Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2019-01-22
.
A w Tatrach szkolenie ekipy lądowej przed marcowym rejsem na Antarktydzie. #szkolawspinaniakilimanjaro


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


fot. Piotr Sztaba


.
2019-01-21
Drake

Płyniemy i płyniemy. To już piąta doba rejsu. Za nami już 615 mil morskich i do lądu pozostało jedynie ok. 50 mil. Z niecierpliwością wypatrujemy lądu. Spostrzegawczy sternik Pampers ok. 11 30 wypatrzył pierwszą górę lodową. Od momentu wypłynięcia z Ushuaia totalna cisza i pustka. Kilka dni temu minęliśmy spory wycieczkowiec, a wczoraj niczym fatamorgana przepłynął obok nas jacht na żaglach wilekości Selmy. Poza tym dzisiaj po północy wachta zauważyła kilka wielorybów. A tak tylko ptaki - ku uciesze Wojtka (Albatrosy i Petrele) oraz bezkres rozhuśtanego oceanu. Niesamowite jest uczucie, kiedy każdy z nas po kolei steruje Selmą. Szczególnie w nocy. No właśnie, nawet w nocy nie jest ciemno, co jeszcze bardziej podkreśla daną nam tutaj niesamowitą atmosferę. Uczucie po prostu nie do opisania.
Uczymy się sporo, wiemy już co to samotność, cierpliwość i odroczona w czasie realizacja celu. Hartujemy się nie na żarty. Żyjemy tu w niewygodach, bez ciepłej wody, prysznica i innych codziennych, ułatwiających życie rozwiązań i przedmiotów. Śpimy w ciasnych kojach, ubrani w kilka warstw wełny, szczelnie okryci śpiworami. Buja nas cały czas i naprawdę tęsknimy już za flautą.


Z chorobą morską jesteśmy jednak już za pan brat. Coraz częściej rozbrzmiewa polska rockowa muza i dowcipne rozmowy. Nie chorujemy. Czuć, że cel coraz bliżej. Co będzie dalej, nieważne.
Czekamy na obiad, który przygotowuje Darek. Od czterech dni w wyniku zamian wachty kambuzowej, na zwykłą osiadł w kuchni na dobre. Nikt do gotowania się raczej nie kwapi. Rozpieszcza nas on zmyślnymi daniami, ale trzeba tu dodać w jakich warunkach pracuje. Powierzchnia kambuza to 1 m kwadratowy, kilka szafek i tak skonstruowana kuchenka, która potrafi wychylać się wraz z falami nawet ponad 45 stopni w każdą stronę. Ciekawe jak w tych okolicznościach poradziliby sobie telewizyjni miszczowie patelni...
W głośniku "Mniej niż zero", w garnku wołowina, w głowach przygoda!

Nie zanudzamy, damy znać pewnie już z Antarktydy. 21.01.2019 r. godzina 1637 polskiego czasu...

PS Buziaki dla Lucynki i synusia Kubusia, Luneczki i Loczka od Jacusia, i co staje się już nudne całusy od wciąż kochającej Karoliny dla Andersa. Pura Vida!

Miłosz
2019-01-20
Drake

Jest 0220 i właśnie schodzę z wachty, Miły za sterem a tu szkwałek za szkwałkiem. Niebo szarawe, noc przestała istnieć, a my 5 węzłów i na południe kursem 180 stopni. W dzień przekroczyliśmy 60 stopień co oznacza zmiany temperatury wody oraz powietrza, czerwone nosy dają nam o tym znać (strefa konwergencj).
Wielki Oceanie Południowy witaj.



Do celu zostało nam 236 mil morskich w linii prostej jednak wszyscy sterujemy, wprawiamy się w kunszcie żeglarskim co powoduje, że płyniemy lekkim szlaczkiem. Kapitan mówi, że może to wydłużyć rejs nawet o 30 procent. Jak przywieje zabawa jest niesamowita i trudno utrzymać kurs.
Choroba morska w większości opanowana. Czas płynie szybko na wachtach i w kambuzie, czyli naszej pokładowej kuchni, która zdobyła już swoich zwolenników ale i wrogów. Darek okazuje się mistrzem patelni a Pampers mu wtóruje. Choroba morska dopada najczęściej właśnie w kambuzie, a tych dwóch dzielnych chłopaków najlepiej tam sobie radzi.



Zaczynamy wypatrywać wieloryby i ekscytujemy się opowieściami kapitanów o napotkanych we wcześniejszych rejsach stworach. Przy pomyślnych wiatrach jeszcze troszkę ponad doba i będziemy dobijać do półwyspu antarktycznego.
Każdy już powoli myśli o lądzie i o tym jak ciekawie będzie na niego zejść po tygodniu na wodzie.
Wszyscy zdrowi i pełni emocji nabieramy sił na podbój antarktycznych terenów.

PS Wojtek śle pozdrowienia i uściski dla Żony, Dawidka i Emilki.
Pampers ściska gorąco swoją rodzinkę.

Bartosz Pszczółkowski
2019-01-18
Drake

Po dosyć intensywnych przygotowaniach i ostatnich pożegnaniach z rodzinami, nieco przerażeni w końcu ruszamy. Początkowo na silniku, potem stawiamy żagle i płyniemy przez kanał Beagle'a w kierunku Antarktydy. Zajmuje nam to niecałą dobę, i to jest dobry czas. Podzieleni na wachty spełniamy swoje obowiązki, sterujemy i gotujemy i odpoczywamy. Zapowiada się piękny rejs.
Towarzyszą nam fantastyczne zwierzaki foki, ciekawskie pingwiny magellana i wszędobylskie ptaki.
Na nocnej wachcie Jacek zauważa stado delfinów towarzyszące nam aż do godzin południowych. Wtedy pojawiają się też pierwsze "pawie". Morze złamie najtwardszych, łamie i kilku z nas.
Mijamy ostatni widoczny ląd, a stan morza wzrasta. Łódka łapie przechyły nawet powyżej 45 stopni, robi się coraz trudniej. Nie łatwo gotować, nie łatwo jeść, nie łatwo się przemieszczać, nie wspominając o obowiązkach wachtowych. Zaczynamy spełniać marzenia... Jeszcze 4 może 5 dni i dopłyniemy. Łatwo nie będzie, ale nie mamy zamiaru płakać. Piotr, Krzysiek i Adam czuwający 24 h na dobę pomagają nam w trudnych sytuacjach. Ich profesjonalizm i ogromne doświadczenie każą nam trzymać fason...
Jest godzina 16 35 (w Polsce 20 35) dnia 18.01.2019 r., do tego czasu pokonaliśmy 236 mil morskich, do pierwszego znowu lądu (Melchior Island) mamy jeszcze ok 400 mil.





Powoli oswajamy się z chorobą morską i żeglujemy dalej.
Załoga Selma Expeditions 2019 w składzie:
Karola
Jacol
Miły
Dario
Wojtas vel Zambu
Bart vel Pszczoła
Piotras vel Pampers
Andree
Roman Ukrain

PS Jacol przypomina o życzeniach "Jakub powodzenia na studniówce " reszta załogi się dołącza.
Pszczoła śle pozdrowienia dla Córki wikinga i jej Mamy


Pszczoła i Miły
2018-12-30
Selma
Selma już w cieśninie Drake'a po intensywnych nurkowaniach na Antarktydzie.


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar


fot.Piotr Kuźniar

Piotr
2018-12-29
Selma
Piotr Kuźniar opowiada o wyprawie na Antarktydę. "Nikt nie ma obowiązku nas ratować"



.
2018-12-24
Selma
Selma w świątecznej aurze bieli śniegu i lodu zmierza do cieśniny Le Maire.

Z najlepszymi świątecznymi życzeniami
Gocha, Marta, Krzysiek i Piotr





.
2018-11-22
UshuaiaKanał Beagla pokonaliśmy z zawrotną średnią prędkością ok 2 węzłów, wiatr i prąd był przeciwko nam. A może chciał żeby dzielna załoga została troszeczkę dłużej. Ale udało się i wszyscy niestety zdążyli na samoloty. Po drodze mieliśmy jeden wieczorny, 4 godzinny przystanek, w zatoce Cambaceres, który musieliśmy zrobić żeby przeczekać najsilniejszy wiatr. Niektórzy wykorzystali go na pakowanie, inni na drzemkę po walkach w Drake’u. W Ushuaia zameldowaliśmy się o 7 rano no i pożegnań nadszedł czas. Oczywiście zdążyliśmy jeszcze wypić tradycyjny żeglarski toast „Za cudowne ocalenie”. Dzięki i do zobaczenia!!

PS Tymczasem na Selmie stawiła się już kolejna ekipa, i bardzo możliwe, że kolejne relacje już niedługo.


fot.Maciek Jabłoński

Błażej
2018-11-16
Estancia Harberton
Przedostatni dzień w Antarktyce był naprawdę wspaniały, a spędziliśmy go na wycieczkach w okolicy Cuverville. Najpierw wylądowaliśmy na wyspie Orne, gdzie oglądaliśmy kolonię pingwinów maskowych, całkiem grzecznych w porównaniu do dracznych, jak mówi Marta, białobrewych. Potem przeparkowaliśmy Selmę na drugą stronę zatoki, do Orne Harbour i tym samym zaliczyliśmy na lądowanie na kontynencie Antarktydy. „Hip hip hurra” nie było, bo chyba nie wszyscy się zorientowali - było tak samo pięknie jak na wyspach. Część wycieczki pod kierunkiem Mateusza poszła zdobywać przełęcz w kaloszach, a część została na dole podziwiać widoki. W tym Jurek, który został prawdopodobnie przyjęty przez dwóch małych posłów do stada pingwinów. Przynajmniej tak to wyglądało.

Po południu wróciliśmy na kotwicowisko przy Cuverville, po drodze spotykając humbaki. Atrakcje były tego dnia tak idealnie stopniowane, że zaczęliśmy podejrzewać, że wieloryby były wcześniej umówione. Niestety, pewnie przez pomyłkę, zamówiony został pokaz nurkowania synchronicznego w parach i humbaki nie bardzo się nami interesowały. Ale parę zdjęć ogonów się Arkowi udało. Potem lądowanie na wyspie w pełnym słońcu. Widoki były jak pocztówki, pingwiny tym razem białobrewe, dokazywały w krystalicznej wodzie i na lądzie.

Kiedy załoga zażywała relaksu i antarktycznych kąpieli słonecznych, Maciek latał dronem nad Selmą i robił fantastyczne ujęcia z powietrza, kadry przedpremierowe są w zdjęciach. W tym czasie Piter na jachcie na zmianę zdejmował i wywieszał suszące się na pokładzie żółte kocyki, żeby na filmie nie było lipy. Potem on też zaczął dokazywać, oczywiście na potrzeby filmu, co objawiło się rajdami „Selmą” i pontonem pomiędzy górami lodowymi. Kiedy te ujęcia wyjdą na światło dzienne będzie hit.

Ostatniego dnia popłynęliśmy na wyspy Melchiora, żeby przygotować siebie i jacht do drogi powrotnej przez Drake`a. Zjedliśmy wieczerzę, dla niektórych ostatnią przed kanałem Beagla i wcześnie rano, po dobrze przespanej nocy, ruszyliśmy z powrotem do Argentyny. Kolejne noce przyniosły już mniej snu. Jacht spadający z impetem z fali pozwalał mieszkańcom kabin dziobowych doznawać zjawiska lewitacji, i to parę razy na minutę. Właściwie całą drogę halsowaliśmy w dużym przechyle, pod przeciwne wiatry, po dosyć mocno skotłowanym oceanie. Jak tylko minęliśmy 60 stopień szerokości geograficznej S, w prognozie pojawił się, jak to określił Piter, „niżyk”, czyli mały niż, idący nam na spotkanie. Chyba chciał nas kapitan pocieszyć. Niżyk zapewnił nam trzy dni atrakcji z gatunku tych emocjonujących. Selma jak zwykle pokazała jak dzielnym jest jachtem, i trzaskaliśmy po 160 mil na dobę, a sternicy mieli mnóstwo zabawy i mokre sztormiaki. Ale bez strat się nie obyło. Już pod koniec, na szczęście, jakieś 40 mil na wschód od przylądka Horn, strzelił przy maszcie baby sztag i razem z kliwrem zwalił się do wody. Udało się go wyciągnąć i przywiązać na pokładzie, ale jedna z sekcji rolera odpłynęła w głębiny oceanu.
Także do kanału Beagla podchodziliśmy w pięknym stylu pod porywisty wiatr, bez kliwra, na silniku i zarefowanym grocie . I z determinacją żeby nic już więcej nie urwać.

Błażej


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński


fot.Błażej Worsztynowicz


fot.Błażej Worsztynowicz


fot.Adam Wojtaczka


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński

.
2018-11-15
Isla Picton

Isla Picton



.
2018-11-13
Drake Passage

Połowa Drake'a



.
2018-11-12
Drake Passage

Selma już w drodze powrotnej do Ushuaia.



.
2018-11-10
Antarktyda
Melchior Islands



.
2018-11-10
Wyspa CuvervilleZ Cuverville wyruszyliśmy rano, we mgle, a śnieg (prawie) nie padał. Planowaliśmy dotrzeć do Port Lockroy, o ile to będzie możliwe przez cieśninę Neumayer. Osiem godzin pokonywaliśmy pasy paku lodowego i kry żeby cztery mile przed celem stwierdzić, że dalej się nie da, lód jest zbity zbyt gęsto. I że dzielni podwachtowi z tyczkami ten cały lód na darmo odpychali. I że jeszcze trzeba wrócić tą samą drogą a potem płynąć naokoło. Morale nie upadło tylko dlatego, że po raz pierwszy nie padał śnieg i czasem prześwitywało coś niebiesko między chmurami. W końcu, kiedy tuż po zachodzie słońca przepchnęliśmy się przez Peltier Channel i dotarliśmy do Port Lockroy, okazało się że nie da się tam rzucić kotwicy. Bo połowa zatoki jest zamarznięta. Wtedy kierownik wycieczki z kamienną twarzą oznajmił, że przecież nie ma problemu, jak tak, to my zacumujemy do tego lodu.


fot.Maciek Jabłoński

Ponieważ „tego jeszcze nie grali” to wstąpił w nas nowy duch. Mateusz ciął szlifierką świder do wiercenia dziur w lodzie, ktoś biegał z cumami i drewnianymi kołkami, ktoś inny wieszał odbijacze a reszta odpychała tyczkami jakiś uparty odłamek góry lodowej. A „Selma” stała spokojnie na małej naprzód oparta dziobem o krawędź białego pola. Potem Piter równie spokojnie wyszedł na zaśnieżony lód, na wszelki wypadek w suchym kombinezonie. Tam wywiercił dwa przeręble i zainstalował w nich drewniane kołki, do których przywiązał cumy. I już. Staliśmy jak przy kei, a słońce zachodziło za górami. Prawdopodobnie to wydarzenie przekonało kogoś gdzieś na górze, że jesteśmy uparci i łatwo się nie poddamy. Bo kiedy obudziliśmy się następnego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki.


fot.Maciek Jabłoński


fot.Maciek Jabłoński

Po śniadaniu od razu pojechaliśmy oglądać miejscowe pingwinisko. Antarktyczne słońce paliło twarze, mroźne powietrze było idealnie przejrzyste, widoki na góry dookoła bajkowe, a zwierzaki dokazywały na całego.


fot.Arek Łaskowski

Piękna pogoda towarzyszyła nam przez następne 2 dni. Sukcesów w przedzieraniu się przez lód mieliśmy za to jakby mniej. Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w stronę cieśniny Le Mair. Znowu wykonaliśmy wielogodzinny slalom pomiędzy growlerami, aż w końcu okazało się że do cieśniny nie wjedziemy. Odbiliśmy na zachód, w Nimrod Passage, przychodził stamtąd oceaniczny rozkołys i nie ułatwiał on nam jazdy przez lód. Tam minęliśmy dwie gigantyczne góry lodowe które wyglądały jak oderwane kawałki lądu. Większa z nich miała około dwóch mili długości. Potem na południe i znowu na wschód w French Passage, już po zmroku. Chcieliśmy dotrzeć do ukraińskiej stacji Vernadsky. Kiedy tylko podjechaliśmy na odległość 5 mil w zapadającej szarówce było widać wyraźnie że dostęp do wysp jest zamknięty przez spiętrzony lód. Potwierdziła to radiowa rozmowa z dość zaskoczonym pracownikiem stacji. Zaskoczonym, bo o tej porze roku dopływają do nich częściej lodołamacze niż jachty.


fot.Maciek Jabłoński

Mówi się trudno, wracamy, dalej na południe się nie da. Rychło w czas, bo okazało się że pola paku powoli zamykały nam odwrót. Krótką, jasną noc spędziliśmy w dryfie, na wolnej wodzie w okolicy dwóch wielkich icebergów, a rano ruszyliśmy na północ.
Kolejnego dnia lód zablokował nam drogę dwa razy, w Paradise Bay, i przed Neko Harbour. I to mimo Grześka, który parę godzin marzł wysoko na maszcie, wyszukiwał przejście i instruował przez radio sternika. Z drugiej strony jak powiedzieliśmy, że już może schodzić, odmówił. Powiedział że widok ma taki, że nie zejdzie i chce tylko nowe baterie do kamerki.

fot.Grzesiek Proszowski

Po prawie dwóch dobach stanęliśmy w końcu na kotwicy koło wyspy, uwaga - Cuverville! Ale tym razem od północnej strony i tym razem pogoda była tak piękna, że z trudem poznawaliśmy to miejsce. Błażej zdjęcia: 1-4, Maciek Jabłoński 5, Grzesiek Proszowski 6, Arek Łaskowski

Błażej
2018-11-09
Wyspa Cuverville
fot.Błażej Worsztynowicz

Bladym świtem, blada załoga wyszła na zaśnieżony pokład Selmy i usiłowała z gracją uczestniczyć w manewrach. Odchodziliśmy od wraku Governoren. W skład manewrów weszły m.in. odśnieżanie, odpychanie growlerów strumieniem wody wyrzucanej spod śruby, nawrotka w miejscu i skoki Mateusza nad cumą w pontonie. Ostatecznie znowu się udało, ale pozostał żal że nikt nie miał czasu na filmowanie. Jak tylko ruszyliśmy, zgodnie z prognozą która przewidywała brak wiatru i słońce, zaczęło wiać ok 40 węzłów i widoczność spadła do jednej mili.
My tego dnia pokonaliśmy całe 25 mil i w samo południe rzuciliśmy kotwicę koło wyspy Cuverville, gdzie znajduje się duża kolonia pingwinów białobrewych. W solidnej śnieżycy wsiedliśmy w ponton i pojechaliśmy na zwiedzanie. Okazało się, że szukanie miejsca do lądowania na brzegu w tych warunkach może być ryzykowne. Prawie udało nam się przycumować do słonia morskiego, który udawał duży, przysypany śniegiem kamień.
Przypadkowo wybraliśmy inny, pięć metrów obok. Byliśmy tak spostrzegawczy, a słoń tak zaspany, że dopiero jak pierwsza ekipa wysiadła z pontonu a ja odjechałem po następną, ktoś zauważył że tamten kamień ma płetwy. W końcu obudził się, łypnął na nas parę razy i pokazał nam swoją tylną stronę. Może też miał dość tej śnieżycy.


fot.Błażej Worsztynowicz

Pingwiny za to wydawały się nie zwracać na nią żadnej uwagi i zajmowały się tym czym się zajmują wszystkie ptaszki wiosną. Czyli sobą nawzajem. Chwilami było nawet trochę głupio patrzeć, szczególnie że prawie wcale nie przejmowały się naszą obecnością.
Widowisko było wspaniałe, pouczające i byliśmy przekonani, że lada chwila usłyszymy dobiegający gdzieś z góry głos Krystyny Czubówny.
Potem wróciliśmy na jacht, a tam czekał na nas Piter z niespodzianką - pieczenią z czosnkiem, śliwkami i pieczoną marchewką, pachniało ze stu metrów. Po straszliwym obżarstwie załoga łatwo wybaczyła mu pomysł kolejnej pobudki o czwartej.


fot.Zbyszek Ostapiuk


fot.Zbyszek Ostapiuk

Błażej
2018-11-08
Enterprise Island
fot.Błażej Worsztynowicz

Śnieg padał przez następny dzień, cały dzień bez chwili przerwy. Zgodnie z prognozą dołączył do niego silny wiatr i poranne wycieczki pontonowe zostały odwołane, fala była za duża. Pogoda nie pozwala nam zapomnieć, że jesteśmy tutaj o dosyć niepopularnej porze roku.


fot.Błażej Worsztynowicz

Po południu wiatr odpuszcza, (śnieżyca nie) i na dwie tury jedziemy na brzeg.
Powierzchnia wody dookoła jachtu pokryta jest kilkucentymetrową warstwą niezupełnie roztopionego śniegu, fachowa nazwa lepa. Pływa w niej trochę lodowego gruzu, co wystarczy żeby blokować ponton. Nie szkodzi, pagaj wystawiony przed dziób i mamy prawie lodołamacz.


fot.Zbyszek Ostapiuk

W zamieci śnieżnej wycieczka zdobywa szczyt małego lodowca górującego nad zatoczką. Ja zostaję na dole pilnować pontonu i zaprzyjaźniam się z samotnym pingwinem białobrewym. Wyskoczył na kamienie prawie pionowo z wody tuż obok mnie i chyba był równie zdziwiony jak ja.


fot.Błażej Worsztynowicz

Po powrocie wszystkie sztormiaki nadają się do suszenia, padający śnieg zrobił się mokry i ciężki. „Selmę” odśnieżamy na bieżąco, ale i tak miejscami jest prawie do kolan. Nie wiadomo skąd na pokładzie pojawiają się bałwany.
Po kolacji Piter oznajmia, że jutro startujemy o czwartej rano, bo jeśli to, co nas otacza zamarznie, trzeba będzie przebukować niektórym bilety na samolot. Traktujemy to jako dobry żarcik, szczególnie tą czwartą rano i idziemy spać.


fot.Zbyszek Ostapiuk

Dział pozdrowień:
Natalia pozdrawia rodzinę i znajomych,
Marta pozdrawia jak wyżej, ale swoją rodzinę i innych znajomych ( w sumie Natalii rodzinę też pozdrawia )


Błażej
2018-11-07
Antarktyda
Port Lockroy



.
2018-11-06
Antarktyda
Zatokę Mikkelsen na wyspie Trinity musieliśmy pożegnać wcześnie rano. Prognozy na następny dzień zapowiadały sztorm i silne opady śniegu i musieliśmy szukać lepszego schronienia. Kierunek południe, cel wrak statku „Governoren" w zatoczce na wyspie Enterprise. Pogoda póki co jest dobra, świeci słońce wieje lekki wiaterek i pięćdziesiąt mil pokonujemy bez problemów.

Po dotarciu na miejsce, wysłany na zwiad ponton z trójką śmiałków stwierdził lekkie zagracenie zatoczki pływającym lodem i trzy foki. Cumowanie Selmy do wraku przebiegło sprawnie, ekipa na pontonie starała się przeszkadzać jak najmniej. Tuż po tym, korzystając z chwili bez wiatru, podwieszony pod sztagiem Piter, zrzucił porwanego kliwra.

W międzyczasie śpiąca na wielkiej krze 30 metrów od jachtu foczka zaczęła się wiercić i leniwie spoglądać w naszą stronę. „Jakaś dziwna ta foka, duża taka”, okazała się być lampartem morskim.

Zapanowało poruszenie, okrzyki radości i trzask migawek. Kolejnym zadaniem było wyholowanie z z zatoczki większych kawałków lodu, które mogłyby zagrozić kadłubowi Selmy. Niestety pierwsza ekipa pontonowa szybko zniechęciła się kiedy lampart ożywił się, zlazł z kry i podpłynął się przywitać. Druga ekipa wróciła równie szybko, kiedy okazało się że lampartowi nie chodzi wcale o powitanie. Chyba miał do nas jakieś pretensje. Postanowiliśmy wziąć drania na przeczekanie i zjeść kolację. Duża kra, na której wcześniej leżał, powoli obracała się i zbliżała do jachtu, musieliśmy coś na spokojnie wymyślić.

Po kolacji lamparta ani widu ani słychu. Wsiedliśmy znowu w ponton żeby znaleźć miejsce do przywiązania lin blokujących lód. Jak tylko podpłynęliśmy pod brzeg z wody wychynął wielki łeb i daję słowo że się uśmiechał. Gonił nas do samego jachtu. W związku z tym kapitan Piter zarządził że ta duża kra jest niegroźna, a nocne wachty będą się w tym upewniać.

Rano okazało się, że w nocy zaczął padać śnieg i zapadał wszystko dokumentnie. A lód zgromadził się bezpiecznie w drugim końcu zatoki. Przemiłe zwierzątko musiało wiedzieć że tak będzie i zwyczajnie chciało oszczędzić nam niepotrzebnej roboty.

Błażej

Dział pozdrowień:
Dla Jadzi i Mariana od Zalogi i Kapitana
od Arka dla Pauliny, Karoliny, Oli z rodzinami i Ernesta solo
od „lodowatego” pozdrowienia dla Wszystkich i calusy dla zony Alicji
dla Garbarka, Kostka i Zuzy - Ciemek :)
Grzesiu nie pozdrawia bo myje naczynia


fot. Błażej Worsztynowicz


fot. Natalia Siódmiak


fot. Natalia Siódmiak

.
2018-11-04
1800 LT
Antarktyda
Nansen Island



.
2018-11-04
0900 LT
Antarktyda, Trinity Island
Cieśninę Drake`a pokonaliśmy w czasie 5 i pół doby, przepłynęliśmy 770 mil. Chociaż słowo „pokonaliśmy” jest tutaj nie na miejscu, bo tak naprawdę Cieśnina Drake`a łaskawie pozwoliła nam przedostać się na półwysep Antarktyczny, po drodze pokazując tylko trochę ze swoich możliwości. Co wystarczyło, żeby przez pierwsze 2 dni frekwencja na śniadaniach była słaba. Właściwie żadna. Pogoda zmieniała się równie szybko jak prognozy i pierwsza właściwie nie nadążała Do trudnych warunków podchodziliśmy oczywiście z humorem, pozwolę sobie zacytować np. kolegę Arka: „Odsuń się bo zaraz będziesz miał ten kombinezon w kropki”, albo „Będziesz jadł?”, „Nieee szkoda marnować”. Wachtującym na pokładzie sternikom, oprócz fal i zimna, towarzyszyły także ptaki. Petrele, warcabniki i albatrosy, wśród nich te największe, majestatyczne albatrosy wędrowne.

Jeden z „bocznych i niespodziewanych” grzywaczy oprócz tego, że solidnie przechylił nam łódkę, dostał się poprzez niezamknięty wywietrznik i zafundował prysznic śpiącemu w rufowej koi Piotrkowi. Ten gwałtownie się obudził i usiadł nie bacząc na koję nad sobą. Niektórych przekleństw nie znałem.
Przez te parę dni dostało się też trochę dzielnej „Selmie”. Wyrwał się z mocowania w żaglu jeden z wózków grota, a koła ratunkowe wyrwały się z taśm mocujących na rufie i odpłynęły w stronę Afryki. W nocy ( oczywiście ) tuż przed tym jak miał być zwijany, porwał się niestety na pół duży kliwer, przysparzając nam mnóstwa hałaśliwych nocnych atrakcji.

W końcu, kiedy Marta z błędnym wzrokiem wyznała, że oto stała się świadkiem jak ewolucja wyeliminowała słabe ogniwo, czyli ją, pogoda zaczęła się poprawiać. Wyszło słońce, a kambuz zaserwował dwudaniowy obiad, na który stawił się cały skład. Tego dnia, kiedy pyrkaliśmy sobie na silniku na długiej spokojnej fali, na horyzoncie pojawiły się fontanny wydmuchiwane przez wieloryby. Za chwilę mijaliśmy się z nimi w pewnej odległości. Kapitan, który akurat wisiał przy maszcie i razem z siostrzeńcem Adamem naprawiał wózek grota, nie zwrócił uwagi na dziwne manewry, które wykonywał sternik żeby zmylić wieloryby. W końcu udało się, jeden z nich zaintrygowany zjawiskiem, zawrócił żeby przyjrzeć nam się z bliska. Wtedy okazało się, że są to rzadziej spotykane Sejwale, a my mogliśmy obserwować wielkie cielsko przewalające się tuż za rufą „Selmy”.

Ponieważ istniało ryzyko spotkania dryfującego lodu przez dwie ostatnie noce wystawialiśmy dodatkowe wachty lodowe, których zadaniem było wypatrywanie lodu, ostrzeganie sternika i marznięcie w okolicach masztu. Ze względu na to ryzyko i na silny wiatr ostatnią noc spędziliśmy stojąc w dryfie, a rano we mgle i padającym śniegu wpłynęliśmy ostrożnie pomiędzy wyspy, których wypatrywaliśmy bezskutecznie przez resztę dnia. W końcu widoczność trochę poprawiła się, rychło w czas, bo wpłynęliśmy w obszar dryfujących gór lodowych i growlerów. Niektóre z gór były naprawdę ogromne, i przepływaliśmy na tyle blisko, że niektórzy pozwolili sobie zrobić z nimi tzw. selfiaczka. A slalom między icebergami, w tężejącym znowu wietrze, wyraźnie poprawił humor kapitana. Kotwicę rzucaliśmy tego dnia pod wieczór, w zatoce Mikkelsen, na wyspie Trinity. W szkwałach zrywających kaptur, poziomo padającym deszczu ze śniegiem i pod krytycznym spojrzeniem stojących na brzegu pingwinów.

Błażej


fot. Grzegorz Proszowski


fot. Zbyszek Ostapiuk


fot. Maciej Jabłoński


fot. Maciej Jabłoński

.
2018-11-02
Półwysep Antarktyczny
Selma zbliża się do Trinity Island.



.
2018-10-30
Drake Passage
Nawet najlepsze przedmioty nie są wieczne :(
I tak YB tracker na Selmie odmówił współpracy. Do czasu dostarczenia nowego egzemplarza wracamy do niezawodnej, ręcznej metody śledzenia trasy Selmy :)

Na razie mają wiatr na zmianę 30 kn albo 5kn i martwą falę.
Pozycja 60 14,8 S 064 56 W



.
2018-10-27
Ziemia Ognista, Zatoka RelegadaSelma wystartowała do kolejnego rejsu we wtorek 23 października. Załoga w silnym składzie: Piotr czyli kapitan, Jurek, Grzesiek, Arek, Zbyszek i Natalia, Maciek, Adam, Mateusz, Marta, Błażej oraz kolejny Piotr i jego bagaż, który to bagaż podróżował zupełnie inną trasą niż jego właściciel i zanosiło się, że zabawi dłużej w Brazylii. Po wielu negocjacjach i zabiegach, udało go się przekonać, żeby do nas dołączył w Ushuaia i wreszcie mogliśmy ruszać.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy jeszcze w kanale Beagle'a. Stanęliśmy na kotwicy w zatoce Relegada, gdzie następnego zwiedziliśmy Estancia Haberton. Po atrakcjach muzealnych w drodze powrotnej spotkaliśmy lokalnego gaucho z wiadrem pełnym muli - twierdził, że wiezie je do restauracji w Ushuaia. Tak zrodził się plan nocnego połowu muli, nocnego z powodu odpływu, który wypadał akurat koło północy i obiecywał łatwy dostęp do muszelek na brzegu. Jak poinstruował nas kapitan, żeby pozyskać omułka i oderwać go od kamienia trzeba mu urwać bisiora. Po kolacji wsiedliśmy w ponton, oczywiście tylko ci z nas, którzy nie bali się urywać bisiorów, i pojechaliśmy na brzeg w blasku księżyca. Obfitość na brzegu okazała się być przeogromna, zebraliśmy trzy wiadra muszelek, pogadaliśmy z wielkim krabem i wróciliśmy na jacht.


fot. Grzesiek Proszowski


fot. Grzesiek Proszowski

Ponieważ prognozy na Drake`a nie były korzystne, kolejny poranek spędziliśmy na skrobaniu i gotowaniu zawartości wiader. Żeby upewnić się co do tego, że omułki z zatoki Relegada faktycznie wolne są od zarazy mare rojo, postanowiliśmy nakarmić próbną porcją kapitana. Kiedy po kilku godzinach nie zesztywniał bardziej niż normalnie, zjedliśmy wyborny obiad z „mule a la marinara” w ilości dwa wiadra.



fot. Grzesiek Proszowski

Prognozy na następny dzień wciąż nie były optymistyczne, więc kolejnym punktem programu było ognisko na brzegu, w końcu nazwa „ziemia ognista” zobowiązuje. Udało się znakomicie, gdy w cieśninie Drake`a szalał sztorm, my mieliśmy ciepły i bezwietrzny wieczór, piękny zachód słońca, widok na zatokę i „Selmę” stojącą na kotwicy. Rozczuleni tym widokiem i partyzanckimi plackami z ogniska, wypiliśmy prawie cały zapas mocnego alkoholu przewidziany na rejs. Nie było tego wiele, ale siedzieliśmy prawie do świtu i okazało się, że prawdziwy żeglarz zaśnie nawet na gałęzi.



fot. Arek Łaskowski

Trzeci dzień w zatoce Relegada zaczął się późno, ale pojawiła się iskierka nadziei, że kolejnego dnia rano pogoda pozwoli nam ruszyć na południe. Zjedliśmy zupę na mulach (rzecz jasna), zamieniliśmy mesę Selmy w salę kinową i jakoś dotrwaliśmy do wieczora. Rano potwierdziliśmy prognozy, kotwica w górę i wreszcie ruszamy, kierunek Antarktyda!

Błażej