Tel. sat. iridium: +881621440894.

Satellite messages: http://messaging.iridium.com

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2019-04-07
Cieśnina Drake'a
Kruku na linie fot.Damian Święs

Tak jak się obawialiśmy pokonujemy Drejka wg elitarnej taktyki Navy Seals. Wypisano na tablicy ogłoszeń extremalne zasady Sealsów i są one wprowadzane w życie z żelazną konsekwencją. Niektóre są fajne, np. „nie ma złych zespołów są tylko źli dowódcy”, inne mniej: „Seals każdą wolną sekundę poświęca na trening i samodoskonalenie”. Wiemy, że na pewno musimy kontrolować ego.


Zasady Silsow fot.Damian Święs

Są ku temu okazje, oddalamy się całkiem śpiesznie od Antarktydy i pierwsza noc jak to zwykle wymagała wzmożonej uwagi i wzmocnionych wacht , ale procentuje wiedza sealsowa czego doświadczył choćby Piotr za sterem gdy dzięki żelaznej woli growler zamienił się w ptaka i odleciał. Zasuwamy więc raźno na północ uważając żeby nie dostać w skórę. Wszystko gra. Pozdrawiamy.


Zasady Silsow fot.Damian Święs

Załoga Selmy
2019-04-04
-Dzieje się jak zwykle, nie potrafimy usiedzieć w miejscu zresztą byłoby to głupotą będąc tutaj. Tak więc – wycieczki i wycieczki, wycieczki i badania, chłonięcie tych niezwykłych bez względu na pogodę krajobrazów. Ponownie zamustrowaliśmy ukraińskich przyjaciół i ruszyliśmy tym razem w kierunku północnym. Zakotwiczyliśmy przy Plenau Island gdzie Iwan miał misję od Oksany znalezienia kupy słonia. Morskiego oczywiście i pobrania próbek a, że akcja była ambitna z chęcią się w nią włączyliśmy. Zaczęliśmy od znalezienia słonia i było to sensowne podejście, tym bardziej, że słoń a właściwie dwa młode osobniki nie miały nic przeciwko temu. Pogoda bajeczna, widok na oglądane już ale w deszczu cmentarzysko gór lodowych, ponowne odwiedziny słonecznej tym razem Cieśniny Le Maire, odwiedziny Wyspy Pettermana gdzie znajduje się słynny fiordzik w którym kilka lat temu góry lodowe próbowały zatrzymać Selmę na dłuższy czas ale im się nie udało i powrót do „bazy” czyli Stacji. Tutaj udało się wreszcie zobaczyć pingwina Adeli. Piotr już od dłuższego czasu wypatruje okienka pogodowego na bezpieczne przeskoczenie Drejka. Prognozy zmieniają się dynamicznie, nie wszystkie sprawdzają więc jeszcze czekamy. Wiadomo jak to w Drejku czasem jak ktoś coś przeskrobał w poprzednim wcieleniu to karma wraca.
Były jeszcze mini wycieczki np. do domku Wordiego czyli muzealnego już domku dawnych wypraw brytyjskich, był dzień poświęcony pracom naprawczo – przygotowawczym, były wizyty na Stacji, rewizyty na Selmie, przypłynął ukraiński statek Merigold z zaopatrzeniem i zimownikami, na pokład wsiadł nowy załogant Marco, którego podrzucimy do Ushuaia, były pożegnania i przywitania i wreszcie dziś ostatnie dźwięki syren i intensywne obustronne machania pożegnalne. Było to wszystko bardzo miłe i wzruszające. Płyniemy teraz powoli na północ choć jeszcze nie ma decyzji kiedy i skąd ruszymy na szerokie wody.
Zaczynamy się poważnie martwić, Piotr z pasją zaczytuje się w książce: „Ekstremalne przywództwo. Elitarne taktyki zarządzania Seals”. Zobaczymy co z tego wyniknie.
Pozdrawiamy.
fot. Artur Kruk

fot. Artur Kruk

fot. Artur Kruk

fot. Gośka Wojtaczka

fot. Gośka Wojtaczka

fot. Gośka Wojtaczka

fot. Artur Kruk

fot. Gośka Wojtaczka

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Gośka Wojtaczka

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Gośka Wojtaczka

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Tomasz Major

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Artur Kruk

fot. Artur Kruk


Załoga Selmy
2019-04-02
-Tak, mamy sporo zaległości w relacjach i nie wynika to z lenistwa ale z tego, że dużo się dzieje. Dopłynęliśmy do ukraińskiej Stacji im. Vierdnackiego czyli do przyjaciół bo w takiej zażyłości pozostaje Selma z gospodarzami. Wieczorem oczywiście spotkanie w barze na piętrze, bardzo sympatyczne jak zwykle. Następnego dnia tradycyjna ukraińska bania dla wszystkich (tych zdjęć chyba nie załączymy, chociaż może?) a pogoda była taka właśnie barowo – baniowa. Prawdopodobnie wtedy wykluł się chytry plan żeby rozszerzyć zakres naszego rejsu i w ten oto sposób nasza wyprawa zrobiła się eksperymentalno -naukowa. Znaczy to, że wysadziliśmy na półwyspie kontynentu (a dokładnie na Rassmusen Point) ekipę zdobywców objuczonych masą sprzętu do zdobywania:pulkami, rakami, liofami, czekanami, śrubami lodowymi itd., itd., a na ich miejsce zamustrowaliśmy ekipę naukowców z Vierdnackiego z dronami, młotkami, próbówkami itp.. Schedę po Piotrze przejął Andrzej a zamiast Gochy, Kruka, Tomka i Tego Artura na Selmę wsiedli: Iwan, Jura, drugi Jura, Sasza i Andriej. Należy dodać, że do ekipy górskiej dołączył Władimir w charakterze przewodnika. Nasz cel to dwie wyspy: Somerville i Lahille, które są poza zasięgiem pontonów naszych naukowców. Na pierwszej nie udało się wylądować z powodu sporego przyboju, ale to był cel drugorzędny. Pierwszorzędny to Lahille gdzie (głównie Sasza geolog) ostrzyliśmy sobie zęby na dokonanie całkiem doniosłych odkryć. Mianowicie istniała hipoteza, że to najstarsza wyspa w rejonie Półwyspu Antarktycznego, aż z palezoiku. Po niełatwym znalezieniu kotwicowiska i przenocowaniu w dosyć chłodnych okolicznościach przyrody bo temperatura spadła o 7 stopni poniżej zera, wstaliśmy wraz ze słońcem. Świt był przepiękny, Lahille to wyspa z prawie pionowymi wysokimi górami, nieco dalej wysokie szczyty kontynentu, obok sporo gór lodowych z których jedna okazała dobre serce i zaparkowała blisko nas, ale nie na naszej kotwicy. Bajeczny to był poranek tak jak i cały dzień. Dokonało się! Sasza znalazł formacje skalne potwierdzające pochodzenie wyspy, która może się okazać jeszcze starsza, ale na razie o tym mówi a właściwie szepce instynkt naukowy Saszy więc cicho sza. Sasza szczęśliwy, Iwan biolog szczęśliwy (nie dość, że udany rekonesans to jeszcze próbki mszaków), Jura szczęśliwy bo zdjęcia z drona bardzo udane, Andriej szczęśliwy bo filmy i zdjęcia fantastyczne, my szczęśliwi bo Oni szczęśliwi i udało się pomóc w ważnych i arcyciekawych badaniach, jednym słowem – super!
Pozostało wrócić po naszych wspinaczy co zrobiliśmy, ale okazało się, że się nie wyrobią na czas i jeszcze przenocują, więc powrót na Viednackiego skąd posłaliśmy do zdobywców dwie skuy z plecakami pełnymi rumu (ponoć nie dotarły, ech te skuy), a wieczorem bardzo miłe spotkanie na Stacji, rozmowy, podsumowania dnia, gry w bilard (Damian dostał bęcki od Andrieja) i grzecznie spać bo rano trzeba było wrócić po resztę załogi.
Raniutko ruszyliśmy po naszych załogantów i wreszcie w komplecie w popołudniowych godzinach zacumowaliśmy bezpiecznie na Vierdnackim gdzie tradycyjnie bania i bardzo ciekawe wieczorne dysputy.
Pozdrawiamy.
fot. Artur Kruk

fot. Artur Kruk

fot. Artur Kruk

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski

fot. Piotr Lubaczewski


Załoga Selmy.
2019-03-31
Ukraińska stacja polarnaZima!
W drugi górski dzień postanowiliśmy zdobyć przełęcz i szczyt położone nad naszą zatoczką. Po krótkiej nocy na wspinaczkę decyduje się czterech śmiałków. Reszta załogi albo delektuje się ciszą i spokojem na pokładzie albo wybiera spacer wśród pingwinów i uchatek.
Z przełęczy pod szczytem rozpościera się nieziemski widok na naszą zatoczkę. Po krótkiej przerwie ruszamy ostro w górę. Gdy dochodzimy do szczytu, nadchodzi sygnał z jachtu – błyskawicznie zbliża się załamanie pogody. W przerażającym wietrze, śniegu i miejscami przy niemalże zerowej widoczności powoli schodzimy w dół.
W okolicznych zatoczkach pojawia się lód. Gdy za kilka dni pokryje Port Lockroy, pingwiny popłyną na północ; za nimi lamparty, uchatki i foki Weddella. Ludzie opuścili zatoczkę kilka tygodni temu. Niebawem na brzegu zostaną słabe i młode pingwiny, które nie zdążyły się opierzyć. Ich rodzice popłyną na północ. Maluchy zginą z głodu i zimna. Nadchodzi antarktyczna zima.

Cmentarzysko
Z informacji satelitarnych wynika, że otworzyło się przejście do ukraińskiej stacji polarnej. Było spowite lodem przez kilka ostatnich tygodni. Zaraz po śniadaniu ruszamy na południe! Wejścia do Kanału LeMaire strzegą humbaki. Jest pochmurno, ale jest spektakularnie.
Po drodze do zatoki, gdzie sto lat temu Jean Baptiste Charcot zimował swoim jachtem Le Francais, przepływamy przez cmentarzysko lodowców. Ależ lód nie jest biały! Jest niebieski. Ma wszystkie odcienie koloru niebieskiego. Kształty są zadziwiające. Rok temu była tu najpiękniejsza pogoda. Dziś wieje wiatr, zacina deszcz. Miejsce pozostaje magiczne. W słońcu góry były białe. W deszczu i niepogodzie są niebieskie!

Postaramy się przesłać adekwatne do relacji Tomka zdjęcia w swoim czasie. Pozdrawiamy.
Załoga Selmy.

Tomek
2019-03-25
Port LockroyCzas na lans.
Po kilku dniach spędzonych na wyboistym Drake’u, zacumowaliśmy w urokliwej zatoczce nieopodal brytyjskiej stacji polarnej Port Lockroy. Personel opuścił kilka zabytkowych budynków kilka tygodni temu. Na stole zastajemy kartkę z napisem: ‘Wrzuć kartkę do skrzynki. Wyekspediujemy ją najbliższym transportem w listopadzie 2019 r.’.
Na stole w naszej mesie pojawiły się na racuchy z jabłkami, soczysta pieczeń z ziemniaczkami i surówką, a szklanki zabordowiły się wyśmienitym Malbekiem.
W kokpicie wyrosła górka kolorowych zabawek: rakiety śnieżne, raki, prusiki, czekany i dziabki, uprzęże …
W pierwszy lodowcowy dzień zabraliśmy ze sobą na 14 godzinną wycieczkę cztery termosy wykwintnej herbatki z cytryną i imbirem oraz miodem - przyrządzonej na krystalicznie czystej wodzie … morskiej.
Bez szlaku, bez przygotowanej wcześniej ścieżki suniemy powoli w górę. Co kilka minut huk cielących się lodowców zabarwia absolutną ciszę, która nam towarzyszy. Ostatnie trzy godziny wspinamy się ostro pod górę. Gdy wychodzimy z gęstej mgły, w dole przed nami rozpościera się spektakularny widok na Kanał Neumayera, Cieśninę Gerlache’a oraz na okoliczne zatoczki.
Sceneria jest nieziemska, a pogoda iście antarktyczna: co kilka minut zmienia się światło: mamy błękitne niebo, ciemne chmury. Morze. Góry. Lód.
Zapominamy czasem, że jesteśmy na lodowcu. Przychodzą chwile zapomnienia. – Sesja zdjęciowa odbywa się na nawisie lodowym ponad kilometr nad oceanem. Na stromym zejściu asekuracja ze smartfonem w ręku. Przychodzi ‘selfie time’, ‘lans time’, ‘FB-time’.
Ekipa pokładowa do późnej nocy co kilka minut cierpliwie wychodzi na pokład i wypatruje w oddali świateł czołówek. O północy wszyscy siedzimy w ciepłej mesie i sączymy gorącą herbatę.
To był dobry dzień!

Tomek
2019-03-24
Port Lockroy
Widok z okna stacji na Goudier Island w Port Lockroy fot. Artur

No i zaczęły się wycieczki. Jeszcze wczoraj po zacumowaniu wstępny rekonesans na miejscowym pingwinisku a, że byliśmy po pochłonięciu ogromnej ilości milanesy mistrzowsko usmażonych przez Tomka i Artura to czuliśmy się jak pingwini rodzice wracający dokarmiać potomstwo. Na szczęście nie było takich prób. Po powrocie jeszcze (o dziwo) kolacja.


Tu stoimy - Port Lockroy fot. Piotr Lubaczewski

Dzisiaj nastąpiła zmiana pogody i zrobiło się ciut nieprzyjemnie, bo bardzo wietrznie i śnieżnie. To na zewnątrz Selmy, bo w środku miło i ciepło, Beata usmażyła na śniadanie racuchy z jabłkami i wraz z Damianem na obiad zawijane zrazy z których zostało jeszcze sosu na pomidorową na kolację. Czyli błogie lenistwo urozmaicane opowieściami polarnymi i krótkim wypadami technicznymi, a to w celu uwolnienia sporego growlera, który czuł się ograniczany przez nasze cumy ale się tym nie zrażał, a to w celu ich poprawienia bo jednak trochę wiało. Później trochę siadło i można było ruszyć w teren co w tym przypadku oznaczało zwiedzenie opustoszałej historycznej brytyjskiej stacji – muzeum Port Lockroy.
Jeszcze informacja dla Magdusi, przepraszamy za obsuwy w relacjach, poprawimy się. Pozdrawiamy.


I kto tu kogo ogląda fot. Artur Czechowski

Załoga Selmy
2019-03-23
Port Lockroy
Światło na dziobie Selmy fot. Damian Święs

Nie zasypując gruszek w popiele popędziliśmy dalej na południe, przefrunęliśmy prawie, kawałek Cieśniny Bransfielda, zapadła noc a my nie zważając na to gnaliśmy dalej. Oczywiście ze wspomaganiem. Wachtom nocnym pomagali dodatkowi obserwatorzy, radar, wspaniały szperaczo – wyłuskiwator lodu czyli zamocowana na dziobie konstrukcja z reflektorami dzięki której nawet malutkie kawałki lodu świeciły światłem odbitym oraz oczywiście niezmordowany Pan Księżyc.
Obserwatorzy stali przed grotmasztem i pokazywali ręką w którą stronę należy skręcić żeby wyminąć lód. Robienie Titanika czy zamaszyste dłubanie w uchu nie było mile widziane przez sternika.
Cóż to była za noc. Dookoła wysokie góry, z lewej burty łuna nad kontynentem a z prawej nad wysokimi graniami PanaKsiężycowe światło natomiast nad nami gwiazdy z Krzyżem Południa na czele.

Humbak fot. Piotr Lubaczewski

Następujący po tym dzień był równie poruszający. Słońce, bezchmurne niebo i oszałamiające widoki w Cieśninie De Gerlacha a następnie w Kanale Neumayera jednym z najbardziej widowiskowym w tych okolicach. Były i zwierzęta, najpierw jeden wieloryb karłowaty, później jeden pingwin i byliśmy już trochę zaniepokojeni wszak o tej porze jeszcze tu nie byliśmy i mieliśmy pewne obawy czy nie są to miejscowi pustelinicy, którzy z wyboru żyją w samotności kontemplując rzeczywistość, ale jednak nie.
Pojawiły się następne wieloryby, stadka pingwinów, foki na krze a nawet lampart morski w Port Lockroy, gdzie rzuciliśmy kotwicę i przycumowaliśmy się rufą do skał. Jest extra. Jeszcze tylko aktualizacja, Artur z Pszczyny zyskał nowe, jeszcze bardziej zaszczytne, które brzmi: Ten Który Wstał Żeby Uratować Jacht.
Pozdrawiamy.

Załoga Selmy
2019-03-22
Okolice Smith Island
Pan Księżyc fot. Artur Kruk

Kwestia Arturów się sama rozwiązała. Artur z N.Y. to Kruku od zawsze, Artur z Pszczyny zyskał wczoraj szlachetne miano: Tego Który Nie Poszedł Do Żagli i nie jest to złośliwe określenie, a o szczegółach sam może kiedyś opowie. Natomiast Artur z Tychów pozostał Arturem.


Smith Island robi wrażenie fot. Piotr Lubaczewski

Już prawie jesteśmy, mijamy właśnie Wyspę Smitha, ale jeszcze dwa słowa o Drejku, którego udało się w miarę bezboleśnie przejść. Tu bardzo duże słowa podziękowania dla Księżyca, bardzo się starał nam pomóc, szybko wschodził i prawie nie zachodził. Zważywszy na to, że dosyć wcześnie minęliśmy górę lodową co spowodowało rozszerzenie wacht nocnych o obserwatorów, jego obecność była niezwykle pomocna. Wiemy, że niektórzy mówią o nim brzydkie rzeczy, ale dla nas to Pan Księżyc. Dzięki Panie Księżycu.
A my wpływamy właśnie w głąb przepięknej krainy, nastroje bojowe, błędniki zdemolowane i nie pyskują. Jednym słowem wszyscy w doskonałej formie oczekujemy wrażeń.


Smith Island fot.Piotr Lubaczewski

Pozdrawiamy.

Załoga Selmy
2019-03-20
DrakePłyniemy już sobie od dobrych dwu dni i wypada dać jakiś znak życia i przedstawić załogę. Mamy trzech Arturów i pozostali Beata, Gocha, Piotr, Piotr czyli Luby, Tomek, Andrzej, Radek i Damian żałują, że też nie są Arturami. Ale by było wtedy fantastycznie. Wtedy przyszedłby Artur pierwszy po Bogu i powiedział: słuchajcie Artury i Arturki, dziś kambuz ma Artur z Arturem, pierwszą wachtę Artur z Arturem, drugą Artur z Arturem i zmienia ich potem Artur z Arturem. Pomarzyć.
Jest jednak jak jest, czyli równie wspaniale i nastroje są równie fantastyczne jakbyśmy wszyscy byli Arturami.
Warto jeszcze wspomnieć, że jesteśmy objęci profesjonalną opieką medyczną. Beata, będąc młodą lekarką, podchodzi do sprawy bardzo ambitnie, chodzą plotki, że będzie nam podawać wapno z muszli rekina, ale może to tylko plotki.

Jeszcze dwa słowa o wyprawie, bo jest lekko nietypowa. Jest to wyprawa eksperymentalna a eksperyment polega na tym, że jest dosyć późno i mało kto się plątał w takim okresie jesiennym w Antarktyce, jednym słowem tłoku nie będzie a, że nie lubimy tłoku i bardzo jesteśmy ciekawi jesiennej Antarktydy to niecierpliwie wyczekujemy nowej Przygody. Drejk, całkiem póki co łaskawy oprócz tego szarobury, śnieżny, słoneczny, deszczowy i wprowadzający w błąd błędniki. Nic nowego.
Mamy się świetnie i pozdrawiamy.

Załoga Selmy
2019-03-17
.
Z archiwum Selmy

Selmowicze i przyjaciele przyjaciół! :-)

W tym roku, w maju po sezonie na Antarktydzie i Hornie Selma popłynie na przegląd techniczny do Itajai w Brazylii.
W rejsie z Ushuaia do Itajai zawinie do Port Stanley na Falklandach/Malwinach.
A tam brytyjskie puby, plaże jak z Karaibów, foki, pingwiny ... i sympatyczni wyspiarze :). No i sporo fajnej żeglugi.
Rejs po kosztach.


fot.Michał Kniaź

Zapraszamy też na przyszły sezon antarktyczny 2019/2020: żeglugę wśród gór lodowych, wylegujących się na krze fok, na emocje spotkania oko w oko z wielorybem czy z przesympatycznymi pingwinami. Jest jeszcze kilka wolnych miejsc.



Info o dostępnych rejsach poniżej oraz w zakładce:
www.selmaexpeditions.com/rejsy.php

. Podane ilości wolnych miejsc są orientacyjne, niektóre miejsca są tylko wstępnie zarezerwowane i czekamy na potwierdzenia.

Jeśli chcielibyście dołączyć do nas, prosimy o kontakt na adres mailowy:
info@selmaexpeditions.com

Pozdrawiamy serdecznie

Załoga Selmy
2019-03-09
Cieśnina Beagle'a
fot.Michał Kniaź

Jednak założenie o nadrabianiu reporterskich zaległości w Drake'u nie było do końca słuszne ;-) Pierwsze w kolejce do uzupełniania ustawiły się deficyty snu. Ale nic straconego - już Was update'ujemy. 1.03. i 2.03. spędziliśmy bardzo intensywnie.


Edge Hill fot.Michał Kniaź

Pierwsza ekipa - Aga, Dominique i Michał - zdesantowała się na ląd koło traperskiej chatki Rasmussena i w alpejskim stylu zdobyła pobliski Edge Hill. Pogodę i widoki mieli bez zarzutu, co możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach :-) Reszta Załogi wraz z szóstką naukowców ze stacji Vernadsky udała się Selmą na Pitt Islands. Było niezwykle ciekawie


Magiczne widoki w drodze na Pitt Islands fot.Jagoda_Bartczak

- fotografowanie humbaków, obserwacje i liczenie pingwinów Adeli, podglądanie uchatek, zbieranie próbek do badań i nurkowanie w celu odkrywania podwodnej fauny antarktycznej.
2.03. wieczorem odbyła się zasłużona impreza w barze Faraday na stacji - integracja i chóralne śpiewy przy gitarze trwały do późnych godzin nocnych (a może porannych) :-)
W niedzielę 3.03. mieliśmy za to totalny chill-out :-) Po późnym śniadaniu udaliśmy się w 3 turach do sauny - było fantastycznie. Chłodzenie i kąpiele w morzu (dla odważnych) odbywały się pod czujnym okiem pingwinów białobrewych, no bo gdzie miałaby być sauna, jak nie na pingwinisku ;-) Mieliśmy też możliwość skorzystać z od dawna wyczekiwanego i wytęsknionego prysznica ;-) Kupiliśmy pamiątki i wysłaliśmy kolejne pocztówki z jeszcze dalszego końca świata. Wieczorem kolejna wizyta na Vernadskym - najpierw opowieści naukowców o historii stacji i prowadzonych na niej badaniach - wszystko szalenie fascynujące, szkoda, że czas nie jest z gumy... A na koniec oczywiście kolejna impreza, równie udana jak poprzednia :-)
W poniedziałek 4.03. pożegnaliśmy Marko, który zostaje na stacji przez kilka tygodni zbierać materiały do książki. Na pokład wsiedli Sasza, Tolik oraz Wołodia i ok. 1200 ruszyliśmy na Drake'a z żalem, że to już koniec naszej antarktycznej przygody... Ale przecież będą kolejne - sami wiecie, jak to jest z nałogami ;-) Przez większość drogi mieliśmy dość komfortowe warunki, ale pod koniec zrobiło się sztormowo. Dzielnie stawiliśmy temu czoła i dziś o 0650 opłynęliśmy legendarny Przylądek Horn. Nareszcie Michał może legalnie wyrzucać obierki na nawietrzną ;-) Wszystko u nas OK, jesteśmy trochę zmęczeni, ale bardzo zadowoleni :-) Spokojnie zmierzamy w kierunku Puerto Williams, już osłonięci od wiatru i fali.


Odpływamy na Drakea fot.Michał Kniaź

Pozdrawiamy serdecznie,
Załoga Selmy

Jagoda
2019-03-04
Stracja naukowa Vernadsky
Selma koło Port Lockroy fot.Michał Kniaź

Ostatnio tyle się działo, że znowu mamy zaległości w relacjonowaniu - wybaczcie... Ale teraz pomału zbieramy się w drogę powrotną przez Drake'a, więc będzie trochę czasu (pomiędzy wachtami i spaniem) na nadrobienie wszystkiego :-)
28.02. był kolejnym dniem plażowej aury. Naprawdę jesteśmy pogodowymi szczęściarzami. Podczas porannej wachty kotwicznej można było podziwiać otaczające Port Lockroy białe szczyty w różowo- pomarańczowym świetle wschodzącego słońca - magia. Po niezbyt wczesnym śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie dawnej brytyjskiej bazy (Base A założonej w 1943-44 roku i funkcjonującej do 1962 roku), gdzie obecnie mieści się muzeum. Idąc wąską ścieżką do głównego budynku bazy (Bransfield House), trzeba było wykonać niezły slalom pomiędzy pierzącymi się pingwinami białobrewymi :-) Po tym ćwiczeniu logistycznym mieliśmy możliwość zobaczyć, jak wyglądała codzienność naukowców na Antarktydzie kilkadziesiąt lat temu. Skorzystaliśmy też z okazji, by wysłać pocztówki z końca świata i zrobić małe zakupy w sklepie z pamiątkami.


punk pingwin Adeli fot.Jagoda Bartczak

Następnym punktem programu była wizyta na pobliskim pingwinisku pełnym wyjątkowo ciekawskich osobników. Jeden z nich dokonał nawet inspekcji mojego plecaka, a potem sprawdził, czy nie nadałby się on na wygodne miejsce do leżenia :-) W międzyczasie Michał nurkował obok góry lodowej, a Dominika morsowała.
Podczas tych wszystkich rozrywek w zatoce pojawił się lampart morski, więc powrót pontonem na Selmę był dość emocjonujący. Na szczęście udało się uniknąć bliskiego spotkania naszego zodiaka z zębami lamparta. Chwilę potem ruszyliśmy w dalszą drogę poprzez przepiękne cieśniny otoczone malowniczymi górami. Kierunek Lemaire Channel. A lampart morski za nami... Okazało się, że najwyraźniej zakochał się w Selmie :-) Towarzyszył nam przez ponad godzinę - oczywiście mamy mnóstwo materiału filmowo- fotograficznego z tego spotkania. Gdy lampart nas już w końcu opuścił, zatrzymaliśmy się na jeszcze jedno morsowanie. Tym razem Dominique i Piotrek postanowili zmierzyć się z lodowatą wodą i poplażować chwilkę na małej górce lodowej :-) Po tej krótkiej przerwie popłynęliśmy spokojnie dalej, upajając się panoramą skąpanej w słońcu Antarktyki.


Lemaire Channel fot.Michał Kniaź

Przejście przez Lemaire Channel dostarczyło nam zapierających dech w piersiach widoków, ale też sporo wysiłku, bo w środku było naprawdę dużo lodu. Pod koniec ster przejął Piotr, konieczna też była wytężona praca "tyczkowych" odpychających lód. W nagrodę mieliśmy przepiękny zachód słońca. O 2355 rzuciliśmy kotwicę obok ukraińskiej stacji naukowej Vernadsky.

Pozdrawiamy gorąco,
Załoga Selmy

Jagoda
2019-03-03
SelmaWhale watching - Antarktyda 2019
Humbaki niewiele mniejsze od Selmy :)

autor: Miłosz Dąbrowski - AQUADIVER



.
2019-02-28
Port LockroyPo szybkim śniadaniu (owsianka rządzi) popłynęliśmy pontonem na krótką wycieczkę obejrzeć kolejne pozostałości po działalności wielorybników - water boats. Pogoda była jak marzenie - błękitne niebo i ani jednej chmurki. Po kilku godzinach ruszyliśmy Selmą w dalszą drogę, podziwiając antarktyczną panoramę w kolorach bieli, czerni i błękitu. Na pokładzie prawdziwa plaża, można było nawet zdjąć ze 2 warstwy polarów :-) W porze obiadowej dotarliśmy do Cuverville Island - małej wysepki z wielką kolonią pingwinów białobrewych. Spędziliśmy blisko 2 godziny podpatrując, jak załatwiają one swoje pingwinie sprawy :-) Niektórzy z nas wybrali się na spacer na górkę, inni wylegiwali się na plaży na wzór kilku zaspanych uchatek wygrzewających się w słońcu. Po powrocie na Selmę zjedliśmy zupę na słonecznym pokładzie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Było bardzo malowniczo - już naprawdę nam brakuje przymiotników, by oddać choć część z tego, czego tu doświadczamy... Przepływaliśmy m.in. przez przepiękną Paradise Bay. O 0240 nad ranem 28.02. w świetle księżyca, przy magicznie rozgwieżdżonym południowym niebie rzuciliśmy kotwicę w Port Lockroy. Zapomniałabym dodać, że na logu stuknęło nam już 1000 Mm :-)

DZIAŁ POZDROWIEŃ:
Aga i Dominique pozdrawiają Inkę, Władzię, Uzi i Kaza oraz Lisę i Marcela.
Domi pozdrawia Maty.
Jagoda pozdrawia Rodziców; Julkę, Piotra i Wojtusia; Joasię, Michała i Jędrusia; klan Łopatów z Karaibów; Szymona, Karolinę i Agatkę P.; Madzię K., Anię R. (jak rumowiec), Kapitana Jacka G. oraz Izę i Jagodzię! Madzia & Łopaty - dzięki piękne za SMSy, miło Was przeczytać w tak pięknych okolicznościach przyrody :-) Ściskamy mocno z Piotrem!
Marko pozdrawia Lesie, Annę Charlotte, Tarasa i wydawnictwo Stary Lew.
Piotrek pozdrawia kochaną Żonę i Dzieciaki, Rodziców, Teściową oraz Brata i Stryja, a także Koleżanki i Kolegów z pracy.
Sławek specjalnie pozdrawia swoją Wnuczkę Jasminę, Mamę, kochaną nr 2 i całą Rodzinę, Jirka i Jana Maresz oraz Jirka Salva z żoną i cały Landsztejn.

Jagoda
2019-02-26
2200
AntarktydaSpieszymy z kolejnym odcinkiem przygód dzielnej Załogi Selmy w Antarktyce :-)
Po przebrnięciu przez pole lodowe 26.02. spotkaliśmy jeszcze więcej humbaków. Mieliśmy okazję z bardzo bliska obserwować, jak żerują. Urządziły nam prawdziwy spektakl z obowiązkowym machaniem płetwami ogonowymi na koniec każdego aktu :-) Niesamowite wrażenia!
Kolejnym punktem programu tego obfitującego w wydarzenia dnia było przejście Graham Passage. Majestatyczne szczyty ze schodzącymi z góry lodowcami otaczają wąskie przejście pełne gór lodowych i growlerów. W takim miejscu czuje się pokorę wobec potęgi natury. To oczywiście jeszcze nie był koniec atrakcji. Pod wieczór mieliśmy okazję po raz pierwszy postawić stopę na kontynencie antarktycznym!
Wylądowaliśmy w pięknym miejscu o nazwie Portal Point. Podczas podróży pontonem towarzyszyły nam ciekawskie i przesympatyczne foki Weddella. Po wylądowaniu krótki spacer, celebracja historycznej chwili i sesja zdjęciowa. Dość szybko musieliśmy wrócić na jacht, bo przed nami był jeszcze spory kawałek drogi do zaplanowanego na noc miejsca postoju. Szkoda, że doba nie ma 30 godzin... W końcu po 2200 stanęliśmy longside do burty spotkanej już wcześniej Santa Marii Australis przycumowanej do wraku statku - przetwórni wielorybniczej w Governoren Harbour. Po odwiedzinach załogi Santa Marii na Selmie poszliśmy wszyscy spać (korzystając z rzadko spotykanej na Antarktydzie możliwości niewystawiania wachty kotwicznej), gdyż Piotr zapowiedział na następny dzień wczesną pobudkę - kolejne atrakcje czekają!

Jagoda
2019-02-26
1000
Antarktyda
Widok na stacje Eco Nelson, Selmę i zat. Maxwell fot. Michał Kniaź

Po całej nocy żeglugi i wachtach wymagających wzmożonej uwagi (jesteśmy już w rejonach, gdzie może występować lód) 24.02. około godziny 1000 rzuciliśmy kotwicę w Ardley Bay na Wyspie Króla Jerzego (to taka mała zatoczka w głębi Maxwell Bay). Krótka wycieczka na ląd, zabraliśmy na pokład zaprzyjaźnionych Czechów (Dusana i Ladie) ze stacji Bellingshausena oraz przesyłki dla ukraińskiej stacji naukowej Vernadskiy. Potem ruszyliśmy w drogę na Nelson Island - krótką, lecz bynajmniej nie nudną. Kolejne lodowce stanowiły punkty orientacyjne dla sternika, a wokół można było obserwować różnych kształtów góry lodowe. Po pochmurnym poranku nieśmiało zaczęło pojawiać się słońce, wydobywając wszystkie odcienie bieli i błękitu.
Po obiedzie we włoskim stylu (carbonara, a dla wegan aglio olio) wylądowaliśmy pontonem koło stacji Eco Nelson. Powitali nas czescy naukowcy, którzy oprowadzili nas po terenie i opowiedzieli nieco o historii stacji. Została ona zbudowana w latach osiemdziesiątych XX w. przez pewnego czeskiego miłośnika survivalu, obecnie jest własnością Czeskiej Fundacji Antarktycznej. Położona jest wyjątkowo pięknie - otoczona pagórkami, z widokiem na zatokę i schodzące do wody lodowce. Wybraliśmy się na spacer, by podziwiać z góry tę fantastyczną panoramę w pełnym słońcu. Karty pamięci zapełniły się kolejnymi gigabajtami zdjęć i filmów. Na koniec wizyty jeszcze chóralne śpiewy w językach czeskim, polskim i angielskim :-) Odstawiliśmy naszych gości z powrotem do Ardley Bay i ruszyliśmy w kierunku Trinity Island.


Zdobywca Nelson Island - fot.Piotr Krawczyk

Cały następny dzień byliśmy w drodze. Wieczorem na wachcie można było podziwiać zapierające dech w piersiach widoki - z prawej burty Trinity Island, z lewej Półwysep Antarktyczny, a wszystko to w pięknym, ciepłym świetle zachodu. Magia. Potem nastąpiła emocjonująca nocna przeprawa przez lód. Na szczęście warunki sprzyjały - nie było wiatru ani zafalowania, a światła lodowe sprawdziły się świetnie, ułatwiając trudne zadanie osobom na oku i sternikowi. O 2345 bezpiecznie rzuciliśmy kotwicę w Mikkelsen Harbour koło Trinity Island. Longside do burty Selmy zacumował jacht Santa Maria Australis, który wcześniej wyprzedził nas po drodze.


Pingwin bialobrewy - fot Piotr Krawczyk

Dziś wcześnie rano pobudka, porcja owsianki, a potem lądowanie na D'Hainaut Island i odwiedziny u pingwinów białobrewych. Jak zawsze spotkanie z tymi niesamowitymi ptakami to fantastyczne przeżycie - można by na nie patrzeć do wieczora... Niestety aż tyle czasu nie mieliśmy - ok 0900 wróciliśmy na Selmę i podnieśliśmy kotwicę. Teraz właśnie przebijamy się przez pole lodowe, kierując się dalej na południowy zachód. Towarzyszą nam pingwiny, pojawił się również humbak. Zamierzamy znaleźć bezpieczne miejsce do przeczekania zbliżającego się niżu.

Jagoda
2019-02-25
AntarktydaWitamy wszystkich oczekujących na wieści. Dziękujemy za cierpliwość - tyle się u nas dzieje, że ciężko znaleźć chwilę na napisanie relacji... Ostatni dzień przelotu przez Drake'a (22.02.) upłynął nam spokojnie przy pięknej, słonecznej pogodzie i małym zafalowaniu. Ok. godziny 1400 odwiedziło nas stado Hourglass dolphins. Płynęły z nami przez chwilę, wyskakując z wody obok burt Selmy, ale nie bardzo chciały współpracować z fotografami, którzy licznie pojawili się na pokładzie. Wieczorem zaobserwowaliśmy z daleka ląd - Smith Island. Mieliśmy niesamowite szczęście do widoczności, gdyż niezwykle rzadko zdarza się zobaczyć tę wyspę z odległości kilkudziesięciu mil. Radość, że jesteśmy coraz bliżej Antarktydy, była ogromna.

Poranek 23.02. przywitał nas fantastycznymi widokami - z lewej burty biała Snow Island, z prawej Smith Island wyglądająca jak kawałek Alp rzucony do morza. W oddali przed dziobem nasz najbliższy cel - Deception Island. A wszystko to w pięknym świetle wschodzącego słońca, w towarzystwie kolorowych chmur. Owsianka na śniadanie smakuje niebiańsko w takich okolicznościach przyrody :-)
Po pięknym poranku nadszedł równie piękny dzień - słońce, niebieskie niebo, kilka obłoczków i zero wiatru. Cała Załoga wyległa na pokład objuczona sprzętem fotograficznym.

Z jednej strony majestatyczna wulkaniczna Deception Island, za nią ośnieżone szczyty Livingston Island, z drugiej burty zaś doskonale widoczna panorama Półwyspu Antarktycznego. W wodzie liczne wieloryby i foki. Lepiej chyba być nie mogło :-) O godzinie 1430 wpłynęliśmy przez Miechy Neptuna do Whalers Bay. Zjedliśmy obiad, a potem przygotowaliśmy ponton do lądowania. W międzyczasie pojawił się duży wycieczkowiec, więc zgodnie z przepisami ustąpiliśmy mu miejsca (i tak wolimy zwiedzać w kameralnej atmosferze) i popłynęliśmy do pobliskiego Baily Head odwiedzić pingwiny maskowe. Urocza mała zatoczka otoczona jest stromymi zboczami zamieszkałymi przez te eleganckie i zarazem przezabawne ptaki. Uchatki uprzejmie zrobiły nam na plaży miejsce do lądowania, udając się do wody i na pobliskie skałki. Po 6 dobach na morzu po raz pierwszy postawiliśmy stopę na suchym lądzie. Spędziliśmy trochę czasu na spacerowaniu, obserwacji zwierząt i licznych sesjach fotograficznych.

Po powrocie na Selmę ruszyliśmy z powrotem w kierunku Whalers Bay. Wylądowaliśmy na brzegu po 1900. Pozostałości po stacji wielorybniczej oraz brytyjskiej bazie meteorologicznej tworzą tu niesamowity krajobraz, trochę jak z innej planety. Równocześnie jest to widok dość przygnębiający, gdy ma się w pamięci niechlubną historię przemysłu wielorybniczego. Po spacerze wróciliśmy na jacht z mocno zaostrzonymi apetytami. Po kolacji rozeszliśmy się do koi lub na wachtę, gdyż przed nami dalsza droga w kierunku Maxwell Bay. Kolejny dzień (24.02.) to zwiedzanie stacji Eco Nelson, ale o tym już w następnym odcinku :-)

Pozdrawiamy Wszystkich gorąco,
Załoga Selmy


fot. Michał Kniaź


fot. Michał Kniaź


fot. Michał Kniaź


fot. Michał Kniaź

Jagoda
2019-02-24
SelmaMiłosz Dąbrowski Aquadiver.pl będzie opowiadał o niezwykłej podróży Selmą na Antarktydę. Możecie posłuchać relacji i zerknąć na obrazki z końca świata :)

Jest o czym opowiadać :)

We wtorek, 26 lutego o godzinie 19.00 i w następny wtorek, 5 marca.

Aquadiverpl
ul. Żeglarska 6
Olsztyn



.
2019-02-23
АнтарктидаОстрів Десепшн
Найгірше для мене як людини, яка взялася писати книжку про Антарктиду, - це те, що ніякі слова не передадуть всіх вражень, отриманих навіть за день. І жодні фотографії не зможуть транслювати атмосфери, яка тебе тут опановує. Шукаючи слів для описів у нотатнику, розумієш, що їх нема. Адже слова опираються на образи, а таких образів, як в Антарктиді, ти раніше і близько не досвідчував.
Щоб описати запах, треба порівняти його із сумішшю п'яти інших запахів, які ти чув у інших краях, але все одно це не буде саме той запах. Все одно тобі не вдасться вирахувати пропорцію.
Більшість елементів на перший погляд знайомі. Гори, сніг, вода, птахи, каміння. І лише деякі речі вкрай відмінні, особливі: наприклад, пінгвіни.
Але особливість Антарктиди у всьому така: якщо природа бавалася конструктором світу, складала LEGO, то з усього незліченного набору деталей і кольорів вона залишила лиш декілька. Склала їх тут надзвичайно витончено: тисячі, мільйони дрібних вулканічних камінців, діаметром в середньому 1 сантиметр, висипані один біля одного впродовж безлічі років. З одного боку - однотонна вода. З іншого боку - пагорби, а за ними - невеличкі гори, з яких збудований кратер вулкану (!), і все, здавалося б, однотонне, і білий сніг.
Але на сонці за дуже короткі проміжки часу всі тони міняються. Вода, яка без променів сіра, неначе омиває кожен той дрібний прибережний камінчик, і кожен переливається у сонці, заломленому у волозі. Смуги снігу переходять у гори, а ті змінюються своїми породами - а ті міняються відтінками.
Отже, витончена гра тонів, а коли б порівняти із фотографією - то творець Антарктиди знімає, безумовно, на плівку: додає трохи зернистості, архаїчності.
Це про острів Десепшн - один із перших на шляху з Аргентини. Він міг би бути ідеальним сховком для піратів: гори довкола, вузький пролом, а всередині - бухта. Це і є кратер вулкану, який своїми виверженнями змусив у 1967 та 1969 рокох евакуювати дослідні станції, які тут були. Зараз тут найвиразніша відкрита для огляду відвідувачів ознака присутності людей - покинута станція китобоїв. Крім розваленої хатинки - гіганські, сказати б, бочки для зберігання отриманого з промислу китів жиру.
І хіба не дивно? На тлі небаченої природи, трохи пустельної, трохи загадкової, трохи позаземної, у кратері вулкану, схожому на піратську бухту, у зимове літо перше, що бачиш, - давно розбиті рештки якоїсь людської діяльності (а китобої вже самі по собі випадають із ряду чогось звичайного), що провадилася сотню років тому. Хоча так могло б виглядати якесь примітивне промислове поселення на місяці у не надто віддаленому майбутньому. І це тільки перший день, перший острів.
Хотілося б вірити, що Антарктида ніколи не буде повністю розкрита і знана.

.
2019-02-21
Cieśnina DrakeDrodzy Kibice,
na pewno już się niecierpliwicie brakiem wieści od nas, więc spieszymy nadrobić zaległości. Wszystko u nas w porządku. Wyruszyliśmy z Ushuaia 17.02 po południu w składzie: Agnieszka, Dominique, Dominika, Jagoda, Marko, Michał, Piotr, Sławek oraz prowadzący nasz rejs Piotr i Piter (Piotrów u nas pod dostatkiem :-)). Załogę mamy międzynarodową (poza Polską reprezentowana jest Szwajcaria, Ukraina oraz Czechy), ale świetnie się wszyscy dogadujemy po polsku. Wypłynięcie poprzedziło standardowe przygotowawcze zamieszanie - zakupy, sztauowanie, szkolenie z wyposażenia Selmy, bezpieczeństwa i procedur alarmowych.
Już w Kanale Beagle'a widzieliśmy pierwsze wieloryby - przedsmak wszystkich spotkań ze zwierzakami, których nie możemy się już doczekać. Po szaro-dżdżystym wieczorze noc na Kanale była przepiękna - księżyc w pełni i gwiazdy, po prostu bajka. Pierwszy dzień na Drake'u również przywitał nas ładną pogodą - mieliśmy coś a la żeglugę passatową w pełnym słońcu i przy niewielkim zafalowaniu. Potem jednak przyszedł zapowiadany niż, więc zaczął się silniejszy wiatr i deszcz. Podchodzimy do tematu taktycznie i zgodnie ze strategią opracowaną przez Piotra tak dobieramy kurs, by uniknąć najgorszej pogody. Stąd też nie od razu skierowaliśmy się prosto na południe. Teraz już żeglujemy w tym kierunku, przechodząc przez ogon sztormu. Wieje, pada i chlapie, ale z godziny na godzinę robi się spokojniej, nawet zaczyna się przebijać słońce.
Życie pomału dopasowuje się do rytmu wacht. Jak nie mamy akurat żadnych obowiązków, chętnie przyjmujemy pozycję horyzontalną w ciepłej koi. W kambuzie królują zupy, głównie z repertuaru Piotra.

Jagoda
2019-02-16
UshuaiaZ nurkami Aquadiver szczęślwie dopłynęliśmy do Ushuaia i utonęlismy w uciechach portowych. Zdjęcie naszej grupy z baru na stacji Vernadsky.


Nasza grupa w barze na stacji Vernadsky.

Piotr Kuźniar
2019-02-09
Kanał DrakeHahhhaaaaa, udało mi się wyrwać kompa na kilka chwil i literki już się nie plączą na ekranie. Miło było by napisać "Drake już za nami" ale...
Płyniemy dalej, przed nami Cape Horn już za 30 mil morskich. Ot Taka niespodzianka, niezapowiedziana wcześniej wycieczka na Horn. Hmmm, heheheheh nastroje są dobre choć trzeba pamiętać, że nadal jesteśmy w drodze. W żeglarskim żargonie istnieją przesądy, które mówią żeby nie wpisywać w log za wczasu pozycji, w której będziemy za kilka godzin. W końcu Cape Horn to poważna sprawa wiec lekkie napięcie da się wyczuć.
Wróćmy jednak do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin. Wczoraj słoneczko i delikatna fala, pozwoliły nam wyjść na pokład i cieszyć się piękną pogodą. I trzeba tu bardzo bardzo podziękować Jacusiowi, bo dzięki naszemu Królowi życia kilku z nas mogło po raz pierwszy od miesiąca usłyszeć głos bliskich.
Na pokładzie pojawił się Andrzej nasz mistrz patelni i Karola ''Siasia'' by odetchnąć świeżym powietrzem i wygrzać się w południowym słoneczku.
O kilku fantach, które poprzedniej nocy odebrał nam Neptun w spółce z Odynem i Drejkiem nie będę wspominał.
Jesteśmy już sam na sam z wiatrem i wodą.
Odpoczywamy, rozmawiamy, gotujemy i żeglujemy, wieczorem z 8na9lutego udało nam się nawet obejrzeć film o Milesie Davisie i mięliśmy okazję posłuchać muzyki na najwyższym poziomie.
Ściskamy i pozdrawiamy wszystkich sympatyków naszej Antarktycznej wyprawy, którzy śledzą wpisy i naszą trasę.
Wysyłamy gorące pozdrowienia najbliższym , kochamy was i tęsknimy a już niebawem się odezwiemy indywidualnie. Wszyscy mamy się dobrze, co po niektórzy myślą już o nowych wyzwaniach i kierunkach.
Do usłyszenia pewnie z Beagle Channel.
Ahoj

Z ostatniej chwili, 9.02 ,1030 padł okrzyk "jest ląd" po raz pierwszy od chyba 5 dni widzimy stały punkt na horyzoncie . Hurrrra, to Horn.

Bartosz
2019-02-07
Cieśnina Drake'aPłyniemy. Jak wiecie płyniemy już od 3.02. Ruszyliśmy jeszcze przed śniadaniem, za to z piękną przerwą na obserwację pingwinów Adeli na Yalour Island. Pingwiny te mieszkały w cudownym otoczeniu pokrytych śniegiem szczytów na bordowo - brązowych skałkach. Sporo było zielonych wysepek składających się z mchów i porostów, mocno kontrastujących z bielą śniegu, szarością nieba i grafitem wysokich skał.
Ok. godziny 11 ruszyliśmy już naprawdę do domu... czyli w kierunku Przylądka Horn i potem Ushuaia.
Początkowo ocean był spokojny, wymagał od nas jedynie uwagi i unikania gór lodowych. Z czasem: Posejdon i Drake pokazali jednak swoje prawdziwe oblicze. To dlatego nie było jak się do Was odezwać. Za bardzo bujało żeby coś napisać. A co ja Wam mogę napisać. Trenujemy ten sam schemat.
Jesteśmy już kolejny dzień w drodze do cywilizacji. Mamy nadzieję, że w Ushuaia uda nam się zacumować 10 lutego. Dopiero teraz jest chwila spokoju i można wziąć bezpiecznie na kolana komputer.
Trenujemy tu cierpliwość i wytrwałość. Nie wszystkim udaje się opanować morską chorobę. Ci którzy się ogarniają mają proste życie.
Składa się z wypełniania obowiązków wachtowych, spania, rozmów, czytania, przygotowywania jedzenia i picia oraz zmywania. Mniej odporni na bujanie odpoczywają w swoich kojach.
Normalny rozkład dobowy wyznaczają wachty, a nie jak to zazwyczaj bywa pory dnia. Każdy zatem podchodzi do tego indywidualnie.
Muszę podkreślić niesamowitą rolę Piotra, Krzysia i Adama. My jesteśmy amatorami, a oni profesjonalistami. I to jednymi z najbardziej doświadczonymi w rejsach Antarktycznych.
Staramy się jak możemy przeżyć dobrze ten czas. Pomimo trudów doceniamy wszystko co na tej wyprawie jest ważne. Stanowimy zgrany zespół, uzupełniamy się jak możemy, i choć nie jest to miesiąc miodowy nawet w najtrudniejszych momentach pomagamy sobie i załodze jak możemy.
Są to nieziemskie przeżycia, a trud jaki wkładamy w tą wyprawę da nam mega satysfakcję i uczyni nas innymi ludźmi. Dzięki temu wyzwaniu każdy nas będzie silniejszym i lepszym człowiekiem (o ile to możliwe :))
Niezapomniane będą też chwile, które spędzam za kołem sterowym. Prowadzenie Selmy w tym ogromnym bezkresie wody daje mi prawdziwą frajdę. Choć nie jestem żeglarzem, teraz dobrze rozumiem śmiałków mierzących się z falami i wiatrem. Uczucie bycia na morzu, szczególnie w nocy jest nie do opisania.
Łobuz Drake, pomimo, że podjęliśmy próbę ominięcia, połaskotał nas także sztormem. Wiało i gwizdało niemiłosiernie, ale zdążyliśmy już nabrać zaufania do Selmy, także te kilkanaście godzin nie przyprawiło nas o zawał, strach czy inne demony. Także nie zanudzając, my płyniemy sobie dalej, Wy róbcie swoje. Odezwiemy się już z Ushuaia, podsumowując nasz rejs. Oczywiście zasypywać będziemy Was wszystkich relacjami już indywidualnie, bo materiału mamy po prostu ogrom.
Pozdrowienia od Drake'a i Posejdona. My znamy ich już baaardzo dobrze

Miłosz


fot. Krzysztof Jasica

.
2019-02-03
Kanał DrakeWiemy, wiemy... Wiemy doskonale, że niektórzy z Was się martwią. Uspokajamy jednak, że u nas wszystko ok. No prawie... Kilka minut temu opuściliśmy gościnną stację Vernadskyego i stajemy powoli oko w oko z niespokojną cieśniną Drake'e. A Drake przyjemny zazwyczaj nie jest.
Nie pisaliśmy nic do Was, bo po prostu nie było czasu. Ilość zdarzeń, która nastąpiła w tych ostatnich dniach wyssała z nas tyle energii, że nie było kiedy się do Was odezwać. Teraz mam chwilę (zasiadam za sterem za kilka godzin) i skrobnę Wam jak tam nam się wiodło w ostatnich dniach.


W kanale Le Maire fot.Wojtek Nawrocki




Baza Vernadsky fot.Miłosz Dąbrowski


W Stella Creek obok Vernadskyego fot.Miłosz Dąbrowski

Po przebyciu spektakularnego kanału Le Maire i walce z lodem zatrzymaliśmy się w ukraińskiej bazie naukowej Vernadsky. 29.01 wykonaliśmy dwa nurkowania w kanale niedaleko bazy. W okolicy mieszkają pingwiny Adeli, bardzo blisko nas była także spora ilość fok. Dwa nurkowania i cała ich oprawa zajęła nam calutki dzień. A dwie godziny w wodzie o temperaturze minus 1,2 stopnia tylko potęgowały wyczerpanie. Za to ten antarktyczny podwodny świat kręcił nas coraz bardziej. Pomimo braku ryb nie mamy powodów do narzekania, bo ten świat makro jest tutaj po porostu doskonały. No i zupełnie inny, nieporównywalny do niczego innego. W kanale przy bazie, pojawiały się nowe organizmy, ale tak jak w poprzednich miejscach dobra widoczność zaczynała się poniżej 17 metrów.
Pomimo mrocznej atmosfery wynosiła nawet 30 metrów. Powodem gorszej widoczności na mniejszych głębokościach był lód.
Blokował on normalną cyrkulację wody, szczególnie w kanałach. Topiąc się powodował także mieszanie się wody. Stąd brała się także jej temperatura. Wszystko to opowiedział nam Andriej i Dmytro, czyli ukraińscy naukowcy, nurkujący w okolicy od wielu wielu lat.
Spędziliśmy z nimi sporo czasu na rozmowach o tym co widzimy pod wodą. Wymieniamy się doświadczeniami, zdjęciami i opowieściami o podwodnych przygodach.


Nurek pod bazą, 20m fot.Miłosz Dąbrowski

W kolejnych dniach dalej nurkujemy i dokumentujemy to wszystko co jest bogactwem tego cudownego kontynentu. Mamy także obowiązki towarzyskie. Miło spędzamy czas z załogą innego polskiego jachtu Chief One, no i oczywiście integrujemy się naszymi nowymi przyjaciółmi z ukraińskiej bazy antarktycznej. Jednego dnia wypływamy na nurki przy górach lodowych zabierając ze sobą kilku profesorów. My idziemy pod wodę, a oni w góry liczyć osobniki w koloniach pingwinów. Wracamy bardzo późno, ale dzień należy do bardzo udanych bo dowiadujemy się od naukowców fantastycznych rzeczy o życiu zwierzaków na Antarktydzie. Bezcenne doświadczenie. W przyjacielskiej atmosferze powstają plany merytorcznej współpracy z Vernatskim, co na pewno zaowocuje kolejnymi wyprawami żeglarsko nurkowymi z poważnym wątkiem naukowym!


Kikutnica czyli pająk morski fot.Miłosz Dąbrowski

Nauka nauką, ale z bardziej przyziemnych rzeczy - baza Vernadsky ofiarowuje nam chleb. Nasz się prawie skończył. O dziwo nawet po tylu dniach był dobry, a to dlatego, że był w Ushuaia wypiekany 2 razy i przecierany spirytusem, żeby jak najdłużej zachować świeżość.

No dobra, nie zanudzam. Słonko ładnie się do nas uśmiecha, Antarktyda powoli znika za horyzontem, Selma kołysze się coraz bardziej. Zaraz wpadniemy w objęcia szelmy Drake'a, więc kilka następnych dni to będzie ćwiczony już schemat. Spanie, rzyganie, wachtowanie... o Wojtek już zaczął dokarmiać kryl, brrrr.
Damy znać za kilka dni jak nam idzie ta nierówna walka z falą i wiatrem.
Wracamy do Was!
Teraz załączamy tylko kilka obrazków, ale przez wiele następnych miesięcy będziemy Wam pokazywać pełne plony pracy naszych kamer, aparatów i dronów.
Trzymajcie kciuki, naprawdę to się nam przyda...

Miłosz
2019-01-28
Kanał Le Maire
W kanale Le Maire fot.Wojtek Nawrocki

Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w zaskakująca przeprawę przez kanał Lemaire, przepływający pomiędzy strzelistymi górami mającymi wysokość około 1 km! Cała powierzchnia kanału pokryta górami lodowymi i gęsto rozsianymi growlerami robi niesamowite wrażenie. Nasza podróż do stacji Vernackiego wydłużyła się, bo musieliśmy odpychać lód z przed kadłuba jachtu.
Milosz z Wojtkiem pomogli w nawigacji latając dronami nad kanałem. Do celu dopłynęliśmy około 2 w nocy. Jedyny komentarz jaki możemy tu napisać to, że na pewno nigdy nie zapomnimy tej przeprawy.

Cała załoga Selmy pozdrawia gorąco swoich bliskich! Buziaki!

Karolina i Andrzej
2019-01-27
2000
Enterprise Island
Co to jest? fot.Bartosz Pszczółkowski

Dzień rozpoczęliśmy od kolejnego nurkowania na wraku w zatoce Enterprise. Dziś moja wachta kambuzowa, ale dzięki Jackowi i Andrzejowi pozostał mi tylko pełen zlew naczyń do umycia, bo resztą zajęli się oni.
Pod wodą słabsza wizura, ale mimo to wynurzyliśmy się z ciekawymi zdjęciami. Jak zwykle Miłosz i Pampers wylądowali w wodzie jako pierwsi. Ja z Wojtasem minęliśmy ich gdzieś w połowie długości wraku. Niebo grafitowe, słońce gdzieś uciekło i do tego zaczął padać śnieg. Karola z Andrzejem wskoczyli do wody.
Po śniadaniu szybki klar na pokładzie bo odpływamy.
Pamiętacie czirliderki z poprzedniej audycji? - ruszamy na spotkanie z nimi. Okazało się, że to międzynarodowa 8 osobowa grupa wspinaczy, którzy byli w okolicznych górach od 28 dni i zrobili około 170 km ciągnąć za sobą sanki z ekwipunkiem. Wśród nich babka negocjatorka w sprawie porwań białych w Ameryce Południowej, gość który zdobył koronę himalajów i bardzo dobrze wypowiadał się o polskich himalaistach, biolog który pracował w brytyjskiej bazie polarnej jako płetwonurek i udzielił nam lekcji biologii oglądając nasze podwodne zdjęcia, chirurg z Australii z żoną, który był pomysłodawca ich projektu i parę innych osób z którymi po prostu zabrakło czasu pogadać. Dostali kawę i super smaczną michę jedzenia, że aż im się uszy trzęsły z zadowolenia.


Zabieramy ekipę z lądu fot.Bartosz Pszczółkowski

Ahh zapomniałbym... Jacol i Andrzej to bardzo sprawny duet w kuchni i przygotowali placki po węgiersku, których sam zapach spowodował, że wariowaliśmy - a ja oczywiście znowu pełen zlew naczyń heheh. Placki wyszły po mistrzowsku i jeszcze zostało gulaszu na poczęstunek dla wędrowców. Kolejny dzień z przygodą, kolejne wieloryby obserwowane podczas nawigacji stają się już codziennością, pingwiny, foki nasi zwierzęcy towarzysze. Niezwykłe jest tutaj obcowanie z przyrodą, z oceanem południowym, z górami lodowymi i growlerami. Miło też było poznać nowych ludzi, fascynatów, podróżników, eksploratorów, którzy zareagowali na nas równie entuzjastycznie jak my na nich.
Dostarczyliśmy ich w okolice chilijskiej bazy, gdzie przesiedli się na swój jacht z uszkodzoną przekładnią.
Kolejna relacja wkrótce!

Dział pozdrowień ...
Miłosz pozdrawia Tymka i Magdę oraz załogę Aquadiver (Martę, Wojtasa, Agę i całą resztę :))

Bartek
2019-01-27
1200
Enterprise Island
Ukwiał na burcie fot.Miłosz Dąbrowski

Nurkowanie na Antarktydzie?
To Jest pomysł!
A Nurkowanie na Antarktydzie na wraku co wy na to?
W piękną jasną nocy zacumowaliśmy koło wrak który znajduje się na miejscu zwanym Enterprise Island.
Wrak nosił nazwę Governoren i był statkiem przetwórnią gdzie wcześniej złowione wieloryby, obrabiano i rozdzielano poszczególne składniki.
Statek wybudowano w roku 1913 w Norwegii i był on na ówczesne czasy najnowszą i największą jednostką tego typu przed pierwszą wojną światowa. Jego zdolność „przetwórcza” w roku 1913/1914 wyniosła 544 wieloryby. Miał zainstalowane nowatorskie obrotowe palinki Hartmanna, które służyły do wytapiania tłuszczu (tranu).
Ten nowoczesny statek skończył swój żywot 27.01.1915 (Tak!Tak! To nie przypadek dzisiaj jest 104 rocznica). Przyczyna zatonięcia była dość prozaiczna i błaha, chyba to kara losu za rzeźnie na wspaniałych majestatycznych wielorybach, a mianowicie w czasie pokazu demonstracyjnego został zaprószony ogień i statek z powodu przetwarzanego i przechowanego tłuszczu staną bardzo szybko w płomieniach, po nieudanych próbach gaszenia ewakuowano załogę, a wrak dziobem osiadł na płyciźnie natomiast rufa pogrążyła się w niebieskiej otchłani.
Po wskoczeniu do wody zanurzamy się przy burcie wraku (dziób i burta częściowo wystaje z wody gdzie obecnie mają dom rybitwy antarktyczne) płyniemy nad burtą w kierunku rufy oglądając roślinność, która zadomowiła się na wraku. W ścianie burt mijamy szklane bulaje, przez które kiedyś zerkali wielorybnicy. Przepływamy na ładowniami. Część z nich jest zawalona „żelastwem”, więc płyniemy dalej mijając wielkie windy. Ciekawe czy używali ich do „holowania” wielkich cielsk wielorybów. Następnie dostrzegamy ładownie, która jest częściowo możliwa do zwiedzenia. Zaglądamy w ciemne i mroczne pomieszczenia i nagle naszym oczom ukazują się drewniane beczki, które zostały uwięzione pod sufitem ładowni. Z niektórych już odpadają poszczególne deski odsłaniając zawartość środka- białą maź, czyli prawdopodobnie zestalony tran z wieloryba. Wrak jest dobrze zachowany jak na swój rocznik. Drewniane elementy pokładu, wyposażenia i wspominane beczki dobrze się trzymają. Powodem tego jest zimna woda oraz znikoma ilość nurków.
Po zwiedzeniu ładowni i innych „ciekawych” pomieszczeń płyniemy na rufę, gdzie majestatycznie mój partner pozuje do zdjęć przy wielkim polerze, który jest pięknie obrośniętym zielono-czerwonymi roślinami. Czas już na danie główne. Przeskakujemy burtę i przegłębiamy się w kierunku śruby oraz steru. Rufa ma duży zwis, więc „spadamy” w ciemną otchłań. Zapalamy latarki, a naszym oczom ukazuje się wielka śruba wraz ze sterem.


Łopata Śruby fot.Miłosz Dąbrowski

W promieniach światła latarek ujawniają się z szarości i ciemności piękne kolory obecnych domowników którzy zamieszkują wrak: żółte gąbki , pomarańczowe i białe ukwiały, zielone wodorosty, ślimaki muszlowe które chowają się w swoich domkach przed nami, ślimaki nagoskrzelne, które „kroczą” jak gąsiennice a ,ich kolorowe ciało faluje, niebiańskie rozgwiazdy kolorów białych, kremowych, waniliowych, ecri, pulchniutkie rozgwiazdy w różnych odcieniach czerwieni, fioletu, purpury, różu oraz różne ryby, które schowały się przed drapieżnikami. W tych bajecznych kolorach różnych stworzeń płyniemy wzdłuż burty ekscytując się nimi, a ich kolory zostają podkreślone przez surrealizm okolicy. Na dnie porozrzucane są poskręcane kominy, resztki maszynowni i mostka kapitańskiego oraz inne „żelastwa”, ale najbardziej kontrastu dodają resztki olbrzymich kości wielorybów, które „krzyczą” swoją białością oraz historią!


Kości wieloryba na dnie kolo wraku fot.Miłosz Dąbrowski

Przy zanurzonej części dziobu, gdzie woda oraz lód „pootwierał” grubą blachę poszycia, jak puszkę z sardynkami, tworząc galerie otworów gdzie „światło” tańczy po kolorowych roślinach i gąbkach tworząc piękny spektakl.
Zerkam na manometr w butli - 50 bar, czas kończyć nurkowanie! Żegnam się z wrakiem i płynę do naszego jachtu „Selmy Expeditions”. Piotr Kozdryk

Piotr Kozdryk
2019-01-26
Wyspie Enterprise
Selma zacumowana do wraku fot.Miłosz Dąbrowski

Hej, to znowu my. Jesteśmy zacumowani do wraku Governoren, przy wyspie Enterprise.
Planowo, nie mieliśmy tutaj dopłynąć, ale zmiana planów wiąże się właśnie z pomocą zaprzyjaźnionemu jachtowi. Mamy podjąć grupę górską, składającą się z 6 osób, które spędziły 40 dni wędrując przez plateau Półwyspu Antarktycznego. Nasze zadanie i pomoc, polega na przewiezieniu tych ludzi na jacht w bazie Gonzalez Videla. Kilka dni temu Piotr, wkręcił nas, że pomocy potrzebuje grupa cheerlederek, trenujących tutaj w okolicy, więc bez wahania się zgodziliśmy. Dzisiaj, nie mamy wyjścia, prawda wyszła na jaw, więc pomóc starszym Panom musimy... :)
Kończąc żarty (możecie się tylko domyślać, że nasze głowy nie mają tu lekko), dzisiaj nasz dzień powoli dobiega końca, a był oczywiście bardzo intensywny. Zrobiliśmy dwa nurkowania na wraku statku przetwórni wielorybniczej, który spoczywa w zatoce od 27 stycznia 1915 roku!!! Wyobraźcie sobie, że po ponad 100 latach w ładowni (musieliśmy oczywiście tam zajrzeć) cały czas znajdują się pływające pod sufitem beczki wypełnione zestalonym tranem.
Choć woda zimna, nasze zanurzenia trwają prawie godzinę.


Ślimak nagoskrzelny fot. Bartosz Pszczółkowski

Nie sposób nie przywołać jednak dnia wczorajszego. Przez wieloryby, nasza droga z Port Lockroy wydłużyła się ponad dwukrotnie. Przy niemal bezwietrznej pogodzie, w towarzystwie słońca, grafitowych szczytów, pokrytych w większości czapą śnieżną, omijając góry lodowe obserwowaliśmy mnóstwo żerujących humbaków. Długo obcowaliśmy ze stadem orek, widzieliśmy także słonie morskie oraz oczywiście wszędobylskie pingwiny. Wszędzie zarządzaliśmy pit stop, na fotografowanie, drony i kamery. Stąd dopłynęliśmy do nowego miejsca dopiero po 3...


Widok na cieśninę Gerlachafot.Miłosz Dąbrowski

Taka jest właśnie Antarktyda. Ciężko znaleźć słowa żeby Wam to opisać. Wieloryby były tak blisko, że niemal ocierały się o Selmę, kilka razy chlapiąc mój sztormiak i kalosze (siedziałem na koszu dziobowym).
Może i obiecaliśmy te relacje częściej, regularniej, ale uwierzcie, nie ma kiedy ich pisać.
Kończę, bo muszę lecieć robić zdjęcia, bo metr od pokładu wydurnia się jakaś foka. Mam już zakwasy od aparatu, ale cóż... Trzeba działać.


fot.Miłosz Dąbrowski

Pozdrawiamy wszystkich czytających.
Darek, pozdrawia Beatę i chłopaków.

Miłosz Dąbrowski
2019-01-25
Selma
W trakcie rejsu, na Selmie realizowany jest autorski "Projekt Antarktyka", artystyczno-edukacyjny (fotograficzno-rysunkowy), o skrajnie dwoistym obliczu. Efektem mają być dwa, zupełnie różne dzieła, które mają się jednak dopełniać i stanowić komplementarną całość. Kolekcjonerski album fotograficzny i ilustrowana książka dla dzieci.

www.antarktyka.info

.
2019-01-24
Port LockroyWitajcie po krótkiej przerwie. Krzysiu mówi, że trzeba nam dawkować wrażenia. Ostatnie dni były po prostu jak nierealny sen. Mało odpoczynku, duuużo fotografowania, i totalnej ekscytacji otaczającymi nas widokami. Gigantyczne góry lodowe, księżyc w pełni, a my na Selmie slalomem pomiędzy nimi. Cofnijmy się zatem do 21 i 22.01.


Przygotowania sprzętu fot.Miłosz Dąbrowski

Dotarliśmy do wysp Melhiora 21.01 ok godziny 22. W końcu ta Antarktyda!!! Cel osiągnięty. Zabójcze widoki i klimat. Jak Japończycy..., filmujemy, fotografujemy wszystkim co mamy i to na raz. Długo nasycamy się pierwszym kontaktem z mistyczną i magiczną Antarktydą. Kładziemy się późno, bo ogarniamy jeszcze tego wieczoru ponton. Rano, zaraz po śniadaniu bierzemy się za przygotowanie sprzętu nurkowego. W samo południe jesteśmy gotowi i wykonujemy pierwsze nurkowanie - yeahhhhh. Woda miała 2 stopnie, widoczność do 5 metrów w porządku, potem woda bardzo zmącona, ale od 15 metrów wraca dobra wizura. Życie w tych zimnych antarktycznych wodach jest wolniejsze, ale też bardzo urozmaicone. Spotykamy duże ślimaki nagoskrzelne (białe i bladopomarańczowe), purpurowe rozgwiazdy, wielkie białe robaki, pojedyncze ryby, i ogromną ilość ślimaków ze skorupkami.


Entaculate ctenophore fot.Bartosz Pszczółkowski


Flabelligera mundata fot.Bartosz Pszczółkowski


Rozgwiazdy fot.Miłosz Dąbrowski

Na powierzchni kra a na krze foczka kompletnie mająca nas w ... poważaniu. Dopiero kiedy kra zdryfowała bliżej, foka znika.
Dzień dosłownie nam uciekł, a słońce nie chciało zajść. Drony poszły w powietrze i udokumentowały okolice zapierającymi dech w piersiach ujęciami, które pomogły nam w nawigacji.
Obiad to była prawdziwa wyżerka. Steki z argentyńskiej wołowinki Adam wysmażył rewelacyjnie, Karola zrobiła zaje ... suróweczkę. Usiedliśmy wszyscy razem do stołu i nawet rozlało się wino. Mmmmm, na twarzach zagościły uśmiechy i zadowolenie, powoli wymazując wspomnienia morskich dolegliwości sprzed jeszcze kilku, kilkunastu godzin. Wspólne jedzenie zdecydowanie zbliża i poprawia morale całej załogi.
Czas ruszać ku nowej przygodzie. Około 24 podnosimy kotwicę i ruszamy w kierunku Couverville, gdzie mają czekać na nas pingwiny, zgrupowane w koloniach. Podczas płynięcia jak zwykle Pszczoła, Zambu i Miły pod pokładem jeszcze zgrywają zdjęcia, kiedy rozlega się wołanie Kapitana - wielorybbbbb! Wielki humbak wynurzał się w kolorach zachodzącego słońca.


Whale waching fot.Miłosz Dąbrowski

Kładziemy się ok 3 a o 5 30 pobudka już w nowym miejscu. Wszyscy lekko poddenerwowani wyskakujemy na pokład, wbijamy się w suchary i robimy desant na fotografowanie pingwinów spod wody. Skubańce szybkie są i niewiele udaje nam się ustrzelić migawką. Zabawa trwa dobre kilka godzin, więc spokojnie możemy zaobserwować zwyczaje i zachowanie tych urokliwych zwierzaków. Po tym Miłosz z Darkiem idą na nura fotografować górę lodową, która cały czas się przemieszcza i odpływa od Selmy. Przed 13 podzieleni na grupy płyniemy pontonami do kolejnej pingwiniej kolonii, tym razem mamy wyjść na brzeg i zbliżyć się do pingwinów Białobrewych naprawdę blisko.
Faktycznie stanęliśmy oko w oko z grupą ok 10 tyś. osobników. Pingwiny nic nie robiły sobie z naszej obecności, my nie wchodziliśmy im w drogę, a one po prostu robiły swoje. Uroczo wskakiwały do wody płynąc na swoją krylową wyżerkę, jeszcze śmieszniej i zgrabniej z niej wyskakując. Spacerowały potem do swoich gniazd, karmiły młode, podkradały sobie kamienie i czasem darły się głośno. Wszystkiemu towarzyszył nieprzyjemny zapach ich guano.
Wracając z koloni obserwujemy zmianę pogody. Znika towarzyszące nam słońce, więc płyniemy dalej. Zmieniamy też nieco plany, bo jeden z zaprzyjaźnionych jachtów ma kłopoty. Ruszamy więc z pomocą, ale jest to już opowieść do nowej relacji.
Po drodze obserwujemy kilkanaście wielorybów. Robią nam takie show, że jesteśmy na pokładzie, aż do przemarznięcia. Latamy dronem widząc je z góry, Krzysiek fotografuje je z bocianiego gniazda, a reszta z pokładu Selmy.
Wieloryby nic sobie z tego nie robią, jedzą sobie dalej kryla w zatoce Anvord Bay.
Dzisiaj jeszcze w stolicy Antarktydy czyli Port Lockroy (gdzie Krzyś dopłynął o 5:50) mamy odwiedzić lokalną cepelię z pamiątkami, a królem zakupów zostanie pewnie Jacuś :).
Podsumowując, nie mamy tu w ogóle wolnego czasu, obserwacja i dokumentowanie tego co tutaj widzimy, a także konieczne czynności towarzyszące naszej wyprawie zajmują tyle czasu, że momentów na sen jest niewiele.
I dobrze, bo to co daje Antarktyda warte jest każdych pieniędzy i wszelkich wyrzeczeń!

Dział pozdrowień:
Andrzej pozdrawia Zebrę :), jest zdrowy (już) i zadowolony, a nurkowie pozdrawiają Wieśka Zahora bo jego produkty Sea Wolf, a szczególnie ocieplacz daje nam możliwość długich ekspozycji podwodnych bez przemarzania... No i generalnie wszyscy pozdrawiamy Was cieplutko, bo mimo niskiej temperatury nie marzniemy tutaj za bardzo.

Załoga Selmy
2019-01-22
.
A w Tatrach szkolenie ekipy lądowej przed marcowym rejsem na Antarktydzie. #szkolawspinaniakilimanjaro


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


.
2019-01-21
Drake

Płyniemy i płyniemy. To już piąta doba rejsu. Za nami już 615 mil morskich i do lądu pozostało jedynie ok. 50 mil. Z niecierpliwością wypatrujemy lądu. Spostrzegawczy sternik Pampers ok. 11 30 wypatrzył pierwszą górę lodową. Od momentu wypłynięcia z Ushuaia totalna cisza i pustka. Kilka dni temu minęliśmy spory wycieczkowiec, a wczoraj niczym fatamorgana przepłynął obok nas jacht na żaglach wilekości Selmy. Poza tym dzisiaj po północy wachta zauważyła kilka wielorybów. A tak tylko ptaki - ku uciesze Wojtka (Albatrosy i Petrele) oraz bezkres rozhuśtanego oceanu. Niesamowite jest uczucie, kiedy każdy z nas po kolei steruje Selmą. Szczególnie w nocy. No właśnie, nawet w nocy nie jest ciemno, co jeszcze bardziej podkreśla daną nam tutaj niesamowitą atmosferę. Uczucie po prostu nie do opisania.
Uczymy się sporo, wiemy już co to samotność, cierpliwość i odroczona w czasie realizacja celu. Hartujemy się nie na żarty. Żyjemy tu w niewygodach, bez ciepłej wody, prysznica i innych codziennych, ułatwiających życie rozwiązań i przedmiotów. Śpimy w ciasnych kojach, ubrani w kilka warstw wełny, szczelnie okryci śpiworami. Buja nas cały czas i naprawdę tęsknimy już za flautą.


Z chorobą morską jesteśmy jednak już za pan brat. Coraz częściej rozbrzmiewa polska rockowa muza i dowcipne rozmowy. Nie chorujemy. Czuć, że cel coraz bliżej. Co będzie dalej, nieważne.
Czekamy na obiad, który przygotowuje Darek. Od czterech dni w wyniku zamian wachty kambuzowej, na zwykłą osiadł w kuchni na dobre. Nikt do gotowania się raczej nie kwapi. Rozpieszcza nas on zmyślnymi daniami, ale trzeba tu dodać w jakich warunkach pracuje. Powierzchnia kambuza to 1 m kwadratowy, kilka szafek i tak skonstruowana kuchenka, która potrafi wychylać się wraz z falami nawet ponad 45 stopni w każdą stronę. Ciekawe jak w tych okolicznościach poradziliby sobie telewizyjni miszczowie patelni...
W głośniku "Mniej niż zero", w garnku wołowina, w głowach przygoda!

Nie zanudzamy, damy znać pewnie już z Antarktydy. 21.01.2019 r. godzina 1637 polskiego czasu...

PS Buziaki dla Lucynki i synusia Kubusia, Luneczki i Loczka od Jacusia, i co staje się już nudne całusy od wciąż kochającej Karoliny dla Andersa. Pura Vida!

Miłosz
2019-01-20
Drake

Jest 0220 i właśnie schodzę z wachty, Miły za sterem a tu szkwałek za szkwałkiem. Niebo szarawe, noc przestała istnieć, a my 5 węzłów i na południe kursem 180 stopni. W dzień przekroczyliśmy 60 stopień co oznacza zmiany temperatury wody oraz powietrza, czerwone nosy dają nam o tym znać (strefa konwergencj).
Wielki Oceanie Południowy witaj.



Do celu zostało nam 236 mil morskich w linii prostej jednak wszyscy sterujemy, wprawiamy się w kunszcie żeglarskim co powoduje, że płyniemy lekkim szlaczkiem. Kapitan mówi, że może to wydłużyć rejs nawet o 30 procent. Jak przywieje zabawa jest niesamowita i trudno utrzymać kurs.
Choroba morska w większości opanowana. Czas płynie szybko na wachtach i w kambuzie, czyli naszej pokładowej kuchni, która zdobyła już swoich zwolenników ale i wrogów. Darek okazuje się mistrzem patelni a Pampers mu wtóruje. Choroba morska dopada najczęściej właśnie w kambuzie, a tych dwóch dzielnych chłopaków najlepiej tam sobie radzi.



Zaczynamy wypatrywać wieloryby i ekscytujemy się opowieściami kapitanów o napotkanych we wcześniejszych rejsach stworach. Przy pomyślnych wiatrach jeszcze troszkę ponad doba i będziemy dobijać do półwyspu antarktycznego.
Każdy już powoli myśli o lądzie i o tym jak ciekawie będzie na niego zejść po tygodniu na wodzie.
Wszyscy zdrowi i pełni emocji nabieramy sił na podbój antarktycznych terenów.

PS Wojtek śle pozdrowienia i uściski dla Żony, Dawidka i Emilki.
Pampers ściska gorąco swoją rodzinkę.

Bartosz Pszczółkowski
2019-01-18
Drake

Po dosyć intensywnych przygotowaniach i ostatnich pożegnaniach z rodzinami, nieco przerażeni w końcu ruszamy. Początkowo na silniku, potem stawiamy żagle i płyniemy przez kanał Beagle'a w kierunku Antarktydy. Zajmuje nam to niecałą dobę, i to jest dobry czas. Podzieleni na wachty spełniamy swoje obowiązki, sterujemy i gotujemy i odpoczywamy. Zapowiada się piękny rejs.
Towarzyszą nam fantastyczne zwierzaki foki, ciekawskie pingwiny magellana i wszędobylskie ptaki.
Na nocnej wachcie Jacek zauważa stado delfinów towarzyszące nam aż do godzin południowych. Wtedy pojawiają się też pierwsze "pawie". Morze złamie najtwardszych, łamie i kilku z nas.
Mijamy ostatni widoczny ląd, a stan morza wzrasta. Łódka łapie przechyły nawet powyżej 45 stopni, robi się coraz trudniej. Nie łatwo gotować, nie łatwo jeść, nie łatwo się przemieszczać, nie wspominając o obowiązkach wachtowych. Zaczynamy spełniać marzenia... Jeszcze 4 może 5 dni i dopłyniemy. Łatwo nie będzie, ale nie mamy zamiaru płakać. Piotr, Krzysiek i Adam czuwający 24 h na dobę pomagają nam w trudnych sytuacjach. Ich profesjonalizm i ogromne doświadczenie każą nam trzymać fason...
Jest godzina 16 35 (w Polsce 20 35) dnia 18.01.2019 r., do tego czasu pokonaliśmy 236 mil morskich, do pierwszego znowu lądu (Melchior Island) mamy jeszcze ok 400 mil.





Powoli oswajamy się z chorobą morską i żeglujemy dalej.
Załoga Selma Expeditions 2019 w składzie:
Karola
Jacol
Miły
Dario
Wojtas vel Zambu
Bart vel Pszczoła
Piotras vel Pampers
Andree
Roman Ukrain

PS Jacol przypomina o życzeniach "Jakub powodzenia na studniówce " reszta załogi się dołącza.
Pszczoła śle pozdrowienia dla Córki wikinga i jej Mamy


Pszczoła i Miły