujanie odpoczywają w swoich kojach.
Normalny rozkład dobowy wyznaczają wachty, a nie jak to zazwyczaj bywa pory dnia. Każdy zatem podchodzi do tego indywidualnie.
Muszę podkreślić niesamowitą rolę Piotra, Krzysia i Adama. My jesteśmy amatorami, a oni profesjonalistami. I to jednymi z najbardziej doświadczonymi w rejsach Antarktycznych.
Staramy się jak możemy przeżyć dobrze ten czas. Pomimo trudów doceniamy wszystko co na tej wyprawie jest ważne. Stanowimy zgrany zespół, uzupełniamy się jak możemy, i choć nie jest to miesiąc miodowy nawet w najtrudniejszych momentach pomagamy sobie i załodze jak możemy.
Są to nieziemskie przeżycia, a trud jaki wkładamy w tą wyprawę da nam mega satysfakcję i uczyni nas innymi ludźmi. Dzięki temu wyzwaniu każdy nas będzie silniejszym i lepszym człowiekiem (o ile to możliwe :))
Niezapomniane będą też chwile, które spędzam za kołem sterowym. Prowadzenie Selmy w tym ogromnym bezkresie wody daje mi prawdziwą frajdę. Choć nie jestem żeglarzem, teraz dobrze rozumiem śmiałków mierzących się z falami i wiatrem. Uczucie bycia na morzu, szczególnie w nocy jest nie do opisania.
Łobuz Drake, pomimo, że podjęliśmy próbę ominięcia, połaskotał nas także sztormem. Wiało i gwizdało niemiłosiernie, ale zdążyliśmy już nabrać zaufania do Selmy, także te kilkanaście godzin nie przyprawiło nas o zawał, strach czy inne demony. Także nie zanudzając, my płyniemy sobie dalej, Wy róbcie swoje. Odezwiemy się już z Ushuaia, podsumowując nasz rejs. Oczywiście zasypywać będziemy Was wszystkich relacjami już indywidualnie, bo materiału mamy po prostu ogrom.
Pozdrowienia od Drake'a i Posejdona. My znamy ich już baaardzo dobrze

Miłosz


fot. Krzysztof Jasica

.
2019-02-03
Kanał DrakeWiemy, wiemy... Wiemy doskonale, że niektórzy z Was się martwią. Uspokajamy jednak, że u nas wszystko ok. No prawie... Kilka minut temu opuściliśmy gościnną stację Vernadskyego i stajemy powoli oko w oko z niespokojną cieśniną Drake'e. A Drake przyjemny zazwyczaj nie jest.
Nie pisaliśmy nic do Was, bo po prostu nie było czasu. Ilość zdarzeń, która nastąpiła w tych ostatnich dniach wyssała z nas tyle energii, że nie było kiedy się do Was odezwać. Teraz mam chwilę (zasiadam za sterem za kilka godzin) i skrobnę Wam jak tam nam się wiodło w ostatnich dniach.


W kanale Le Maire fot.Wojtek Nawrocki




Baza Vernadsky fot.Miłosz Dąbrowski


W Stella Creek obok Vernadskyego fot.Miłosz Dąbrowski

Po przebyciu spektakularnego kanału Le Maire i walce z lodem zatrzymaliśmy się w ukraińskiej bazie naukowej Vernadsky. 29.01 wykonaliśmy dwa nurkowania w kanale niedaleko bazy. W okolicy mieszkają pingwiny Adeli, bardzo blisko nas była także spora ilość fok. Dwa nurkowania i cała ich oprawa zajęła nam calutki dzień. A dwie godziny w wodzie o temperaturze minus 1,2 stopnia tylko potęgowały wyczerpanie. Za to ten antarktyczny podwodny świat kręcił nas coraz bardziej. Pomimo braku ryb nie mamy powodów do narzekania, bo ten świat makro jest tutaj po porostu doskonały. No i zupełnie inny, nieporównywalny do niczego innego. W kanale przy bazie, pojawiały się nowe organizmy, ale tak jak w poprzednich miejscach dobra widoczność zaczynała się poniżej 17 metrów.
Pomimo mrocznej atmosfery wynosiła nawet 30 metrów. Powodem gorszej widoczności na mniejszych głębokościach był lód.
Blokował on normalną cyrkulację wody, szczególnie w kanałach. Topiąc się powodował także mieszanie się wody. Stąd brała się także jej temperatura. Wszystko to opowiedział nam Andriej i Dmytro, czyli ukraińscy naukowcy, nurkujący w okolicy od wielu wielu lat.
Spędziliśmy z nimi sporo czasu na rozmowach o tym co widzimy pod wodą. Wymieniamy się doświadczeniami, zdjęciami i opowieściami o podwodnych przygodach.


Nurek pod bazą, 20m fot.Miłosz Dąbrowski

W kolejnych dniach dalej nurkujemy i dokumentujemy to wszystko co jest bogactwem tego cudownego kontynentu. Mamy także obowiązki towarzyskie. Miło spędzamy czas z załogą innego polskiego jachtu Chief One, no i oczywiście integrujemy się naszymi nowymi przyjaciółmi z ukraińskiej bazy antarktycznej. Jednego dnia wypływamy na nurki przy górach lodowych zabierając ze sobą kilku profesorów. My idziemy pod wodę, a oni w góry liczyć osobniki w koloniach pingwinów. Wracamy bardzo późno, ale dzień należy do bardzo udanych bo dowiadujemy się od naukowców fantastycznych rzeczy o życiu zwierzaków na Antarktydzie. Bezcenne doświadczenie. W przyjacielskiej atmosferze powstają plany merytorcznej współpracy z Vernatskim, co na pewno zaowocuje kolejnymi wyprawami żeglarsko nurkowymi z poważnym wątkiem naukowym!


Kikutnica czyli pająk morski fot.Miłosz Dąbrowski

Nauka nauką, ale z bardziej przyziemnych rzeczy - baza Vernadsky ofiarowuje nam chleb. Nasz się prawie skończył. O dziwo nawet po tylu dniach był dobry, a to dlatego, że był w Ushuaia wypiekany 2 razy i przecierany spirytusem, żeby jak najdłużej zachować świeżość.

No dobra, nie zanudzam. Słonko ładnie się do nas uśmiecha, Antarktyda powoli znika za horyzontem, Selma kołysze się coraz bardziej. Zaraz wpadniemy w objęcia szelmy Drake'a, więc kilka następnych dni to będzie ćwiczony już schemat. Spanie, rzyganie, wachtowanie... o Wojtek już zaczął dokarmiać kryl, brrrr.
Damy znać za kilka dni jak nam idzie ta nierówna walka z falą i wiatrem.
Wracamy do Was!
Teraz załączamy tylko kilka obrazków, ale przez wiele następnych miesięcy będziemy Wam pokazywać pełne plony pracy naszych kamer, aparatów i dronów.
Trzymajcie kciuki, naprawdę to się nam przyda...

Miłosz
2019-01-28
Kanał Le Maire
W kanale Le Maire fot.Wojtek Nawrocki

Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w zaskakująca przeprawę przez kanał Lemaire, przepływający pomiędzy strzelistymi górami mającymi wysokość około 1 km! Cała powierzchnia kanału pokryta górami lodowymi i gęsto rozsianymi growlerami robi niesamowite wrażenie. Nasza podróż do stacji Vernackiego wydłużyła się, bo musieliśmy odpychać lód z przed kadłuba jachtu.
Milosz z Wojtkiem pomogli w nawigacji latając dronami nad kanałem. Do celu dopłynęliśmy około 2 w nocy. Jedyny komentarz jaki możemy tu napisać to, że na pewno nigdy nie zapomnimy tej przeprawy.

Cała załoga Selmy pozdrawia gorąco swoich bliskich! Buziaki!

Karolina i Andrzej
2019-01-27
2000
Enterprise Island
Co to jest? fot.Bartosz Pszczółkowski

Dzień rozpoczęliśmy od kolejnego nurkowania na wraku w zatoce Enterprise. Dziś moja wachta kambuzowa, ale dzięki Jackowi i Andrzejowi pozostał mi tylko pełen zlew naczyń do umycia, bo resztą zajęli się oni.
Pod wodą słabsza wizura, ale mimo to wynurzyliśmy się z ciekawymi zdjęciami. Jak zwykle Miłosz i Pampers wylądowali w wodzie jako pierwsi. Ja z Wojtasem minęliśmy ich gdzieś w połowie długości wraku. Niebo grafitowe, słońce gdzieś uciekło i do tego zaczął padać śnieg. Karola z Andrzejem wskoczyli do wody.
Po śniadaniu szybki klar na pokładzie bo odpływamy.
Pamiętacie czirliderki z poprzedniej audycji? - ruszamy na spotkanie z nimi. Okazało się, że to międzynarodowa 8 osobowa grupa wspinaczy, którzy byli w okolicznych górach od 28 dni i zrobili około 170 km ciągnąć za sobą sanki z ekwipunkiem. Wśród nich babka negocjatorka w sprawie porwań białych w Ameryce Południowej, gość który zdobył koronę himalajów i bardzo dobrze wypowiadał się o polskich himalaistach, biolog który pracował w brytyjskiej bazie polarnej jako płetwonurek i udzielił nam lekcji biologii oglądając nasze podwodne zdjęcia, chirurg z Australii z żoną, który był pomysłodawca ich projektu i parę innych osób z którymi po prostu zabrakło czasu pogadać. Dostali kawę i super smaczną michę jedzenia, że aż im się uszy trzęsły z zadowolenia.


Zabieramy ekipę z lądu fot.Bartosz Pszczółkowski

Ahh zapomniałbym... Jacol i Andrzej to bardzo sprawny duet w kuchni i przygotowali placki po węgiersku, których sam zapach spowodował, że wariowaliśmy - a ja oczywiście znowu pełen zlew naczyń heheh. Placki wyszły po mistrzowsku i jeszcze zostało gulaszu na poczęstunek dla wędrowców. Kolejny dzień z przygodą, kolejne wieloryby obserwowane podczas nawigacji stają się już codziennością, pingwiny, foki nasi zwierzęcy towarzysze. Niezwykłe jest tutaj obcowanie z przyrodą, z oceanem południowym, z górami lodowymi i growlerami. Miło też było poznać nowych ludzi, fascynatów, podróżników, eksploratorów, którzy zareagowali na nas równie entuzjastycznie jak my na nich.
Dostarczyliśmy ich w okolice chilijskiej bazy, gdzie przesiedli się na swój jacht z uszkodzoną przekładnią.
Kolejna relacja wkrótce!

Dział pozdrowień ...
Miłosz pozdrawia Tymka i Magdę oraz załogę Aquadiver (Martę, Wojtasa, Agę i całą resztę :))

Bartek
2019-01-27
1200
Enterprise Island
Ukwiał na burcie fot.Miłosz Dąbrowski

Nurkowanie na Antarktydzie?
To Jest pomysł!
A Nurkowanie na Antarktydzie na wraku co wy na to?
W piękną jasną nocy zacumowaliśmy koło wrak który znajduje się na miejscu zwanym Enterprise Island.
Wrak nosił nazwę Governoren i był statkiem przetwórnią gdzie wcześniej złowione wieloryby, obrabiano i rozdzielano poszczególne składniki.
Statek wybudowano w roku 1913 w Norwegii i był on na ówczesne czasy najnowszą i największą jednostką tego typu przed pierwszą wojną światowa. Jego zdolność „przetwórcza” w roku 1913/1914 wyniosła 544 wieloryby. Miał zainstalowane nowatorskie obrotowe palinki Hartmanna, które służyły do wytapiania tłuszczu (tranu).
Ten nowoczesny statek skończył swój żywot 27.01.1915 (Tak!Tak! To nie przypadek dzisiaj jest 104 rocznica). Przyczyna zatonięcia była dość prozaiczna i błaha, chyba to kara losu za rzeźnie na wspaniałych majestatycznych wielorybach, a mianowicie w czasie pokazu demonstracyjnego został zaprószony ogień i statek z powodu przetwarzanego i przechowanego tłuszczu staną bardzo szybko w płomieniach, po nieudanych próbach gaszenia ewakuowano załogę, a wrak dziobem osiadł na płyciźnie natomiast rufa pogrążyła się w niebieskiej otchłani.
Po wskoczeniu do wody zanurzamy się przy burcie wraku (dziób i burta częściowo wystaje z wody gdzie obecnie mają dom rybitwy antarktyczne) płyniemy nad burtą w kierunku rufy oglądając roślinność, która zadomowiła się na wraku. W ścianie burt mijamy szklane bulaje, przez które kiedyś zerkali wielorybnicy. Przepływamy na ładowniami. Część z nich jest zawalona „żelastwem”, więc płyniemy dalej mijając wielkie windy. Ciekawe czy używali ich do „holowania” wielkich cielsk wielorybów. Następnie dostrzegamy ładownie, która jest częściowo możliwa do zwiedzenia. Zaglądamy w ciemne i mroczne pomieszczenia i nagle naszym oczom ukazują się drewniane beczki, które zostały uwięzione pod sufitem ładowni. Z niektórych już odpadają poszczególne deski odsłaniając zawartość środka- białą maź, czyli prawdopodobnie zestalony tran z wieloryba. Wrak jest dobrze zachowany jak na swój rocznik. Drewniane elementy pokładu, wyposażenia i wspominane beczki dobrze się trzymają. Powodem tego jest zimna woda oraz znikoma ilość nurków.
Po zwiedzeniu ładowni i innych „ciekawych” pomieszczeń płyniemy na rufę, gdzie majestatycznie mój partner pozuje do zdjęć przy wielkim polerze, który jest pięknie obrośniętym zielono-czerwonymi roślinami. Czas już na danie główne. Przeskakujemy burtę i przegłębiamy się w kierunku śruby oraz steru. Rufa ma duży zwis, więc „spadamy” w ciemną otchłań. Zapalamy latarki, a naszym oczom ukazuje się wielka śruba wraz ze sterem.


Łopata Śruby fot.Miłosz Dąbrowski

W promieniach światła latarek ujawniają się z szarości i ciemności piękne kolory obecnych domowników którzy zamieszkują wrak: żółte gąbki , pomarańczowe i białe ukwiały, zielone wodorosty, ślimaki muszlowe które chowają się w swoich domkach przed nami, ślimaki nagoskrzelne, które „kroczą” jak gąsiennice a ,ich kolorowe ciało faluje, niebiańskie rozgwiazdy kolorów białych, kremowych, waniliowych, ecri, pulchniutkie rozgwiazdy w różnych odcieniach czerwieni, fioletu, purpury, różu oraz różne ryby, które schowały się przed drapieżnikami. W tych bajecznych kolorach różnych stworzeń płyniemy wzdłuż burty ekscytując się nimi, a ich kolory zostają podkreślone przez surrealizm okolicy. Na dnie porozrzucane są poskręcane kominy, resztki maszynowni i mostka kapitańskiego oraz inne „żelastwa”, ale najbardziej kontrastu dodają resztki olbrzymich kości wielorybów, które „krzyczą” swoją białością oraz historią!


Kości wieloryba na dnie kolo wraku fot.Miłosz Dąbrowski

Przy zanurzonej części dziobu, gdzie woda oraz lód „pootwierał” grubą blachę poszycia, jak puszkę z sardynkami, tworząc galerie otworów gdzie „światło” tańczy po kolorowych roślinach i gąbkach tworząc piękny spektakl.
Zerkam na manometr w butli - 50 bar, czas kończyć nurkowanie! Żegnam się z wrakiem i płynę do naszego jachtu „Selmy Expeditions”. Piotr Kozdryk

Piotr Kozdryk
2019-01-26
Wyspie Enterprise
Selma zacumowana do wraku fot.Miłosz Dąbrowski

Hej, to znowu my. Jesteśmy zacumowani do wraku Governoren, przy wyspie Enterprise.
Planowo, nie mieliśmy tutaj dopłynąć, ale zmiana planów wiąże się właśnie z pomocą zaprzyjaźnionemu jachtowi. Mamy podjąć grupę górską, składającą się z 6 osób, które spędziły 40 dni wędrując przez plateau Półwyspu Antarktycznego. Nasze zadanie i pomoc, polega na przewiezieniu tych ludzi na jacht w bazie Gonzalez Videla. Kilka dni temu Piotr, wkręcił nas, że pomocy potrzebuje grupa cheerlederek, trenujących tutaj w okolicy, więc bez wahania się zgodziliśmy. Dzisiaj, nie mamy wyjścia, prawda wyszła na jaw, więc pomóc starszym Panom musimy... :)
Kończąc żarty (możecie się tylko domyślać, że nasze głowy nie mają tu lekko), dzisiaj nasz dzień powoli dobiega końca, a był oczywiście bardzo intensywny. Zrobiliśmy dwa nurkowania na wraku statku przetwórni wielorybniczej, który spoczywa w zatoce od 27 stycznia 1915 roku!!! Wyobraźcie sobie, że po ponad 100 latach w ładowni (musieliśmy oczywiście tam zajrzeć) cały czas znajdują się pływające pod sufitem beczki wypełnione zestalonym tranem.
Choć woda zimna, nasze zanurzenia trwają prawie godzinę.


Ślimak nagoskrzelny fot. Bartosz Pszczółkowski

Nie sposób nie przywołać jednak dnia wczorajszego. Przez wieloryby, nasza droga z Port Lockroy wydłużyła się ponad dwukrotnie. Przy niemal bezwietrznej pogodzie, w towarzystwie słońca, grafitowych szczytów, pokrytych w większości czapą śnieżną, omijając góry lodowe obserwowaliśmy mnóstwo żerujących humbaków. Długo obcowaliśmy ze stadem orek, widzieliśmy także słonie morskie oraz oczywiście wszędobylskie pingwiny. Wszędzie zarządzaliśmy pit stop, na fotografowanie, drony i kamery. Stąd dopłynęliśmy do nowego miejsca dopiero po 3...


Widok na cieśninę Gerlachafot.Miłosz Dąbrowski

Taka jest właśnie Antarktyda. Ciężko znaleźć słowa żeby Wam to opisać. Wieloryby były tak blisko, że niemal ocierały się o Selmę, kilka razy chlapiąc mój sztormiak i kalosze (siedziałem na koszu dziobowym).
Może i obiecaliśmy te relacje częściej, regularniej, ale uwierzcie, nie ma kiedy ich pisać.
Kończę, bo muszę lecieć robić zdjęcia, bo metr od pokładu wydurnia się jakaś foka. Mam już zakwasy od aparatu, ale cóż... Trzeba działać.


fot.Miłosz Dąbrowski

Pozdrawiamy wszystkich czytających.
Darek, pozdrawia Beatę i chłopaków.

Miłosz Dąbrowski
2019-01-25
Selma
W trakcie rejsu, na Selmie realizowany jest autorski "Projekt Antarktyka", artystyczno-edukacyjny (fotograficzno-rysunkowy), o skrajnie dwoistym obliczu. Efektem mają być dwa, zupełnie różne dzieła, które mają się jednak dopełniać i stanowić komplementarną całość. Kolekcjonerski album fotograficzny i ilustrowana książka dla dzieci.

www.antarktyka.info

.
2019-01-24
Port LockroyWitajcie po krótkiej przerwie. Krzysiu mówi, że trzeba nam dawkować wrażenia. Ostatnie dni były po prostu jak nierealny sen. Mało odpoczynku, duuużo fotografowania, i totalnej ekscytacji otaczającymi nas widokami. Gigantyczne góry lodowe, księżyc w pełni, a my na Selmie slalomem pomiędzy nimi. Cofnijmy się zatem do 21 i 22.01.


Przygotowania sprzętu fot.Miłosz Dąbrowski

Dotarliśmy do wysp Melhiora 21.01 ok godziny 22. W końcu ta Antarktyda!!! Cel osiągnięty. Zabójcze widoki i klimat. Jak Japończycy..., filmujemy, fotografujemy wszystkim co mamy i to na raz. Długo nasycamy się pierwszym kontaktem z mistyczną i magiczną Antarktydą. Kładziemy się późno, bo ogarniamy jeszcze tego wieczoru ponton. Rano, zaraz po śniadaniu bierzemy się za przygotowanie sprzętu nurkowego. W samo południe jesteśmy gotowi i wykonujemy pierwsze nurkowanie - yeahhhhh. Woda miała 2 stopnie, widoczność do 5 metrów w porządku, potem woda bardzo zmącona, ale od 15 metrów wraca dobra wizura. Życie w tych zimnych antarktycznych wodach jest wolniejsze, ale też bardzo urozmaicone. Spotykamy duże ślimaki nagoskrzelne (białe i bladopomarańczowe), purpurowe rozgwiazdy, wielkie białe robaki, pojedyncze ryby, i ogromną ilość ślimaków ze skorupkami.


Entaculate ctenophore fot.Bartosz Pszczółkowski


Flabelligera mundata fot.Bartosz Pszczółkowski


Rozgwiazdy fot.Miłosz Dąbrowski

Na powierzchni kra a na krze foczka kompletnie mająca nas w ... poważaniu. Dopiero kiedy kra zdryfowała bliżej, foka znika.
Dzień dosłownie nam uciekł, a słońce nie chciało zajść. Drony poszły w powietrze i udokumentowały okolice zapierającymi dech w piersiach ujęciami, które pomogły nam w nawigacji.
Obiad to była prawdziwa wyżerka. Steki z argentyńskiej wołowinki Adam wysmażył rewelacyjnie, Karola zrobiła zaje ... suróweczkę. Usiedliśmy wszyscy razem do stołu i nawet rozlało się wino. Mmmmm, na twarzach zagościły uśmiechy i zadowolenie, powoli wymazując wspomnienia morskich dolegliwości sprzed jeszcze kilku, kilkunastu godzin. Wspólne jedzenie zdecydowanie zbliża i poprawia morale całej załogi.
Czas ruszać ku nowej przygodzie. Około 24 podnosimy kotwicę i ruszamy w kierunku Couverville, gdzie mają czekać na nas pingwiny, zgrupowane w koloniach. Podczas płynięcia jak zwykle Pszczoła, Zambu i Miły pod pokładem jeszcze zgrywają zdjęcia, kiedy rozlega się wołanie Kapitana - wielorybbbbb! Wielki humbak wynurzał się w kolorach zachodzącego słońca.


Whale waching fot.Miłosz Dąbrowski

Kładziemy się ok 3 a o 5 30 pobudka już w nowym miejscu. Wszyscy lekko poddenerwowani wyskakujemy na pokład, wbijamy się w suchary i robimy desant na fotografowanie pingwinów spod wody. Skubańce szybkie są i niewiele udaje nam się ustrzelić migawką. Zabawa trwa dobre kilka godzin, więc spokojnie możemy zaobserwować zwyczaje i zachowanie tych urokliwych zwierzaków. Po tym Miłosz z Darkiem idą na nura fotografować górę lodową, która cały czas się przemieszcza i odpływa od Selmy. Przed 13 podzieleni na grupy płyniemy pontonami do kolejnej pingwiniej kolonii, tym razem mamy wyjść na brzeg i zbliżyć się do pingwinów Białobrewych naprawdę blisko.
Faktycznie stanęliśmy oko w oko z grupą ok 10 tyś. osobników. Pingwiny nic nie robiły sobie z naszej obecności, my nie wchodziliśmy im w drogę, a one po prostu robiły swoje. Uroczo wskakiwały do wody płynąc na swoją krylową wyżerkę, jeszcze śmieszniej i zgrabniej z niej wyskakując. Spacerowały potem do swoich gniazd, karmiły młode, podkradały sobie kamienie i czasem darły się głośno. Wszystkiemu towarzyszył nieprzyjemny zapach ich guano.
Wracając z koloni obserwujemy zmianę pogody. Znika towarzyszące nam słońce, więc płyniemy dalej. Zmieniamy też nieco plany, bo jeden z zaprzyjaźnionych jachtów ma kłopoty. Ruszamy więc z pomocą, ale jest to już opowieść do nowej relacji.
Po drodze obserwujemy kilkanaście wielorybów. Robią nam takie show, że jesteśmy na pokładzie, aż do przemarznięcia. Latamy dronem widząc je z góry, Krzysiek fotografuje je z bocianiego gniazda, a reszta z pokładu Selmy.
Wieloryby nic sobie z tego nie robią, jedzą sobie dalej kryla w zatoce Anvord Bay.
Dzisiaj jeszcze w stolicy Antarktydy czyli Port Lockroy (gdzie Krzyś dopłynął o 5:50) mamy odwiedzić lokalną cepelię z pamiątkami, a królem zakupów zostanie pewnie Jacuś :).
Podsumowując, nie mamy tu w ogóle wolnego czasu, obserwacja i dokumentowanie tego co tutaj widzimy, a także konieczne czynności towarzyszące naszej wyprawie zajmują tyle czasu, że momentów na sen jest niewiele.
I dobrze, bo to co daje Antarktyda warte jest każdych pieniędzy i wszelkich wyrzeczeń!

Dział pozdrowień:
Andrzej pozdrawia Zebrę :), jest zdrowy (już) i zadowolony, a nurkowie pozdrawiają Wieśka Zahora bo jego produkty Sea Wolf, a szczególnie ocieplacz daje nam możliwość długich ekspozycji podwodnych bez przemarzania... No i generalnie wszyscy pozdrawiamy Was cieplutko, bo mimo niskiej temperatury nie marzniemy tutaj za bardzo.

Załoga Selmy
2019-01-22
.
A w Tatrach szkolenie ekipy lądowej przed marcowym rejsem na Antarktydzie. #szkolawspinaniakilimanjaro


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


.
2019-01-21
Drake

Płyniemy i płyniemy. To już piąta doba rejsu. Za nami już 615 mil morskich i do lądu pozostało jedynie ok. 50 mil. Z niecierpliwością wypatrujemy lądu. Spostrzegawczy sternik Pampers ok. 11 30 wypatrzył pierwszą górę lodową. Od momentu wypłynięcia z Ushuaia totalna cisza i pustka. Kilka dni temu minęliśmy spory wycieczkowiec, a wczoraj niczym fatamorgana przepłynął obok nas jacht na żaglach wilekości Selmy. Poza tym dzisiaj po północy wachta zauważyła kilka wielorybów. A tak tylko ptaki - ku uciesze Wojtka (Albatrosy i Petrele) oraz bezkres rozhuśtanego oceanu. Niesamowite jest uczucie, kiedy każdy z nas po kolei steruje Selmą. Szczególnie w nocy. No właśnie, nawet w nocy nie jest ciemno, co jeszcze bardziej podkreśla daną nam tutaj niesamowitą atmosferę. Uczucie po prostu nie do opisania.
Uczymy się sporo, wiemy już co to samotność, cierpliwość i odroczona w czasie realizacja celu. Hartujemy się nie na żarty. Żyjemy tu w niewygodach, bez ciepłej wody, prysznica i innych codziennych, ułatwiających życie rozwiązań i przedmiotów. Śpimy w ciasnych kojach, ubrani w kilka warstw wełny, szczelnie okryci śpiworami. Buja nas cały czas i naprawdę tęsknimy już za flautą.


Z chorobą morską jesteśmy jednak już za pan brat. Coraz częściej rozbrzmiewa polska rockowa muza i dowcipne rozmowy. Nie chorujemy. Czuć, że cel coraz bliżej. Co będzie dalej, nieważne.
Czekamy na obiad, który przygotowuje Darek. Od czterech dni w wyniku zamian wachty kambuzowej, na zwykłą osiadł w kuchni na dobre. Nikt do gotowania się raczej nie kwapi. Rozpieszcza nas on zmyślnymi daniami, ale trzeba tu dodać w jakich warunkach pracuje. Powierzchnia kambuza to 1 m kwadratowy, kilka szafek i tak skonstruowana kuchenka, która potrafi wychylać się wraz z falami nawet ponad 45 stopni w każdą stronę. Ciekawe jak w tych okolicznościach poradziliby sobie telewizyjni miszczowie patelni...
W głośniku "Mniej niż zero", w garnku wołowina, w głowach przygoda!

Nie zanudzamy, damy znać pewnie już z Antarktydy. 21.01.2019 r. godzina 1637 polskiego czasu...

PS Buziaki dla Lucynki i synusia Kubusia, Luneczki i Loczka od Jacusia, i co staje się już nudne całusy od wciąż kochającej Karoliny dla Andersa. Pura Vida!

Miłosz
2019-01-20
Drake

Jest 0220 i właśnie schodzę z wachty, Miły za sterem a tu szkwałek za szkwałkiem. Niebo szarawe, noc przestała istnieć, a my 5 węzłów i na południe kursem 180 stopni. W dzień przekroczyliśmy 60 stopień co oznacza zmiany temperatury wody oraz powietrza, czerwone nosy dają nam o tym znać (strefa konwergencj).
Wielki Oceanie Południowy witaj.



Do celu zostało nam 236 mil morskich w linii prostej jednak wszyscy sterujemy, wprawiamy się w kunszcie żeglarskim co powoduje, że płyniemy lekkim szlaczkiem. Kapitan mówi, że może to wydłużyć rejs nawet o 30 procent. Jak przywieje zabawa jest niesamowita i trudno utrzymać kurs.
Choroba morska w większości opanowana. Czas płynie szybko na wachtach i w kambuzie, czyli naszej pokładowej kuchni, która zdobyła już swoich zwolenników ale i wrogów. Darek okazuje się mistrzem patelni a Pampers mu wtóruje. Choroba morska dopada najczęściej właśnie w kambuzie, a tych dwóch dzielnych chłopaków najlepiej tam sobie radzi.



Zaczynamy wypatrywać wieloryby i ekscytujemy się opowieściami kapitanów o napotkanych we wcześniejszych rejsach stworach. Przy pomyślnych wiatrach jeszcze troszkę ponad doba i będziemy dobijać do półwyspu antarktycznego.
Każdy już powoli myśli o lądzie i o tym jak ciekawie będzie na niego zejść po tygodniu na wodzie.
Wszyscy zdrowi i pełni emocji nabieramy sił na podbój antarktycznych terenów.

PS Wojtek śle pozdrowienia i uściski dla Żony, Dawidka i Emilki.
Pampers ściska gorąco swoją rodzinkę.

Bartosz Pszczółkowski
2019-01-18
Drake

Po dosyć intensywnych przygotowaniach i ostatnich pożegnaniach z rodzinami, nieco przerażeni w końcu ruszamy. Początkowo na silniku, potem stawiamy żagle i płyniemy przez kanał Beagle'a w kierunku Antarktydy. Zajmuje nam to niecałą dobę, i to jest dobry czas. Podzieleni na wachty spełniamy swoje obowiązki, sterujemy i gotujemy i odpoczywamy. Zapowiada się piękny rejs.
Towarzyszą nam fantastyczne zwierzaki foki, ciekawskie pingwiny magellana i wszędobylskie ptaki.
Na nocnej wachcie Jacek zauważa stado delfinów towarzyszące nam aż do godzin południowych. Wtedy pojawiają się też pierwsze "pawie". Morze złamie najtwardszych, łamie i kilku z nas.
Mijamy ostatni widoczny ląd, a stan morza wzrasta. Łódka łapie przechyły nawet powyżej 45 stopni, robi się coraz trudniej. Nie łatwo gotować, nie łatwo jeść, nie łatwo się przemieszczać, nie wspominając o obowiązkach wachtowych. Zaczynamy spełniać marzenia... Jeszcze 4 może 5 dni i dopłyniemy. Łatwo nie będzie, ale nie mamy zamiaru płakać. Piotr, Krzysiek i Adam czuwający 24 h na dobę pomagają nam w trudnych sytuacjach. Ich profesjonalizm i ogromne doświadczenie każą nam trzymać fason...
Jest godzina 16 35 (w Polsce 20 35) dnia 18.01.2019 r., do tego czasu pokonaliśmy 236 mil morskich, do pierwszego znowu lądu (Melchior Island) mamy jeszcze ok 400 mil.





Powoli oswajamy się z chorobą morską i żeglujemy dalej.
Załoga Selma Expeditions 2019 w składzie:
Karola
Jacol
Miły
Dario
Wojtas vel Zambu
Bart vel Pszczoła
Piotras vel Pampers
Andree
Roman Ukrain

PS Jacol przypomina o życzeniach "Jakub powodzenia na studniówce " reszta załogi się dołącza.
Pszczoła śle pozdrowienia dla Córki wikinga i jej Mamy


Pszczoła i Miły
2018-12-30
Selma
Selma już w cieśninie Drake'a po intensywnych nurkowaniach na Antarktydzie.


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar

Piotr
2018-12-29
Selma
Piotr Kuźniar opowiada o wyprawie na Antarktydę. "Nikt nie ma obowiązku nas ratować"



.
2018-12-24
Selma
Selma w świątecznej aurze bieli śniegu i lodu zmierza do cieśniny Le Maire.

Z najlepszymi świątecznymi życzeniami
Gocha, Marta, Krzysiek i Piotr





.
2018-11-22
UshuaiaKanał Beagla pokonaliśmy z zawrotną średnią prędkością ok 2 węzłów, wiatr i prąd był przeciwko nam. A może chciał żeby dzielna załoga została troszeczkę dłużej. Ale udało się i wszyscy niestety zdążyli na samoloty. Po drodze mieliśmy jeden wieczorny, 4 godzinny przystanek, w zatoce Cambaceres, który musieliśmy zrobić żeby przeczekać najsilniejszy wiatr. Niektórzy wykorzystali go na pakowanie, inni na drzemkę po walkach w Drake’u. W Ushuaia zameldowaliśmy się o 7 rano no i pożegnań nadszedł czas. Oczywiście zdążyliśmy jeszcze wypić tradycyjny żeglarski toast „Za cudowne ocalenie”. Dzięki i do zobaczenia!!

PS Tymczasem na Selmie stawiła się już kolejna ekipa, i bardzo możliwe, że kolejne relacje już niedługo.


fot.Maciek Jabłoński

Błażej
2018-11-16
Estancia Harberton
Przedostatni dzień w Antarktyce był naprawdę wspaniały, a spędziliśmy go na wycieczkach w okolicy Cuverville. Najpierw wylądowaliśmy na wyspie Orne, gdzie oglądaliśmy kolonię pingwinów maskowych, całkiem grzecznych w porównaniu do dracznych, jak mówi Marta, białobrewych. Potem przeparkowaliśmy Selmę na drugą stronę zatoki, do Orne Harbour i tym samym zaliczyliśmy na lądowanie na kontynencie Antarktydy. „Hip hip hurra” nie było, bo chyba nie wszyscy się zorientowali - było tak samo pięknie jak na wyspach. Część wycieczki pod kierunkiem Mateusza poszła zdobywać przełęcz w kaloszach, a część została na dole podziwiać widoki. W tym Jurek, który został prawdopodobnie przyjęty przez dwóch małych posłów do stada pingwinów. Przynajmniej tak to wyglądało.

Po południu wróciliśmy na kotwicowisko przy Cuverville, po drodze spotykając humbaki. Atrakcje były tego dnia tak idealnie stopniowane, że zaczęliśmy podejrzewać, że wieloryby były wcześniej umówione. Niestety, pewnie przez pomyłkę, zamówiony został pokaz nurkowania synchronicznego w parach i humbaki nie bardzo się nami interesowały. Ale parę zdjęć ogonów się Arkowi udało. Potem lądowanie na wyspie w pełnym słońcu. Widoki były jak pocztówki, pingwiny tym razem białobrewe, dokazywały w krystalicznej wodzie i na lądzie.

Kiedy załoga zażywała relaksu i antarktycznych kąpieli słonecznych, Maciek latał dronem nad Selmą i robił fantastyczne ujęcia z powietrza, kadry przedpremierowe są w zdjęciach. W tym czasie Piter na jachcie na zmianę zdejmował i wywieszał suszące się na pokładzie żółte kocyki, żeby na filmie nie było lipy. Potem on też zaczął dokazywać, oczywiście na potrzeby filmu, co objawiło się rajdami „Selmą” i pontonem pomiędzy górami lodowymi. Kiedy te ujęcia wyjdą na światło dzienne będzie hit.

Ostatniego dnia popłynęliśmy na wyspy Melchiora, żeby przygotować siebie i jacht do drogi powrotnej przez Drake`a. Zjedliśmy wieczerzę, dla niektórych ostatnią przed kanałem Beagla i wcześnie rano, po dobrze przespanej nocy, ruszyliśmy z powrotem do Argentyny. Kolejne noce przyniosły już mniej snu. Jacht spadający z impetem z fali pozwalał mieszkańcom kabin dziobowych doznawać zjawiska lewitacji, i to parę razy na minutę. Właściwie całą drogę halsowaliśmy w dużym przechyle, pod przeciwne wiatry, po dosyć mocno skotłowanym oceanie. Jak tylko minęliśmy 60 stopień szerokości geograficznej S, w prognozie pojawił się, jak to określił Piter, „niżyk”, czyli mały niż, idący nam na spotkanie. Chyba chciał nas kapitan pocieszyć. Niżyk zapewnił nam trzy dni atrakcji z gatunku tych emocjonujących. Selma jak zwykle pokazała jak dzielnym jest jachtem, i trzaskaliśmy po 160 mil na dobę, a sternicy mieli mnóstwo zabawy i mokre sztormiaki. Ale bez strat się nie obyło. Już pod koniec, na szczęście, jakieś 40 mil na wschód od przylądka Horn, strzelił przy maszcie baby sztag i razem z kliwrem zwalił się do wody. Udało się go wyciągnąć i przywiązać na pokładzie, ale jedna z sekcji rolera odpłynęła w głębiny oceanu.
Także do kanału Beagla podchodziliśmy w pięknym stylu pod porywisty wiatr, bez kliwra, na silniku i zarefowanym grocie . I z determinacją żeby nic już więcej nie urwać.

Błażej


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński


fot.Błażej Worsztynowicz


fot.Błażej Worsztynowicz


fot.Adam Wojtaczka


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński

.
2018-11-15
Isla Picton

Isla Picton



.
2018-11-13
Drake Passage

Połowa Drake'a



.
2018-11-12
Drake Passage

Selma już w drodze powrotnej do Ushuaia.



.
2018-11-10
Antarktyda
Melchior Islands



.
2018-11-10
Wyspa CuvervilleZ Cuverville wyruszyliśmy rano, we mgle, a śnieg (prawie) nie padał. Planowaliśmy dotrzeć do Port Lockroy, o ile to będzie możliwe przez cieśninę Neumayer. Osiem godzin pokonywaliśmy pasy paku lodowego i kry żeby cztery mile przed celem stwierdzić, że dalej się nie da, lód jest zbity zbyt gęsto. I że dzielni podwachtowi z tyczkami ten cały lód na darmo odpychali. I że jeszcze trzeba wrócić tą samą drogą a potem płynąć naokoło. Morale nie upadło tylko dlatego, że po raz pierwszy nie padał śnieg i czasem prześwitywało coś niebiesko między chmurami. W końcu, kiedy tuż po zachodzie słońca przepchnęliśmy się przez Peltier Channel i dotarliśmy do Port Lockroy, okazało się że nie da się tam rzucić kotwicy. Bo połowa zatoki jest zamarznięta. Wtedy kierownik wycieczki z kamienną twarzą oznajmił, że przecież nie ma problemu, jak tak, to my zacumujemy do tego lodu.


fot.Maciek Jabłoński

Ponieważ „tego jeszcze nie grali” to wstąpił w nas nowy duch. Mateusz ciął szlifierką świder do wiercenia dziur w lodzie, ktoś biegał z cumami i drewnianymi kołkami, ktoś inny wieszał odbijacze a reszta odpychała tyczkami jakiś uparty odłamek góry lodowej. A „Selma” stała spokojnie na małej naprzód oparta dziobem o krawędź białego pola. Potem Piter równie spokojnie wyszedł na zaśnieżony lód, na wszelki wypadek w suchym kombinezonie. Tam wywiercił dwa przeręble i zainstalował w nich drewniane kołki, do których przywiązał cumy. I już. Staliśmy jak przy kei, a słońce zachodziło za górami. Prawdopodobnie to wydarzenie przekonało kogoś gdzieś na górze, że jesteśmy uparci i łatwo się nie poddamy. Bo kiedy obudziliśmy się następnego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki.


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński

Po śniadaniu od razu pojechaliśmy oglądać miejscowe pingwinisko. Antarktyczne słońce paliło twarze, mroźne powietrze było idealnie przejrzyste, widoki na góry dookoła bajkowe, a zwierzaki dokazywały na całego.


fot.Arek Łaskowski

Piękna pogoda towarzyszyła nam przez następne 2 dni. Sukcesów w przedzieraniu się przez lód mieliśmy za to jakby mniej. Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w stronę cieśniny Le Mair. Znowu wykonaliśmy wielogodzinny slalom pomiędzy growlerami, aż w końcu okazało się że do cieśniny nie wjedziemy. Odbiliśmy na zachód, w Nimrod Passage, przychodził stamtąd oceaniczny rozkołys i nie ułatwiał on nam jazdy przez lód. Tam minęliśmy dwie gigantyczne góry lodowe które wyglądały jak oderwane kawałki lądu. Większa z nich miała około dwóch mili długości. Potem na południe i znowu na wschód w French Passage, już po zmroku. Chcieliśmy dotrzeć do ukraińskiej stacji Vernadsky. Kiedy tylko podjechaliśmy na odległość 5 mil w zapadającej szarówce było widać wyraźnie że dostęp do wysp jest zamknięty przez spiętrzony lód. Potwierdziła to radiowa rozmowa z dość zaskoczonym pracownikiem stacji. Zaskoczonym, bo o tej porze roku dopływają do nich częściej lodołamacze niż jachty.


fot.Maciek Jabłoński

Mówi się trudno, wracamy, dalej na południe się nie da. Rychło w czas, bo okazało się że pola paku powoli zamykały nam odwrót. Krótką, jasną noc spędziliśmy w dryfie, na wolnej wodzie w okolicy dwóch wielkich icebergów, a rano ruszyliśmy na północ.
Kolejnego dnia lód zablokował nam drogę dwa razy, w Paradise Bay, i przed Neko Harbour. I to mimo Grześka, który parę godzin marzł wysoko na maszcie, wyszukiwał przejście i instruował przez radio sternika. Z drugiej strony jak powiedzieliśmy, że już może schodzić, odmówił. Powiedział że widok ma taki, że nie zejdzie i chce tylko nowe baterie do kamerki.

fot.Grzesiek Proszowski

Po prawie dwóch dobach stanęliśmy w końcu na kotwicy koło wyspy, uwaga - Cuverville! Ale tym razem od północnej strony i tym razem pogoda była tak piękna, że z trudem poznawaliśmy to miejsce. Błażej zdjęcia: 1-4, Maciek Jabłoński 5, Grzesiek Proszowski 6, Arek Łaskowski

Błażej
2018-11-09
Wyspa Cuverville
fot.Błażej Worsztynowicz

Bladym świtem, blada załoga wyszła na zaśnieżony pokład Selmy i usiłowała z gracją uczestniczyć w manewrach. Odchodziliśmy od wraku Governoren. W skład manewrów weszły m.in. odśnieżanie, odpychanie growlerów strumieniem wody wyrzucanej spod śruby, nawrotka w miejscu i skoki Mateusza nad cumą w pontonie. Ostatecznie znowu się udało, ale pozostał żal że nikt nie miał czasu na filmowanie. Jak tylko ruszyliśmy, zgodnie z prognozą która przewidywała brak wiatru i słońce, zaczęło wiać ok 40 węzłów i widoczność spadła do jednej mili.
My tego dnia pokonaliśmy całe 25 mil i w samo południe rzuciliśmy kotwicę koło wyspy Cuverville, gdzie znajduje się duża kolonia pingwinów białobrewych. W solidnej śnieżycy wsiedliśmy w ponton i pojechaliśmy na zwiedzanie. Okazało się, że szukanie miejsca do lądowania na brzegu w tych warunkach może być ryzykowne. Prawie udało nam się przycumować do słonia morskiego, który udawał duży, przysypany śniegiem kamień.
Przypadkowo wybraliśmy inny, pięć metrów obok. Byliśmy tak spostrzegawczy, a słoń tak zaspany, że dopiero jak pierwsza ekipa wysiadła z pontonu a ja odjechałem po następną, ktoś zauważył że tamten kamień ma płetwy. W końcu obudził się, łypnął na nas parę razy i pokazał nam swoją tylną stronę. Może też miał dość tej śnieżycy.


fot.Błażej Worsztynowicz

Pingwiny za to wydawały się nie zwracać na nią żadnej uwagi i zajmowały się tym czym się zajmują wszystkie ptaszki wiosną. Czyli sobą nawzajem. Chwilami było nawet trochę głupio patrzeć, szczególnie że prawie wcale nie przejmowały się naszą obecnością.
Widowisko było wspaniałe, pouczające i byliśmy przekonani, że lada chwila usłyszymy dobiegający gdzieś z góry głos Krystyny Czubówny.
Potem wróciliśmy na jacht, a tam czekał na nas Piter z niespodzianką - pieczenią z czosnkiem, śliwkami i pieczoną marchewką, pachniało ze stu metrów. Po straszliwym obżarstwie załoga łatwo wybaczyła mu pomysł kolejnej pobudki o czwartej.


fot.Zbyszek Ostapiuk


fot.Zbyszek Ostapiuk

Błażej
2018-11-08
Enterprise Island
fot.Błażej Worsztynowicz

Śnieg padał przez następny dzień, cały dzień bez chwili przerwy. Zgodnie z prognozą dołączył do niego silny wiatr i poranne wycieczki pontonowe zostały odwołane, fala była za duża. Pogoda nie pozwala nam zapomnieć, że jesteśmy tutaj o dosyć niepopularnej porze roku.


fot.Błażej Worsztynowicz

Po południu wiatr odpuszcza, (śnieżyca nie) i na dwie tury jedziemy na brzeg.
Powierzchnia wody dookoła jachtu pokryta jest kilkucentymetrową warstwą niezupełnie roztopionego śniegu, fachowa nazwa lepa. Pływa w niej trochę lodowego gruzu, co wystarczy żeby blokować ponton. Nie szkodzi, pagaj wystawiony przed dziób i mamy prawie lodołamacz.


fot.Zbyszek Ostapiuk

W zamieci śnieżnej wycieczka zdobywa szczyt małego lodowca górującego nad zatoczką. Ja zostaję na dole pilnować pontonu i zaprzyjaźniam się z samotnym pingwinem białobrewym. Wyskoczył na kamienie prawie pionowo z wody tuż obok mnie i chyba był równie zdziwiony jak ja.


fot.Błażej Worsztynowicz

Po powrocie wszystkie sztormiaki nadają się do suszenia, padający śnieg zrobił się mokry i ciężki. „Selmę” odśnieżamy na bieżąco, ale i tak miejscami jest prawie do kolan. Nie wiadomo skąd na pokładzie pojawiają się bałwany.
Po kolacji Piter oznajmia, że jutro startujemy o czwartej rano, bo jeśli to, co nas otacza zamarznie, trzeba będzie przebukować niektórym bilety na samolot. Traktujemy to jako dobry żarcik, szczególnie tą czwartą rano i idziemy spać.


fot.Zbyszek Ostapiuk

Dział pozdrowień:
Natalia pozdrawia rodzinę i znajomych,
Marta pozdrawia jak wyżej, ale swoją rodzinę i innych znajomych ( w sumie Natalii rodzinę też pozdrawia )


Błażej
2018-11-07
Antarktyda
Port Lockroy



.
2018-11-06
Antarktyda
Zatokę Mikkelsen na wyspie Trinity musieliśmy pożegnać wcześnie rano. Prognozy na następny dzień zapowiadały sztorm i silne opady śniegu i musieliśmy szukać lepszego schronienia. Kierunek południe, cel wrak statku „Governoren" w zatoczce na wyspie Enterprise. Pogoda póki co jest dobra, świeci słońce wieje lekki wiaterek i pięćdziesiąt mil pokonujemy bez problemów.

Po dotarciu na miejsce, wysłany na zwiad ponton z trójką śmiałków stwierdził lekkie zagracenie zatoczki pływającym lodem i trzy foki. Cumowanie Selmy do wraku przebiegło sprawnie, ekipa na pontonie starała się przeszkadzać jak najmniej. Tuż po tym, korzystając z chwili bez wiatru, podwieszony pod sztagiem Piter, zrzucił porwanego kliwra.

W międzyczasie śpiąca na wielkiej krze 30 metrów od jachtu foczka zaczęła się wiercić i leniwie spoglądać w naszą stronę. „Jakaś dziwna ta foka, duża taka”, okazała się być lampartem morskim.

Zapanowało poruszenie, okrzyki radości i trzask migawek. Kolejnym zadaniem było wyholowanie z z zatoczki większych kawałków lodu, które mogłyby zagrozić kadłubowi Selmy. Niestety pierwsza ekipa pontonowa szybko zniechęciła się kiedy lampart ożywił się, zlazł z kry i podpłynął się przywitać. Druga ekipa wróciła równie szybko, kiedy okazało się że lampartowi nie chodzi wcale o powitanie. Chyba miał do nas jakieś pretensje. Postanowiliśmy wziąć drania na przeczekanie i zjeść kolację. Duża kra, na której wcześniej leżał, powoli obracała się i zbliżała do jachtu, musieliśmy coś na spokojnie wymyślić.

Po kolacji lamparta ani widu ani słychu. Wsiedliśmy znowu w ponton żeby znaleźć miejsce do przywiązania lin blokujących lód. Jak tylko podpłynęliśmy pod brzeg z wody wychynął wielki łeb i daję słowo że się uśmiechał. Gonił nas do samego jachtu. W związku z tym kapitan Piter zarządził że ta duża kra jest niegroźna, a nocne wachty będą się w tym upewniać.

Rano okazało się, że w nocy zaczął padać śnieg i zapadał wszystko dokumentnie. A lód zgromadził się bezpiecznie w drugim końcu zatoki. Przemiłe zwierzątko musiało wiedzieć że tak będzie i zwyczajnie chciało oszczędzić nam niepotrzebnej roboty.

Błażej

Dział pozdrowień:
Dla Jadzi i Mariana od Zalogi i Kapitana
od Arka dla Pauliny, Karoliny, Oli z rodzinami i Ernesta solo
od „lodowatego” pozdrowienia dla Wszystkich i calusy dla zony Alicji
dla Garbarka, Kostka i Zuzy - Ciemek :)
Grzesiu nie pozdrawia bo myje naczynia


fot. Błażej Worsztynowicz


fot. Natalia Siódmiak


fot. Natalia Siódmiak

.
2018-11-04
1800 LT
Antarktyda
Nansen Island



.
2018-11-04
0900 LT
Antarktyda, Trinity Island
Cieśninę Drake`a pokonaliśmy w czasie 5 i pół doby, przepłynęliśmy 770 mil. Chociaż słowo „pokonaliśmy” jest tutaj nie na miejscu, bo tak naprawdę Cieśnina Drake`a łaskawie pozwoliła nam przedostać się na półwysep Antarktyczny, po drodze pokazując tylko trochę ze swoich możliwości. Co wystarczyło, żeby przez pierwsze 2 dni frekwencja na śniadaniach była słaba. Właściwie żadna. Pogoda zmieniała się równie szybko jak prognozy i pierwsza właściwie nie nadążała Do trudnych warunków podchodziliśmy oczywiście z humorem, pozwolę sobie zacytować np. kolegę Arka: „Odsuń się bo zaraz będziesz miał ten kombinezon w kropki”, albo „Będziesz jadł?”, „Nieee szkoda marnować”. Wachtującym na pokładzie sternikom, oprócz fal i zimna, towarzyszyły także ptaki. Petrele, warcabniki i albatrosy, wśród nich te największe, majestatyczne albatrosy wędrowne.

Jeden z „bocznych i niespodziewanych” grzywaczy oprócz tego, że solidnie przechylił nam łódkę, dostał się poprzez niezamknięty wywietrznik i zafundował prysznic śpiącemu w rufowej koi Piotrkowi. Ten gwałtownie się obudził i usiadł nie bacząc na koję nad sobą. Niektórych przekleństw nie znałem.
Przez te parę dni dostało się też trochę dzielnej „Selmie”. Wyrwał się z mocowania w żaglu jeden z wózków grota, a koła ratunkowe wyrwały się z taśm mocujących na rufie i odpłynęły w stronę Afryki. W nocy ( oczywiście ) tuż przed tym jak miał być zwijany, porwał się niestety na pół duży kliwer, przysparzając nam mnóstwa hałaśliwych nocnych atrakcji.

W końcu, kiedy Marta z błędnym wzrokiem wyznała, że oto stała się świadkiem jak ewolucja wyeliminowała słabe ogniwo, czyli ją, pogoda zaczęła się poprawiać. Wyszło słońce, a kambuz zaserwował dwudaniowy obiad, na który stawił się cały skład. Tego dnia, kiedy pyrkaliśmy sobie na silniku na długiej spokojnej fali, na horyzoncie pojawiły się fontanny wydmuchiwane przez wieloryby. Za chwilę mijaliśmy się z nimi w pewnej odległości. Kapitan, który akurat wisiał przy maszcie i razem z siostrzeńcem Adamem naprawiał wózek grota, nie zwrócił uwagi na dziwne manewry, które wykonywał sternik żeby zmylić wieloryby. W końcu udało się, jeden z nich zaintrygowany zjawiskiem, zawrócił żeby przyjrzeć nam się z bliska. Wtedy okazało się, że są to rzadziej spotykane Sejwale, a my mogliśmy obserwować wielkie cielsko przewalające się tuż za rufą „Selmy”.

Ponieważ istniało ryzyko spotkania dryfującego lodu przez dwie ostatnie noce wystawialiśmy dodatkowe wachty lodowe, których zadaniem było wypatrywanie lodu, ostrzeganie sternika i marznięcie w okolicach masztu. Ze względu na to ryzyko i na silny wiatr ostatnią noc spędziliśmy stojąc w dryfie, a rano we mgle i padającym śniegu wpłynęliśmy ostrożnie pomiędzy wyspy, których wypatrywaliśmy bezskutecznie przez resztę dnia. W końcu widoczność trochę poprawiła się, rychło w czas, bo wpłynęliśmy w obszar dryfujących gór lodowych i growlerów. Niektóre z gór były naprawdę ogromne, i przepływaliśmy na tyle blisko, że niektórzy pozwolili sobie zrobić z nimi tzw. selfiaczka. A slalom między icebergami, w tężejącym znowu wietrze, wyraźnie poprawił humor kapitana. Kotwicę rzucaliśmy tego dnia pod wieczór, w zatoce Mikkelsen, na wyspie Trinity. W szkwałach zrywających kaptur, poziomo padającym deszczu ze śniegiem i pod krytycznym spojrzeniem stojących na brzegu pingwinów.

Błażej


fot. Grzegorz Proszowski


fot. Zbyszek Ostapiuk


fot. Maciej Jabłoński


fot. Maciej Jabłoński

.