Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2019-11-06
Kanał BeagleOd wyspy los Estados minęło już trochę czasu i sporo się działo.
03.11. o 09:53 z Pacyfiku na Atlantyk, lewą burtą minęliśmy Horn, płynąc wariantem chilijskim. Z początku dość spokojnie. Zdążyliśmy zrobić kilka zdjęć ze skałą i się zaczęło :) Warunki idealne do żeglowania, co 10 min zwrot, by szybko dopłynąć do Puerto Toro na kraby. Poranna delegacja do najbliższych kutrów i coś się znalazło na obiad.
Aktualnie wracamy do Ushuaia, choć wietrzne warunki na kanale Beagle’a spowodowały zamknięcie portów i nie chcą nas wypuścić z Puerto Williams.

Załoga Selmy
2019-10-28
Puerto Parry
Pod genakerem fot.Ewa

Z prędkością do 11 węzłów płyniemy dalej na południe. Jacht zachowuje się wyśmienicie na dużej fali. Załoga stanowi jedność. Przesympatyczna grupa zgranych ludzi. Do Isla de los Estados powinniśmy dotrzeć późnym wieczorem.

Włodek

No i po kilku zmianach żagli, duża genua, genaker itd, nocnym wejściu do fiordu zacumowaliśmy do boi w Puerto Parry. :)
Isla de los Estados zachwyca swoją zielonością a na boi oddajemy się słodkiemu lenistwu.

fot.Ewa


fot.Włodek

Piotr
2019-10-23
AtlantykPo 14 godzinnym postoju w Puerto Madryn, gdzie opuścili nas: Ola, Artur i Piotr, a dojachali: Włodek, Paweł, Adam i Arek oraz załatwieniu kilku formalności (co w sobotnie przedpołudnie w Argentynie nie należy do spraw prostych) i zaprowiantowaniu, wyruszyliśmy dalej.


Błyskawice fot.Wojtek Madej

Dziś mija 4 doba od podniesienia kotwicy, a na naszym rejsowym koncie kilka przygód: Szczęśliwie już pierwszego dnia w zatoce Golfo Nuevo przywitały nas wieloryby (a konkretnie Eubalaena australis) oraz lwy morskie i uchatki patagońskie.
W poniedziałkową noc trapiły nas przechodzące burze ze silnymi podmuchami wiatru z różnych kierunków. Początkowo czarna noc, z każdą godziną stawała się coraz bardziej rozświetlona licznymi wyładowaniami. Doszło do kilkunastu uderzeń na minutę, więc mieliśmy tutaj taki mały sylwester.
Przez 2 doby mieliśmy na pokładzie gościa, pasażera na gapę. Mały ptaszek otrzymał od nas pożywne wsparcie oraz świeżą wodę. Choć natura bywa łaskawa to tym razem podczas wietrznego dnia nasz pasażer odleciał (miejmy nadzieję).
Dziś gładki ocean i słaby wiatr, więc postawiliśmy dużą genuę, a na wieczór po prognozowanej odkrętce wiatru Piter zaplanował odpalić spinakera asymetrycznego.


Stawiamy spinaker fot.Ewa Madej


Trymowanie fot.Ewa Madej

Podążamy dalej na południe, do Isla de los Estados mamy trochę ponad 400 nm, a Horn kawałek dalej.
Z pozdrowieniami od załogi

eva&voy
2019-10-18
Atlantyk
Piosenką etapu do Puerto Madryn został zdecydowanie krystynojandowy kawałek "..bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie - moje prawo to jest pańskie lewo.." - jak się boleśnie przynajmniej dwa razy okazało, bywa on również piosenką sterników :) Do cech wymaganych od załogantów współistniejących w niewielkich przestrzeniach przez czas przekraczający - powiedzmy - trzy doby należy bezwzględnie zaliczyć odporność na paszcze i inwencję kolegów z nad- i podwacht. Wprawdzie wykonanie deseru w postaci bananów na gorąco, na maśle z bitą śmietaną (podziękowania za pomoc w tejże dla Wojtka i Ewy, nie cierpię ubijania śmietany), pomarańczami i orzechami pomaga w rozwodnieniu poczucia autoobciachu, ale go nie likwiduje :) auć.

Do celu może dwanaście godzin, może mniej - a zgodnie z króciutką tradycją trasy zobaczyliśmy jeszcze jedną wersję oceanu. Przed siódmą rano dość nieprzytomnie popatrzyłam w okno komnaty, czytaj luk w kajucie, jak to, tak zaparowało, biedny poranny mózg nie przetworzył danych na prawidłowe rozwiązanie, czyli mgłę. Sztormiak, kokpit,
Artur: "Dzień dobry dzień dobry, popatrz no dzioucha, dziób już widać". Gołębioszare mleko, mgła układająca się w różne kształty i osiadająca na rękach i na sterze drobnym chłodem. Po chwili - coraz większe płaty błękitu jak za cienką woalką, a po ósmej zaczęliśmy jechać znów w pełnym słońcu, większość załogi po świetnym śniadaniu na pokładzie, suszymy kurtki i rozprawiamy jedno przez drugie, "dnia oko pięknego" podnosi morale w trzy sekundy. Wczorajsza wachta wieczorna przypomniała mi rejs Szczecin-Ushuaia i flotę chińskich poławiaczy kalmarów, w ulewnym deszczu manewrowaliśmy między rzęsiście oświetlonymi kutrami przez dobrą godzinę; Mateusz, serdeczne pozdrowienia z tym wspomnieniem, to Twojego autorstwa był cudny tekst "okrążają nas małymi grupkami, po szesnaście sztuk" :)

Jutro z Arturem zsiadamy z ulubionego pokładu, zaokrętuje się czwórka załogantów do Ushuaia. Na pewno będzie mi jak zwykle różnych rzeczy brakować. Takich zachodów słońca jak na oceanie nie ma nigdzie. Rzadko zdarza się możliwość spokojnej obserwacji rozognionego krążka, powoli tonącego w falach - świadectwa obrotu naszej "small blue dot". W tym rejsie - mając szczęście do wacht świtowych i wczesnowieczornych - widziałam kilka wersji, w tym jedną żywcem jak z obrazów Beksińskiego, krwistoczerwoną kroplę na tle zapowiadajacej burzę stali. Ile razy zdarzyło się Małemu Księciu oglądać zachód słońca jednego dnia? Jak-że Pana, Panie Saint-Exupery, rozumiem... jedną żywcem jak z obrazów Beksińskiego, krwistoczerwoną kroplę na tle zapowiadającej burzę stali. Ile razy od współzałogantów w małych przestrzeniach :)) - kręcąc z początku nosem na cudaczne rozwiązanie można się było przekonać, że takie dwie godziny w pojedynkę w kokpicie sporo dają, poza niewątpliwym luksusem chwilowej samotności w ośmioosobowym składzie. Na przykład idealne poczucie tego, co tu i teraz - świecącego planktonu, ciągnącego się za "Selmą" niecodziennym kilwaterem; zgranego rytmu przechyłów i własnego ciała za sterem.

Jutro nowe miejsce. Ze spokojną pewnością, że za jakiś czas - oby nie za długi - znowu się będzie pisać relacje w kołyszącej się mesie.
Czego Wam wszystkim, drodzy Państwo, z całego serca życzę :)

Wasza

- Ola S







.
2019-10-16
Selma
Etap niby selmiańsko zadziwiająco krótki, takich tysiąc trzysta mil nasz okręt nosem na śniadanie wciąga - a Atlantyk zdążył pokazać nam przez tydzień większość swoich twarzy. Zaczęło się od krajobrazów jak z folderów reklamowych rejsów zaludnianych przez osoby wypisz-wymaluj wyjęte z marzeń Artura (lniane spodnie, mokasyny, pasiaste leżaki na decku, drinki z parasolką). Słońce, żwawa podróż baksztagiem, krótki rękaw za sterem. Po dwóch dniach "Zeus, Posejdon, czy inny facet z widłami", uznał, że łatwo jest przereklamowane. I się chłopak zmarszczył. Niebo zaszło stalą i ściegami bladofioletowych błyskawic po powierzchnię oceanu. Woda się podniosła. Ponoć w tych szerokościach krótkotrwałe a intensywne zjawiska pogodowe są normą. Straszyło, straszyło, żagle w górę, żagle w dół, aż walnęło z większą siłą. Przez prawie dwie doby jechaliśmy pod ciężkoszarym niebem przez ciemny ocean w okresowej burzy, zmywani na zmianę dziadami wchodzącymi z lewej burty i deszczami o grubych kroplach. Nad topem stale grzmiało, jakby ktoś przesuwał ciężkie meble, albo jakby inny jacht, rodem z wiersza Emily Dickinson, podnosił dziób i opadał z hukiem na fale.

I zaczęliśmy płynąć w książkowy wmordęwind. Dwa dni łomotu i przechyłów, utrudniających życie towarzyskie i nadrabianie zaległości w pisaniu czegokolwiek, z relacjami włącznie. Prędkości na granicy groteski. Ale w sterówce zawiązała się nieformalna banda czworga, zwolenników samosteru ("nie dotykaj steru, karą za dotknięcie steru jest marznięcie"). Kilka wacht przeszło w trybie skrzyżowania loży szyderców z salonem intelektualnym nad stołem nawigacyjnym, "Selma" szła sama prawym halsem, z zewnątrz musieliśmy wyglądać jak jacht-widmo z pustym stanowiskiem sternika.

Teraz gra nam kataryna, słaby wiatr od rufy, za sterem znów zrobiło się milusio, załodze ciepło od obfitego śniadania i nieinwazyjnych temperatur. Siedzę sobie w doskonałym humorze po porannej kąpieli przed wachtą kambuzową, nie ma jak czajniczek wrzątku, fotel kąpielowy w kingstonie i czyste włosy. Ruszyły różne prace (akcje "gniazdko" i "cisza", czyli oliwienie zamków od drzwi i drzwiczek wszelkiej maści).

Patrzę na Piotra Drugiego i Mariusza z nosami w czytnikowych "kundlach". Ewa z Wojtkiem w kokpicie. Wowa odsypia w koi, którą wolałby - jak się okazało - zamienić na łóżko na kardanach, coś mi mówi, że ścięta głowa, mrzonki, senne wizje i tak dalej :) Piter po łokcie w śrubkach i elementach od części od elementów.

Jest, proszę Państwa, nieźle, zwłaszcza w towarzystwie albatrosów, burzyków i wielorybów. Odwiedził nas wal baskijski południowy, a wczoraj płynął z nami przez pół mojej wachty przepiękny wal karłowaty, najwyraźniej zainteresowany nowym kumplem o ceglastych bokach.

Zostało nam trzysta osiemnaście mil do zakrętu w Golfo Nuevo - dla "Selmy" Zatoki nie Nowej, dla mnie - zdecydowanie tak. Półwysep Valdes z rezerwatem przyrody, na który ostrzymy sobie zęby, okrążymy od południa.
A teraz pora na herbatę.

- Ola S.

p.s. Ucałowania urodzinowe dla mojego Basiora.
p.s.2. Serdeczności dla wszystkich, którzy daleko, a o których myślimy, szczególnie dla Oli Kocewicz - jakże nam brakuje słoiczków z najlepszym sosem na planecie :)

.
2019-10-10
Selma Prace na Selmie zakończone. Wyruszyła z Itajai do Ushuaia.

Nowy sezon wiosenny godnie rozpoczęliśmy wyjściem z Itajai o północy z ósmego na dziewiątego października, poganiani przez kalendarz i - jakżeby inaczej - skippera ("zbieramy się, zbieramy, jesteśmy na odpływie, gdy się zrobi płytko, jeszcze się na coś władujemy").

Na opustoszałej kei cumy oddał nam Marco - niezwykły, bezinteresowny człowiek o sercu wielkości genuy, mówiący po polsku Brazylijczyk z historią studiów w Krakowie i prowadzenia restauracji tamże. Bez niego nasze przygotowania do wypłynięcia byłyby mocno utrudnione; pomagał załatwiać wszystko: od śrubek i filtrów paliwa po znakomite owoce i warzywa i znaczki pocztowe. Woził nas do sklepów i na wycieczki, zabierał do lokalnych knajp wieczorami i wsparł Pitera w odprawie.

W jednym z lokalnych języków rdzennych "Itajai" znaczy "kamień, po którym spływa woda". Faktycznie zostawiony za rufą kamień kilkakrotnie spłynął wodą, tą z nieba, opóźniając ukończenie prac i wypłynięcie z Itajai. Wyrastają też na każdej z cudnych, kameralnych plaż, oraz w marinie, po której biega pięcioosobowa rodzina kapibar, wylegujących się na trawie albo ją niespiesznie szczypiących. Nocą można było podejść blisko i popatrzeć na przytulone do mamy dwa małe. Będzie mi brakowało codziennych odwiedzin i gadania do kapibar.

A teraz drugi dzień mamy ocean, "Selma" rozprostowała nogi, już w porcie wyglądała, jakby się jej dłużył czas do wyjścia. Woda marszczy się granatowo pod nieprzytomnym zupełnie słońcem. W nocy zniknął nam z oczu ląd, dzisiaj wyłączyliśmy silnik i został znajomy dźwięk najlepszej kołysanki - wody przelewającej się pod kadłubem. W otwartym luku w messie kołyszą się strzępki wysokich chmur na niebieskim niebie nad bomem grota. Arturo, Wojtek i Ewa śpią; Mariusz właśnie podał owoce, a z nimi rozważania, które z nich można jeść ze skórą; Piotr Drugi (brzmi prawie jak car, hehe) za sterem, Wowa nad miską ciastek po wachcie. Idę popatrzeć z dziobu na wczesnowiosenny południowy Atlantyk. Może jakie zwierzusy się trafią...
Do Puerto Madryn ponad tysiąc mil.


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Maciek Jabłoński


fot. Ola Sobczak



.