Tel. sat. iridium: +881621440894.

Satellite messages: http://messaging.iridium.com

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2018-10-09
itajai - ushuaia
Itajai - Puerto madryn - Isla de los Estados - Ushuaia
5 wrzesień - 6 październik 2018































.
2018-09-30
Puerto Parry, Isla de los Estados
Nie oczekuj za dużo od słabych wiatrów mówią. No i pewnie mają rację. Ale jak tu nie oczekiwać jak się człowiek na południe spieszy? No właśnie wtedy się oczekuje najbardziej: że powieje z dobrego kierunku, że mocno powieje, że chociaż powieje w ogóle, że może skoro już nie wieje, to przynajmniej przeciwnych prądów nie będzie. No myślenie życzeniowe to było wszystko. Bo wiać z sensem nie chciało. Dużą część wyjących pięćdziesiątek spędziłem głównie wyjąc z frustracji, potęgowanej zerkaniem na ubywające paliwo. Jedyne co nam osładzało codziennie życie, to widok delfinów, które bawiły się obok nas, coś klikając czasami. Próbuje uczyć się delfiniego, ale idzie mi jeszcze opornie. Patrząc na inteligentne i uśmiechnięte pyski, mam wrażenie, że mogę popełniać kardynalne błędy i mówić rzeczy niemądre. Przypomina mi się zawsze wtedy cytat z „Autostopem przez Galaktykę”, który podejrzałem u Błażeja (niestety nie spotkamy się jak liczyłem w Ushuaia, przyjeżdża Błażej chwilę po moim wyjeździe): „Rzeczą ważną i powszechnie znaną jest, że nie zawsze wszystko jest tak, jak się wydaje. Na przykład na planecie Ziemia ludzie zawsze uważali, że są bardziej inteligentni od delfinów, ponieważ tyle udało im się osiągnąć - koło, Nowy Jork, wojny i tak dalej a wszystko, co kiedykolwiek osiągnęły delfiny, to beztroskie moczenie się w wodzie. I na odwrót, delfiny zawsze uważały, że są znacznie bardziej inteligentne niż ludzie - z dokładnie tych samych powodów.”

I tak czytając, jedząc, wachtując, śpiąc i prowadząc niekończące się rozmowy, wsparte drobnymi złośliwościami mknęliśmy z mizerną prędkością na południe. Czasami prędkość spadała, jak wtedy, gdy kilkadziesiąt mil od przylądka Cabo Blanco zatrzymał nas silny prąd. Ale potem się zmienił i znów płynęliśmy szybciej, czasami stawialiśmy żagle, głównie jednak czekaliśmy na wiatr. Okoliczne ptactwo się z nas nabijało. Ruch statków niewielki, więc byliśmy skazani na wesołą naturę. Wiatr w końcu przyszedł, ale na krótko. 38 godzin żeglowaliśmy baksztagami robiąc po 170 mil na dobę, ale na 100 mil przed Isla de los Estados wiatr znowu siadł. Zostawił jednak po sobie przykrą, dwu metrową falę. I presję czasu, gdyż na sobotę rano, najpóźniej, mieliśmy się stawić od północnej strony na kotwicowisku. Zbliżał się silny sztorm z południowego zachodu. A tu znowu silnik, fala, przeciwne prądy, niepewność, czy zdążymy do wąskiego przesmyku w bramkach pływowych i co za nim zastaniemy. Moment wynurzenia się Isla de los Estados z mgły był spektakularny.

Dla takich chwil warto żeglować. Ciemne, porośnięte powykrzywianymi drzewami szczyty. Ośnieżone, ostre, ponacinane głębokimi dolinami. My kierowaliśmy się do Puerto Parry, głębokiego fiordu, który okalają pionowe ściany z olbrzymim wodospadem. Jest tam bezpieczna boja, bo na kotwicę trochę za głęboko, i stacja Prefektury. Po krótkich negocjacjach dostajemy zgodę na zacumowanie. Płyniemy na ląd poznać się z dwiema parami i psem. Spędzą tam 20 dni, są mili, pytają, czy potrzeba nam wody, narzędzi (to główne pytania z niewielu jachtów, które odwiedzają to miejsce), zabierają na wycieczkę. Jedyna możliwość, bo pogoda się zaraz popsuje. Wręczamy im Żubrówkę, oni nam kawę i dulce de leche. Na Selmie ciepło, ogrzewanie działa, bierzemy kąpiele, jemy, świętujemy urodziny młodego Mateusza. Patrzymy na piękne, zielono brązowe szczyty, na skały, na wodę spadającą do zatoki. Jeszcze chwila i to wszystko się zmieni.

W nocy przychodzi sztorm. Zatoka jest świetnie osłonięta, ale przez cała noc i następny dzień schodzą do niej gwałtowne szkwały. Nawet pod 80 węzłów. Ciężko ustać. I przynoszą śnieg. I lód. Selma bardzo szybko się nimi pokrywa. Podobnie jak wszystko dookoła. Widok zarówno zapiera dech w piersiach jak i przeraża. Pilnujemy się cała noc-czy liny się nie przecierają, czy zmieniający się o 180 stopni wiatr nie pchnie nas boje, wdychamy zapach zimy. W środku nocy znajduje małego petrela na nadbudówce, wydaje się przemęczony. Zabieram go do środka. Boi się. Wypuszczam na rufę. Ale zaraz wraca i czeka pod drzwiami. W wysłanym pudełku, chroniony przed światłem przejedzie z nami sztormowa noc w nadbudówce, gdzie mam pokój z widokiem (teraz gorszym bo szyby w śniegu i lodzie) i odleci dopiero nad ranem, kiedy wszyscy śpią, Adaś z Tomkiem wachtują, a ja zerkam na Selmę i piszę relacje.

Pijemy kawę za kawą. Szczęśliwi że na boi, bo w morzu musi być po prostu źle teraz. Jeszcze postoimy tu chwilę, rozkoszując się surowym pięknem Wyspy i ruszamy na Horn.

Mat i załoga
2018-09-28
Atlantyk
Z Itajai do Puerto Madryn
Powiedzieć, że zatoka Golfo Novo, na której zachodnim krańcu znajduje się Puerto Madryn, jest fantastyczna, to nic nie powiedzieć - parafrazując znanego pisarza. Wszyscy byliśmy oniemiali. Ale zanim to nastąpiło musieliśmy przecież tam dotrzeć. Po wypłynięciu z Itajai nasze losy układały się nad wyraz spokojnie, jak na jeden z bardziej wietrznych rejonów. Nawet niepokojąco za spokojnie. A później nawet frustrująco za spokojnie. Po słabych wiatrach pierwszej doby, które jednakowoż umożliwiły aklimatyzację i odpoczynek, postawiliśmy wszystkie żagle i wesoło, połówką, a potem baksztagiem pomknęliśmy na południe. Życie, jak to na łódce, dzieliliśmy między wachty, niezliczone kawy i herbaty, dogadzanie sobie jedzeniem i smakołykami, trymem Selmy i drobnymi pracami naprawczymi. Okna na przykład są tak wypolerowane, że można pomyśleć, że ich nie ma. Pojawiały się też książki (Ja np. skończyłem Elegię dla bidoków i połknąłem fantastyczną książkę o ośmiornicach - The Soul of Octopus: Surprising Exploration into the Wonder of Consciousness - Sy Montogomery), muzyka i rozmowy o wszystkim. Tematy nam się jeszcze nie skończyły. Niestety przestał pojawiać się wiatr i tak ostatnie dni przed Puerto Madryn płynęliśmy głównie na silniku w gęstej mgle, która to przychodziła, to znikała. Radar był nieoceniony, ale spotkań na wodzie na szczęście mało. No poza codziennymi, nocnymi spotkaniami z delfinami, niezliczoną ilością fok, kilkoma wielorybami i najróżniejszymi ptakami. Ilość życia na tych wodach jest niesamowita. Jeszcze bardziej niesamowita okazałą się być zatoka Golfo Novo, miejsce rozmnażania się Southern Right Whales - Eubalaena australis. Te cudowne, spokojne i ciekawskie olbrzymy pojawiały się już od wejścia: samce, samice z młodymi, pływając blisko łódki. Do tego radosne gromadki delfinów, lwy morskie, petrele. Raj.

We wtorek 18.09 rzuciliśmy kotwicę w Puerto Madryn. Nie ma tam żadnej jachtowej infrastruktury, ale kotwica trzyma dobrze. Po niezbyt uciążliwych formalnościach w Prefekturze, Cle i wizycie u oficerów imigracyjnych podjęliśmy dwóch Tomków i po krótkim zwiedzaniu wszyscy poszliśmy spać. Następny dzień przeznaczyliśmy na organizację: pranie, zakupy, paliwo (to ostatnie było niezłym wyzwaniem, ale zakończyło się sukcesem. Beczki, ponton, trochę wysiłku) i załatwienie czwartkowej wycieczki do Puerto Piramides i na Penisula Valdes gdzie skupiska wielorybów są największe.

Samo Puerto Madryn jest dosyć uroczym, turystycznym miasteczkiem z niezliczoną ilością knajp i restauracji, hotelami mniejszymi i większymi i ogromną ilością biur turystycznych. Wszystko to umieszczone w dosyć surowym krajobrazie, w zatoce, gdzie kierunki wiatru zmieniają się parę razy na dobę. Byliśmy tam jedynym jachtem, więc szybko zaprzyjaźniliśmy się z całą okolicą. Łącznie z lwami morskimi, które czasami tarasowały nam drogę z pontonu, przez schodki na górę mola Piedra Buena. Molo rozbudowują i niebawem będzie mogło pomieścić dwa, wielkie wycieczkowce. Mariny natomiast nie ma nigdzie, poza planami na papierze.

Wycieczka na wieloryby była oczywiście wspaniała - najpierw samochodem wzdłuż zatoki, a potem ribem prosto do wielorybów - były tak blisko, że prawie można było je głaskać. Ja niestety znam to tylko z opowieści - zostałem pilnować Selmy na kotwicy. Nie rozpaczałem jednak długo, gdyż wtedy gdy nasza 8 osobowa grupa wsiadała do riba, ja wskoczyłem do pontonu - tuż obok naszej Selmy pływały dwa, piękne wieloryby. Też je miałem na wyciągnięcie ręki. Bardzo ciekawskie, z zainteresowaniem się obserwowaliśmy przez dobre dwie godziny. Żałuję, że nie mogłem z nimi ponurkować, ale na to też przyjdzie czas.

Potem już została nam tylko ostatnia kolacja przed wypłynięciem, drobne zakupy, ostatni internet i już nas nie było, w zmieniającym się wietrze ruszyliśmy ku wyjściu z Golfo Novo, odprowadzani przez morskich mieszkańców i czujną kontrolę Prefektury, która wołała nas na radiu co godzinę. Nasza droga znów wypada na południe w kierunku Isla de los Estados. Zobaczymy co przyniesie nam pogoda tym razem.

Z pokładu Selmy uściski,

Mat i załoga.

.
2018-09-09
Atlantyk
Sporo się wydarzyło, między moim zejściem z Selmy na początku lipca, a wejściem chwilę później. Po pierwsze nie spodziewałem się, że tak szybko będę znowu na swoim ulubionym jachcie. Po drugie załoga remontowa wykonała ogrom niesamowitej pracy. Nie zostało im dużo czasu na wodospady i atrakcje okolic Itajai, ale za to pod czujnym okiem kapibar powstała zupełnie nowa, piękna, jasna i przestrzenna rufa. No i Narnia wygląda jak miejsce z zupełnie innej niż poprzedniom bajki.

Do tego doszło oczywiście tysiąc przewidzianych i nieprzewidzianych drobiazgów. Czas przed wypłynięciem był więc gęsty, usiany zmienną pogodą, ale też uroczym towarzystwem Kat z Icebird’a i Brisa z Podorange. Itajai zrobiło się przystanią antarktycznych żeglarzy i wszyscy żegnaliśmy się ze śmiechem umawiając się na lipiec. Tymczasem czując pośpiech na plecach ale też nie wiedząc w co ręce włożyć, jak to zawsze jest na końcu każdego, jachtowego, remontu przełożyliśmy nasze wypłynięcie na piątek 07.09. Tak. W piątek się nie wypływa. Chyba, że się człowiek śpieszy. A wiadomo co się wtedy wydarza./ Rzeczywistość oczywiście zweryfikowała nasz pośpiech i drobna usterka spowodowała, że minęliśmy wysoką wodę, a w Itajai jest płytko, i jednak wypłynęliśmy w sobotę. Artur, zawodowy operator podwodny i nurek, zszedł pod Selmę i pomógł wszystko poskładać od spodu w zupełnie nieprzejrzystej wodzie, którą rzeka wnosi do mariny. Żeglarskie przesądy, jakkolwiek raczymy je bagatelizować jako ludzie światli i nie wierzący w zabobony, w uroczy sposób i za każdym razem nam o sobie przypominają.

Sobota minęła nam już zupełne gładko. W słoneczne popołudnie obraliśmy kurs na południe, mijając nieprzebrane zastępy rybaków. Pierwsza doba była zaskakująco łagodna - po prostu nie wiało. Od kolejnej już zaczęliśmy nadrabiać. Selma, jak to Selma - pod pełnymi żaglami prowadzi się świetnie i z niewielkiego wiatru zmieniliśmy prędkości z 4 na 7 - 8, a nawet czasem 10 węzłów. Wystarczy jej nie przeszkadzać i wszystko wtedy przebiega jak najlepiej.

Życie jachtowe układa się spokojnie i komfortowo - Jurek wypolerował wszystkie szyby w nadbudówce, poprawiliśmy trochę drobnych rzeczy, a tak na co dzień cieszymy się słońcem i lekkim wiatrem wyjących pięćdziesiątek. Przypomniały nam o sobie ostatniej nocy, kiedy wiatr zmusił nas do refowania grota i zmiany przedniego żagla. Tylko po to, żeby parę chwil później, ledwo po tym jak zdążyliśmy odsapnąć, wrócić do pierwotnego zestawu.

Co noc za to przypływają delfiny, czasem płetwami machnie foka, ptaki badawczo się nam przyglądają, a my płyniemy w kierunku Argentyny i wielorybów, rozmawiając, jedząc i czytając. Jeżeli szukacie książki na jesień, to sięgnijcie po Barbarian Days: A Surfing Life - Williama Finnegana - o jego dorastaniu na Hawajach, surfingu i wielu innych. Fantastyczny opis świata którego już nie ma i miłości do oceanu. A jeżeli wolicie coś bardziej związanego z jachtami, to jest nieoceniony John Kretschmer i np. Flirting with Mermaids,

Tymczasem wracamy do relaksu. Niepokojącego wręcz w porównaniu z ostatnim pływaniem, więc podchodzę do niego ostrożnie, choć z nieskrywaną radością. W końcu zmierzamy w kierunku lata południowej półkuli na ukochanym jachcie.

Uściski od całej załogi:
Mat (skipper), Jurek, Marta, Mat (nie skipper), Adam i Artur.



.
2018-09-08
Itajai
Czas w Itajai minął jak z bicza trzasł - czy jakoś tak. Nie było lekko - co tu gadać. Kawał roboty udało nam się zrobić, a reszta rzeczy do odnowienia - jak kambuz /czyli kuchnia/ czy nawigacyjna zostaje na przyszły rok - trudno. Rufę nieco zmieniliśmy. No właściwie wygląda jak nowa - nie, ona po porostu jest nowa :). Koje zwężone, w dwóch kabinkach na burtach fajne i poręczne szafeczki, zlikwidowaliśmy jaskółki, w Narni jest więcej miejsca, są nowe drzwi, a zlew ma piękną obudowę, - hand maid by Jurek. Ostatnie dwie kabinki doczekały się w końcu ściany i drzwi. Obawialiśmy się bardzo czy nie będzie za ciasno, ale wyszło wszystko dobrze, a kabinki są przytulne i ma się więcej prywatności. Tak na prawdę lista rzeczy zrobionych jest baardzo długa - ale nazwijmy to drobiazgami. Pontony po totalnej renowacji, żagle zszyte, rdza wyczyszczona gdzie tylko się dało, podmalowania i czyszczenia nie było końca.

Na początku września przyjechał nasz skipper Mateusz razem z Arturem. To miła odmiana i w samą porę. Końcówka jak zawsze jest trudna i stresująca - więc przybyli nam z odsieczą. Na sam koniec, jak zawsze, wyskakują niespodzianki więc dobrze, że nie walczyliśmy z tym sami.
Teraz czas na sprawdzenie czy wszystko działa. Czekamy na wysoką wodę, tankujemy i ruszamy na dół, do Ushuaia. Czas już.

Pozdrawiamy serdecznie
Mateusz Skipper :), Artur, Adam, Jurek, Mateusz - NieSkipper i Marta



Skipper Mateusz :), w tle: sprawdzamy kamizelki. w drugim tle: jesteśmy w drodze do ładu i składu.



Powoli zamieniamy się ponownie w Selmę. Żółciutki namiot zniknął, za chwilę nie było też i naszego stołu /mojej dumy/.



Na Artura padły prace podwodne. Dobrze, że mamy zawodowego nurka w załodze.



Ostatnia noc w Itajai.



.
2018-08-29
ItajaiW Itajai robota gotuje nam się w rękach. Rufy nie poznacie, Narni też. Kto był ten wie o czym mowa, kto nie był to tylko powiem, że nazwa Narnia jest jak najbardziej adekwatna do sytuacji, w której znajduje się osobnik udający się do toalety. Nie każda bowiem toaleta zrobiona jest w starej szafie.

fot. MG



Selma - Gipsy boat :)



Jurek dzielnie walczy.



Jak wam się podoba nasz namiot? To wszystko czeka na zagruntowanie i malowanie.



Na dole. Porządek po szychcie.



Poproszono żebyśmy się przestawili na inne miejsce. Oficjalny powód - miescówka potrzeba dla kogoś innego... Nasz przyjaciel Brice z sąsiedniej łódki Podorange, która także pływa na Antarktydę, zgodził się kapitanować podczas tego manewru :)



Nasz sąsiad.











Dwa tygodnie temu. Zasłużony odpoczynek.



Test pontonu po renowacji i silnika. Niedzielna wycieczka na sąsiednią plażę.



.
2018-07-24
Selma ItajaiPozdrowienia z Itajai!

Zamilkliśmy na „trochę” – za co przepraszamy. Ogarnianie Selmy po sezonie to niezły kawał roboty , a drugi kawał to przygotowanie jej do sezonu. Naprawy, zorganizowanie się w mieście – przedeptanie ścieżek do sklepów –gdzie i co można kupić itp. itd.
Nieocenioną pomocą jest dla nas Brice – skipper Podorange - nasz przyjaciel z Ushuaia i Antarktydy, który jest z nami w marinie przy tej samej kei i zna już teren, a także nasza opiekunka z Marina Itajai - Natasha Secchi – nasz anioł, który ratuje nas z różnych opresji, załatwia papierologię i pomaga przebrnąć przez zawiłości dość rozbudowanej administracji. Natasha – muito obrigada!!!!
A tymczasem Piotr, zanim wrócił do Polski, musiał przygotować i zrobić przegląd jachtu po sezonie, zreperować roler foka, dopilnować naprawy stopy naszego bezanika i przypilnować masę innych spraw.
Tak, tak. Maszt bazana wylądował na kobyłkach, ale jest już z powrotem na swoim miejscu i zadowolony sobie stoi i czeka na dociągnięcie want. Spaw dojrzewa :) i ma się dobrze.
A my wywaliliśmy prawie wszystko na dek. Liny opłukane – czekają,aż zrobimy poprawki malarskie i inne prace w achterpiczku, z forpiku podobnie sporo wyleciało wietrzyć się i wygrzewać na słońcu... i namakać niestety wieczorem. Wilgoć jest tu nie do opisania.
Ale, ale na dole też się sporo dzieje. Przy dźwięku piły, frezarki, i innych maszyn stolarskich Jurek przerabia "nieco" rufę. Zwęża koje, przerabia szafki, coś tam likwiduje, postawi ścianki i wstawi drzwi. Jedne koje podnosimy, a inne obniżymy, żeby na dole było mniej trumiennie. Będzie mnie wspólnej przestrzeni, ale za to więcej prywatności.
Mamy nadzieję, że tym razem zdążymy i wykończymy wszystko tak, że mucha nie siądzie – trzymajcie kciuki. Roboty jeszcze mnóstwo.
Przy okazji niedzieli udało nam się dwa razy wyskoczyć za miasto. To ważne, żeby trochę przewietrzyć głowę, ustawić sobie wszystko jeszcze raz i od poniedziałku ruszyć z kopyta. Dziś zostaliśmy w mieście. Pewnie zaraz rozejrzymy się po okolicy. Generalnie to ciekawe miejsce. Rano i wieczorem ludzie gremialnie biegają i ćwiczą. Dziś rano na ścieżce peletony rowerzystów – jak w Warszawie w niedzielę na trasie do Powsina, tyle że dziś na zewnątrz chłodno i bez słońca - pochmurno jakby był już wieczór - a nie jest, bo na zegarze 1240 więc do zapadnięcia zmroku mamy jeszcze niewiele ponad 5 godzin. ( Tak, dzień tutaj bardzo krótki - ok 7 robi się jasno, a o 6 jest ciemno - po prostu ciemno.)

pozdrawiamy wszystkich
Adam, Jurek i Marta.

fot. MG



Wietrzenie, mycie itp. Z forpiczku wyleciało prawie wszystko.



Nasza kochana "Gipsy boat". Uch przesadziliśmy z tym bałaganem. Ale jest już lepiej, o niebo lepiej. Adam przygotowuje się do przyasekurowania Jurka na maszcie.





Przed wyjściem do roboty.



Jedni pracują, a drudzy w tym czasie odpoczywają. Ale zapewniam was, że oni też mają swoją szychtę - tyle że w nocy. Wygląda na to że miasto zatrudnia kapibary do strzyżenia trawników. Nie widziałam jeszcze tak ładnie wystrzyżonych miejskich trawników.



fot. Natasha Secchi.



fot. Natasha Secchi. Przed nami :operacja maszt.



Operacja maszt.



Nad Itajai nadciąga mgła



Na zakupach. Fascynuje mnie wielkość rzodkiewek.







Pełnia dnia. Ciepło i sielsko gdzieś w dżungli.



Człowiek z buszu Po chwili zniknął w gęstwinie.



Banana Państwo sobie życzą?



.