Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2018-01-19
UshuaiaPOWRÓT CIEŚNINĄ DRAKE’A. URODZINY GRZEGORZA, HORN i ……
12 STYCZNIA jak już pisaliśmy rozpoczął się czas powrotów. Pierwsze dwa dni to żegluga „silnikowa” przy bardzo słabym południowym wietrze podczas to której mieliśmy cały przegląd gór lodowych i im dalej od Antarktydy tym miały coraz to bardziej niesamowite kształty. A to płynące statki a to dryfujące miasta domy oraz baszty wartownicze.



Ostatnią górą lodową jaką widzieliśmy była scena jak z „Epoki Lodowcowej”. To kilka pingwinów „Puk Puków” wybrało się w podróż do cywilizacji. Trochę się niestety zdziwią jak się zorientują, że ich statek robi się coraz mniejszy, mniejszy i mniejszy. Ale cóż, taka jest czasami cena jaką trzeba zapłacić za odnalezienie drogi do innej cywilizacji. Na zdjęciach kolejne zbliżenia z górnego zdjęcia do wycinka z trzema pingwinami. Tylko, jak one się tam dostały?



Dwa dni ”silnikowania” i … nastąpił dzień ciszy podczas której staliśmy parę godzin w dryfie i wieczorem zaczęło powiewać z północy. Był to już dzień 14 stycznia czyli 56 urodziny Grzegorza. Wylegliśmy wtedy na pokład by tam złożyć mu życzenia oraz spełnić obowiązek wypicia urodzinowego toastu. A swoją drogą to trzeba mieć szczęście, obchodzić urodziny w takim miejscu i w takim towarzystwie.





Od tej pory zaczęła się prawdziwa żegluga. Najpierw, aby nabrać rozpędu i wysokości płyniemy prawym halsem na północny zachód po to, aby później ruszyć lewym halsem prosto w kierunku Hornu. Cały czas żegluga przy wietrze 6 do 7 B.


Marta za sterem



I nadszedł ten dzień. 17 stycznia do tej pory był znany jako dzień wyzwolenia ważnego miasta w Polsce a od tej pory będzie to dzień znany jako opłynięcie przylądka Horn przez ważną załogę jachtu Selma. Oczywiście był szampan oraz dużo zdjęć grupowych i nie z tym trochę mitycznym miejscem dla każdego żeglarza. Wszak to są nasze Himalaje. I od tego momentu Horn nas zaakceptował, to znaczy wiatr siadał powoli, a żegluga od tej pory była bardzo spokojna, czyli przestaliśmy być żółtodziobami.







Dalej to już nasza żegluga w kierunku domu. Jeszcze tylko pozostał nam do wykonania przykry obowiązek, a mianowicie odwiedzenie jednego miejsca szczególnego dla kilku z nas. Miejsca równie szczególnego co tragicznego, ponieważ 8 lat temu jacht na którym kilku z nas żeglowało po dalekich krajach i na którym czterech z nas tu obecnych miało płynąć na Antarktydę 3 tygodnie wcześniej został wyrzucony na brzeg i tam zakończył swój żywot.



Wypowiedź Grzegorza: Przepraszam wszystkich śledzących naszą relację, ale nie mogłem tutaj nie zapłynąć nie oddając czci tym, którzy tutaj zakończyli swoje życie chwilą ciszy i zadumy oraz pragnieniem, aby takie tragedie się już nie powtórzyły. Znałem tego kapitana osobiście, a na tym jachcie odbyłem dwie piękne wyprawy Wyspy Salomona oraz od Markiz przez Archipelag Tuamotu na Wyspy Towarzystwa i właśnie na tej drugiej wyprawie w Papete na Thaiti przekazywałem temu kapitanowi właśnie ten jacht do dalszej żeglugi. Ta wyprawa miała być moją trzecią wyprawą tym jachtem. I nie ważne jest, że się wtedy nie odbyła, wszak teraz tu jesteśmy, czyli marzenia się spełniają, ważne jest tylko to, że dwóch naszych kolegów żeglarzy z mojego rodzinnego miasta tutaj tragicznie straciło życie pozostawiając w żalu i smutku przede wszystkim swoje rodziny. To jest dla nas wszystkich strata i przestroga na nasze dalsze żeglowanie. To koniec naszego piątego odcinka z naszej Antarktycznej Odysei. Na naszą ostatnią relację z kanał Beagla i Ushuaia, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, zapraszamy za dwa dni.

Grzegorz Studziżba
2018-01-14
Antarktyda
W DRODZE ZA KRĄG POLARNY

11 STYCZNIA zastał nas już na otwartym oceanie i żegludze silnikowe wspieranej Genuą na południe KK215. Cały czas padał deszcz ze śniegiem a drogę zagradzały nam niespotykane dotychczas przez nas góry lodowe.



O godz. 13,30 przecięliśmy południk Przylądka HORN płynąc ze wschodu na zachód, a po kolejnych trzech godzinach wróciliśmy z powrotem na naszą jedynie słuszną stronę. Czy to oznacza, że już jesteśmy Caphornowcami, nie wiadomo. Na wszelki postanowiliśmy to zrobić jeszcze raz za kilka dni będąc bezpośrednio w zasięgu jego wzroku. Po 2 godzinach kolejne ważne wydarzenie, osiągnęliśmy Krąg Polarny i od razy przestało padać. Przez pół nocy szukaliśmy dogodnego miejsca do kotwiczenia, które dopiero było dogodne 12 STYCZNIA o godz 0050 koło wyspy Andresen. A rano, piękne słońce. Marek z Grzegorzem na pozycji najdalej na południe



postanowili odśpiewać hymn swojej szkoły Zespół Szkół Elektrycznych nr 2 w Krakowie. Śpiewali z pełnym zaangażowaniem wszystkie 3 zwrotki pieśni zaangażowanej zaczynającej się od słów „Naszą jest dumą Nowa Huta ….




Później kapitan zafundował nam tour po zatoce oraz wzorcowe zapakowanie się w lód oraz szkoleniowe wyjście z niego.








Na koniec zdjęcie pełnej zwycięskiej załogi szczęśliwie ocalałej



No cóż, czas wracać znaleźliśmy zaciszne miejsce na pakowanie pontonu i przygotowanie się do powrotu przez „Cieśninę Draki”. Zrobiliśmy to w osłonie niesamowitej góry lodowej



No to w drogę. Czas powrotów……

Załoga Selmy
2018-01-10
Stacja UkraińskaUkraińska Stacja Akademika Varnadskiego


Foki

Poranek 8 STYCZNIA. Rozpoczął się jak zwykle do tej pory słonecznie. Ponieważ wiedzieliśmy, że wieczorem ma być wiatr i deszcz i ma to trwać prawie 30 godzin, postanowiliśmy wybrać się na wyspę Yalour. Miały tam być kolejne niezwykłe lęgowiska pingwinów, tym razem pingwiny Adeli. Faktycznie były, a w zatoczce koło wyspy żerował samotny wieloryb wal karłowaty czyli minke whale. Po powrocie musieliśmy się zabezpieczyć przed wiatrem, więc wybraliśmy miejsce pomiędzy dwoma wyspami. Aby tam wejść trzeba było skruszyć lud w zatoczce - pojechała specjalna brygada pontonowa Andrzej z Markiem. Założyliśmy dwie cumy rufowe na obydwie wyspy a z dziobu kapitan założył cumę chodząc po lodzie. Całości dopełniła kra, w którą wpasował się nasz dziób. Do rufy doczepił się do nas jeszcze jacht brazylijski. A wieczorem długo oczekiwane zwiedzanie domu ludzi lodu czyli Ukraińskiej Stacji Badawczo Naukowej im Akademika Vernadskiego. Zwiedziliśmy stację i poznaliśmy warunki zimowania obsady naukowo badawczej. Był to wieczór ukraińsko-brazylijsko-polski ze śpiewem i tańcami a po 3 godzinach grzecznie wróciliśmy na pokład.
9 stycznia był naszym dniem gospodarczym. Przeczekaliśmy bezpiecznie zmianę pogody, a czterech wybrańców zwiedziło czynnie tamtejszą banię. Wieczorem nastąpiła rewizyta biologów i medzka ze stacji na Selmie. Wcześniej nie byli na spotkaniu. Nocowali na wyspie Peterman, gdzie byli na liczeniu Wordi pingwinów a zła pogoda ich zatrzymała.
10 stycznia. Dzień pożegnań. Po zwiedzaniu zabytkowego domku Wordie House będącego na kolejnej wyspie ruszyliśmy na południe. Może tam będzie cieplej….

Załoga Selmy
2018-01-07
Port CharcotW drodze do Stacji Akademika Varnadskiego
Wieczorem 5 stycznia zakotwiczyliśmy w Port Lockroy.



To w zasadzie nie port ale kotwicowisko działające tylko w okresie letnim czyli turystycznym od połowy grudnia do połowy marca z położoną na wyspie stara stacją badawczą zamienioną na muzeum i obsługiwaną przez woluntariuszy angielskich. Piękna naturalna zatoka z lodowcami dookoła. Wieczorem czysta od lodu i kry, zacumowaliśmy jako pierwsi a później dołączyły do nas 3 znajome jachty. Nazajutrz zobaczyliśmy, że niedaleko nas zakotwiczył piękny żaglowiec wycieczkowy „EUROPA”, a cała zatoka pokryta jest kawałkami kry oraz małymi growlerami.


Bark Europa

To efekt ocielenia się jednego z lodowców. Jedna taka kra nas zaatakowała, więc najpierw ją staranowaliśmy pontonem, a później założyliśmy na niej Polską Kolonię Antarktyczną. To Marek z Maćkiem zdobyli ją, a później próbowali zasiedlić i udając pingwiny odtańczyli na bosaka taniec godowy. Niestety umówiona wycieczka na zwiedzanie stacji zakończyła ich karierę kolonizatorów.


Na krze

Po zwiedzaniu stacji wyruszyliśmy w dalszą podróż na południowy zachód. Tym razem miała to być najpiękniejsza droga czyli Kanał Lamaire. Zdjęcie nr 10. Niesamowite widoki przypominające scenografię z Władcy Pierścieni tylko bardziej surowe, groźne, mroźne i zaśnieżone amten niech się schowa. Krótko mówiąc - tak piękny to był widok, że nie tylko nie było słychać rozmów, ale też zachwytów. Zamilkliśmy z wrażenia.


Kanał Lemaire


Kanał Lemaire

Cały kanał pokryty był pakiem lodowym, który na tyle opóźnił naszą podróż, że musieliśmy stanąć na noc z 6 na 7 stycznia w Porcie Charcot. I całe szczęście ponieważ rano udaliśmy się na wycieczkę w góry w miejsce, gdzie kiedyś zimował francuski uczony o tym samym nazwisku.


Wycieczka

Po południu czekała na nas następna atrakcja. Obok znajdowało się cmentarzysko gór lodowych czyli góry lodowe, które osiadły na mieliźnie. Widok jednak nie sprawiał wrażenia przygnębiającego. Czuliśmy się jak w Krainie Baśni Królowej Lodu.


Góry lodowe

Piękne budowle oraz foczki wylegujące się stadami na krach a pomiędzy nimi pływające pingwiny. Takie zwiedzanie trwało ponad 2 godziny zanim wybraliśmy się w dalszą żeglugę na południe by w końcu na wieczór zakotwiczyć w zatoczce obok Ukraińskiej Stacji Akademika Vernadskiego. Zameldowaliśmy się przez UKF i umówiliśmy się na jutro na spotkanie na stacji.

Załoga Selmy
2018-01-05
Antarktyda, wyspa CuvervilleDzień pd znakiem pingwinów


Pingwin Antarktyczny

Obudziliśmy się rano w pięknej słonecznej zatoczce pod wyspą Cuverville. Piękny widok, Spokojna woda, słońce, dryfujące i atakujące nas góry lodowe oraz pisk pingwinów. I znów zaskoczenie. Rozpadająca się góra lodowa. Zobaczyliśmy też tutaj największe lęgowisko pingwina białobrewego w tej części wybrzeża.
Tysiące pingwinów krzyczących i kłócących się pomiędzy sobą. Kompletnie nie zwracały na nas uwagi.
A po południu kolejna wycieczka na ląd. Tym razem stoimy na kotwicy przy wyspie Orne. Tutaj oglądamy na lądzie kolejnego pingwina. Równie małego i krzykliwego Pingwina Antarktycznego.
W każdym bądź razie. Humbaki i pingwiny odhaczone, znaczy zaliczone.

Załoga Selmy
2018-01-03
Antarktyda - Governoren Harbour


Governoren

Stoimy od wczoraj w zatoczce Governoren Harbour zacumowani do wraku statku Governoren a właściwie do burty jachtu Alterego 2 z czesko-słowacką załogą. Stoimy na trzeciego ponieważ jako pierwszy stoi jacht Polar Wind z międzynarodową załogą - Chilijczycy, Amerykanie i Niemiec. Dzisiaj piękny dzień. Imieniny Marty. Trzeba to jakoś uczcić. Okazało się, że najlepszy prezent sprawił Marcie kapitan. Musieliśmy już bardzo "capić" skoro zdecydował się na włączenie ciepłej, bieżącej wody, abyśmy mogli doprowadzić się do porządku. Każdy korzystał do woli i pachnący i przebrani już o 17.00 zasieliśmy do uroczystej kolacji. Po głośnym odśpiewaniu sto lat i złożeniu życzeń zasiedliśmy do obiadu. Nasze chóralne śpiewy usłyszeli sąsiedzi i zapowiedzieli się na 20.00. No i się zaczęło. Rozmowom, śmiechom i śpiewom nie było końca. Prym przy stole wiedli Andrzej z Maćkiem a śpiewom przyjaciół z Alterego - niewątpliwie po paru toastach wszystkie załogi zostały przyjaciółmi - usiłował dorównać Marek pokazując, że Kraków szantą stoi. Dzielna była też nasza dostojna jubilatka



24 osoby w mesie

Nazajutrz rano po odespaniu i wycieczce na ląd zarządzono odwrót, czyli płyniecie do kolejnego miejsca, niby nocne pływanie, ale jasno było cały czas a odpływaliśmy w słońcu. Około 2000, gdy już dryfowaliśmy czekając na ponton, usłyszeliśmy trzaski i grzmot. To cielił się lodowiec jakieś 150 m od nas a 80 m od miejsca naszego postoju. Niesamowite wrażenie.


Załoga Selmy
2018-01-02
Antarktyda, Dallman BayCZEŚĆ to MY, czyli MIŁE POCZĄTKI.


To my

Czyli pierwsza w tym roku załoga Antarktyczna jachtu Selma Expedition.
PIOTR i MARTA jako załoga stała oraz MY, międzynarodowa załoga szkolno pasażerska CAROL i ROY z Południowej Afryki oraz Adam, Andrzej, Krzysztof, Maciek, Marek Duży, Marek Mały i Grzegorz.
O musztrowaniu, prowiantowaniu, szkoleniu, i odprawach nie ma co pisać ponieważ odbyło się to dokładnie według planu czyli sprawnie według standardów i procedur Selmy.
W końcu płyniemy. Cieśnina Dreake’a dla niektórych Cieśnina Draki. Tej się obawiało każde z nas, a tu pierwsza niespodzianka. Kolejny dowód na to, że dobrym szczęście sprzyja i Pan Bóg darzy. Cały czas wiatr 20 do 25 węzłów z kierunków północnych utaj nie tak jak u nas na rodzinnej półkuli północnej jest to cieplejszy kierunek wiatru. Mimo to wszyscy marzniemy, a Piotr twierdzi, że tak ma Być bo ludzie lodu mają być twardzi i nieczuli na temperaturę i niewygody.
Toast Sylwestrowy kapitan zaserwował szampana zastał nas jak na żeglarzy przystało "w morzu i pod żaglami". Wiatr o sile 3B tym razem z SW, a My płyniemy dokładnie na południe pod żaglami z szybkością 5 węzłów. Pełna magia, czyli tak spełniają się marzenia.

NOWOROCZNY SPEKTAKL HUMBAKÓW czyli powitanie Antarktydy.
W samo południe jak w filmie przed naszym pierwszym antarktycznym kotwicowiskiem w zatoce DALLMAN BAY byliśmy wprost zmuszeni, najpierw do stanięcia w dryf, a później do manewrowania pomiędzy wielorybami oglądając SPEKTAKL HUMBAKÓW. W zatoczce tej spotkaliśmy około 30 żerujących humbaków. Polowały one na kryl. Odbywa się to w grupach od 2 do 7 wielorybów Grzegorz w końcu w ich istnienie nie uwierzył. Odbywa się to w ten sposób, że najpierw 1 lub 2 osobniki nurkują i zataczając koło o średnicy mniej więcej 20 metrów i stawiają zaporę powietrzną powodującą, że przestraszony kryl zbija się w gromadę. A wtedy od spodu wyskakują z otwartymi paszczami pozostali myśliwi, nabierają kilka metrów sześciennych wody z krylem po czym z zadowoleniem prychają, przeginają się i ponownie nurkują radośnie pozdrawiając wszystkich ogonami. Widok jak w filmach NG, tylko lepiej, bo widziany na żywo.
To jeszcze nie koniec atrakcji dzisiejszego dnia. Po powyższym spektaklu dopływamy na kotwicowisku cumując "na pająka" w zatoczce na północno wschodnim cyplu wyspy Omega. "Na pająka” to znaczy kotwica i minimum dwie cumy, które doczepiliśmy do skał na brzegu. Myśleliśmy, że to już czas na odpoczynek a tu kolejna atrakcja, czyli zdobycie szczytu na pobliskim lądzie. Wycieczka miała być tylko na 30 minut, a wyszła ponad dwugodzinna wyprawa. Piotr nas nią zabił. Większość z nas obiecała sobie, że nigdy więcej bo my nie piechota ale i tak tego na pewno nie dotrzymamy.

Załoga Selmy
2017-12-28
Ushuaia
Oddali cumy fot.Ola Sobczak

Przedwczoraj na pokład weszła nowa załoga: silny skład siedmiu opływanych panów plus urocza para z Republiki Południowej Afryki. A wczoraj do ostatniej chwili czyściliśmy, przykręcaliśmy, Piter wjechał na maszt. Siedzę przy kabestanie, asekurując i słyszę: no, przy takiej publice jeszcze na maszt nie właziłem, jako żywo, cały nowy skład i ludzie z zaprzyjaźnionych łódek byli świadkami maszt-checku. Zabezpieczaliśmy luzy na śrubkach, postawiliśmy zszytego dużego kliwra, naszego Yankee. Ale z każdą czynnością wiedzieliśmy, że nas nieuchronnie zbliża do momentu oddania cum. Podając około piątej po południu ostatni kawałek łączący Selmę z keją szpringa miałam wrażenie, że ktoś mnie dźga w serce, którego kawałek na pewno zostawiłam na pokładzie. Razem z okularami przeciwsłonecznymi i zupą grzybową, hyhy. Może się o ten kawałek potkną, wybierając luz.
Na szczęście przed wypłynięciem znalazł się czas na tradycyjną imprezę w afasynowym klubie Quincho prowadzonym przez nieocenioną Roxanę, w znakomitym towarzystwie zaprzyjaźnionych, podobnych nam antarktycznych dziwadeł z innych jachtów, z doskonałą muzyką jazzową na żywo, nawet sobie z Piotrem potańczyliśmy, a jak, wróciliśmy na Selmę o świcie :)

Siedzę i patrzę w słońce wysoko na niebie po dwudziestej, czytam mail od Pitera: minęli Horn, oby Neptun był im życzliwy i wiem, że coś się musi skończyć, żeby mogło się zacząć. Jutro Buenos Aires, potem Iguazu i Urugwaj, zaczynam wracać na północ. Ale gdzieś głęboko będę jak zwykle, nie zawsze świadomie, odliczać dni do kolejnego rejsu. I nadal widzę oddalającą się w Kanał Beagle a czerwoną rufę. Wiatru w żaglach!


Selma ruszyła w następnny rejs fot.Ola Sobczak

Ola Sobczak
2017-12-24
2300
Ushuaia Gwiazdkowa szanta dla "Selmy" (muzyka: Marta Grabowska, słowa: Ola Sobczak)

Na końcu mapy jest taka keja,
gdzie na pierwszą gwiazdę czekasz do północy -
żeglarze tu przywożą marzenia i nadzieje;
posłuchaj! Usłyszysz ich głosy -

W cichej szancie pod dwoma masztami
przy burcie rudej jak płomień
dziel się opłatkiem i podziel się snami,
a resztę dzisiaj pomiń.

Na tej kei życzenia brzmią jak zaklęcia
wiatrów dobrych i Krzyża Południa;
za tobą kilwater i szczypta pamięci
o tych milach od Szczecina do grudnia.

W cichej szancie...

Zostaw więc dziś w messie puste miejsce,
przyjdzie, zapowiadany mew krzykiem -
w progu stanie, oczy będzie miał niebieskie,
a serce mu zwiążesz półsztykiem -

W cichej szancie...


Dopłynęliśmy, Nasi Wszyscy Drodzy. Dzisiaj przed południem czasu argentyńskiego.
Wprawdzie Neptun usiłował nas przytrzymać dwie-trzy mile przed portem, serwując antarktycznych pięćdziesiąt węzłów, ale od paru godzin jesteśmy w znanym selmianom dobrze klubie Afasyn. Jacht drży od podmuchów, ale wypoczywa, my z nim. Odpływ. Patrzę na rozsłonecznione góry i miasto znad drewnianego pomostu, jeszcze nie bardzo rozumiejąc, dlaczego ten wiatr oznacza już tylko dźwięk want, fału uderzającego o maszt i elektrowni-wiatraka na rufie. Przechyłów brak, wskaźnik przede mną w nawigacyjnej pokazuje uparcie 0.0 kt, chociaż serce nadal w przechyle :)
Dzisiaj wspólna wigilia, jesteśmy pod wrażeniem piernika Oli Kocewicz, dojechał z nami aż na ten koniec świata, nadal przepyszny, bardzo dziękujemy i ściskamy z daleka; od jutra prace kształtujące charakter, czyli przygotowanie ukochanej łajby dla nowej załogi, oby jej czas był równie piękny jak nasz. Czternasty października - dwudziesty czwarty grudnia. Niecodzienna data przy pieczątce z lokalnej prefektury. Dziewięć i pół tysiąca mil. Kilka portów, parę cennych znajomości, krajobrazy wpisane gdzieś głęboko pod czaszkę, a za trzy dni pewnie i ze dwie łzy, gdy będziemy pomagać oddawać cumy.

Wszystkim Bliskim i Kochającym życzymy wspaniałych świąt. U Was juz dawno pierwsza gwiazda, tu jasno, więc przez tę niezwykłą przestrzeń Ziemi Ognistej i oceanu wysyłamy ciepłe myśli na północny wschód. Do zobaczenia.

Piotr, Ola S. i cała załoga "Selmy"
2017-12-24
1600
Selma
Wszystkim Żeglarzom i Naszym Przyjaciołom życzymy pogodnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęścia i wiatru w żaglach w Nowy Roku!

załoga Selmy




.
2017-12-24
1200
Kanał BeaglePrzekuwanie nazw na mapie na oglądane widoki: definicja spełnienia, jedna z licznych. Cieśnina Magellana, Isla de Los Estados, Bahia Buen Suceso. "The route between Rio de la Plata and Cabo San Diego, the SE extremity of the continent, is considered, without exaggeration, one of the toughest a yacht is likely to meet.
A long record of wrecks, accidents and misfortunes, amplified by time, could not but strengthen the discomfort sailors feel leaving Mar del Plata." - za Przewodnikiem Nautycznym po Patagonii i Ziemi Ognistej autorstwa Marioliny Rolfo i Giorgia Ardrizzi.
Nie dość zatem, że nazwy rodem z powieści przygodowych i nikomu nie opowiadanych marzeń nabrały kształtu - to jeszcze okazuje się, że kozaki jesteśmy jak ta lala :D
Cieśnina Le Maire nas właśnie puściła, brama przeciwnych prądów i niekorzystnych pływów się otworzyła;


W pośpiechu fot.Marzena Włodarczyk

Piterowi parę dni temu włączyła się ponownie opcja "tyran", stał nad każdą wachtą, wywierając presję, wygłaszając groźby w stylu "słuchajcie, musimy gnać, musimy wejść w Le Maire'a do dwunastej w południe dwudziestego trzeciego, bo inaczej będziemy dwudziestego piątego wieczorem. Może." Nie ma to, jak odpowiednia motywacja, wspólnym wysiłkiem tyran z uciśnioną załogą wszedł w Cieśninę niemal co do zaplanowanej minuty.
Do celu trochę ponad sto mil, trzymamy się blisko lądu, z prawej burty nie widziane od dziewiątego listopada zjawisko - zieleń i zrudziałe łaty roślinności na Wielkiej Wyspie Ziemi Ognistej, słońce przebija się trochę przez szare chmury, ocean przybrał stalowy kolor godny szerokości poniżej pięćdziesiątego równoleżnika, minęliśmy Wysepki Żaglowców, mrozi trochę myśl, skąd te oderwane od lądu, ostrawe skały wzięły nazwę.


Refowanie fot.Ola Sobczak

Chłodno, przeprosiłam się po raz pierwszy od Morza Północnego z rękawiczkami, chociaż stopom nadal lepiej jednak robi bezskarpetkowość :)
Od wczoraj zresztą wieje w sposób selmiańsko przeze mnie kojarzony z przedmurzem Arktyki i Antarktydy, chłodno, czasem trzeba przywalczyć, na pokładzie i w kambuzie, refowanie grota i zmagania z chlebem w piekarniku, zimny (dziewięć stopni) prysznic z dziobu i brak wody w zlewie przy ostrym przechyle, sól życia i nie ma, że boli. W sterówce para z ust leci, prawidłowo się naszemu jachtu zrobiło, temu jachtu :)

Albatros fot.Wojtek Mandela

Jutro będziemy? Omamuniu. Za nami ponad dziewięć tysięcy mil, ponad dwa miesiące na pokładzie i parę stref klimatycznych. Za mną takoż lista lektur długa jak wąż, poza "Przewodnikiem" już wymienianym Eco w kilku odsłonach, Kołakowski, Wańkowicz, kawałek Prousta, kawałek "Oceanów Świata", Janusz Głowacki razy dwa, Roberto Bolano (mniam), absolutne nieporozumienie, czyli książka siostry Chrisa McCandlessa (tego od śmierci w porzuconym autobusie na Alasce), Maeve Binchy i nieudane podejście do zachwalanego Nesbo. I kawałki o odkrywcach z selmowej biblioteczki. W domu nie miałabym aż tyle czasu, w sumie bardzo okej.
Otwarty ocean zostawiliśmy za sobą (tu cień smutku jednak), wchodzimy w Kanał Beagle'a, idę patrzeć na ląd.
Póki co nie mam go dosyć. Do jutra!

PS Kochany Basiorze, dziękuję za smsy. Ciepło mi od nich, nawet gdy się parą z ust oddycha :) Zdjęcie Marzena Włodarczyk w pospiechu Wojtek Mandela Albatros

Ola S.
2017-12-21
Atlantyk Południowy
Zachód fot.Ola Sobczak

Jak na jeden rejs i ósemkę na pokładzie, urodzinowo obrodziło - przedwczoraj wieczorem na pokład wyjechały bułki z oliwkami, ciasto z kawałkami czekolady oraz pikle, świętowaliśmy kolejne okrążenia słońca przez Olę M. i Wojtka, odpowiednio 19 i 18 grudnia. Spełniono symboliczne toasty czerwonym Primitivo i białym australijskim Chardonnay, odśpiewano tradycyjnie co trzeba w swingującym rytmie odsalarki, imprezę zamknięto o północy, czyli godzinę po zachodzie słońca, pourodzinowej wachty do czwartej rano nie zaliczam do najłatwiejszych, chyba po raz pierwszy w tym rejsie odliczałam kolejne odcinki dziesięciominutowe za sterem, zwłaszcza że polegały na kołysaniu się nad kataryną pod nogami a przed rozgadanym skrzypiąco grotem na płaskim raczej oceanie; z wdzięcznością przyjęłam dobrą nowinę, że jako podwachta mam a) wybrać kontraszot bezana, b) iść do koi. :) ledwo stół w messie ominęłam biegnąc spać, hyhy.


Po urodzinach fot.Ola Sobczak

Był to też jeden z wieczorów niby codziennego, a jednak niepowtarzalnego spektaklu "Sunset Over Selma", premiera ponad dziesięć lat temu, prapremiera październik 2017. Trochę trudno słowa dobrać, żeby opisać, grafomanią jakąś zaczęłoby jechać, dość, że postrzępiony róż sięgał nam nad top, a Atlantyk podbiegał czerwienią pod burtę niemal pod jej kolor. W mieście (jej, abstrakcja pełna, samo słowo "miasto" dziwnie się pisze, o wymawianiu nie mówiąc) hasło "chodź, zachód słońca mamy" nie wywołuje takich emocji. W mieście trudno też o delfiny. I o wieloryby. A u nas - para delfinów Peale'ego bawiąca się pod dziobem. Wczoraj - stado wielorybów, wali karłowatych najpewniej, pasące się na sporym obszarze, jakąś wyjątkowo atrakcyjną paszę chyba im podano, przez dobre dwie godziny były wszędzie, zapowiadane pióropuszami wody, bliżej, dalej, z obu burt i od rufy. Dzisiaj - niebywałe zupełne delfiny Commersona, biało-czarne, jak w negatywie fraków, w płytkiej (45 metrów) wodzie blisko lądu i ujścia rzeki, kilkanaście obłych kształtów pędzących pod kadłubem z jednej burty na drugą, skaczących, po kilka naraz, takich jeszcze jak żyję nie widziałam. Gdy się wyciągnie ramię z kosza dziobowego, ma się wrażenie, że jeszcze kilka centymetrów, a będzie można ich dotknąć, a one lecą pod powierzchnią wody, czasem kładąc się na boku, i można przysiąc, że w oku obserwującym naszą burtę jest obietnica porozumienia, i że dzieli nas mniej, niż by się mogło wydawać, "Wielki błękit" i Jacques Mayol się kłaniają, proszę mnie przytrzymać, gdybym za bardzo chciała do delfinów :)


Delfiny fot.Ola Sobczak

Miało jeszcze być o lekturach podróżnych, ale na to przyjdzie jeszcze pora - trudno uwierzyć, że za parę dni będziemy w Ushuaia i skończy się świat w przechyle, nie wiem, jak będę zasypiać bez rozkołysanej koi, a łóżek wodnych nie znoszę. :)
Serdeczności dla naszych wszystkich Ważnych z płycizny pod Puerto Deseado.

PS Dzisiaj z Marzenką wzięłyśmy swój pierwszy w życiu namiar sekstantem na ciało niebieskie. Nie, nie chodzi o poobijane w kambuzie kopytka. O słońce chodzi. Albowiem Piter przeprowadził zajęcia wprowadzające z astronawigacji. Deklinacja (pół życia jako lingwista posługiwałam się innym jej desygnatem), GHA, poprawki ze względu na refrakcję, kolejne bo paralaksa, ALP, alidada, pora dnia i roku, włączyć stoper przed wzięciem namiaru, blask Aldebarana. Welcome to the house of fun :)

Ola S.
2017-12-19
Atlantyk PołudniowyPrzytrzymało nas na wysokości Puerto Madryn i wypuścić trochę nie chciało - zapowiadany sztorm okazał się przesadą, żeby nie powiedzieć kaczką dziennikarską, nie mylić z albatrosem. No dobrze, wczoraj przywiało. No dobrze, do czterdziestu paru węzłów w porywach. I trochę się trzeba było przyłożyć do sterowania, szczególnie,że prędkość mieliśmy żadną, a fale konkretne. Ciemnoszare, strome, z grzywaczami jaksiemasz. Się przyostrzyło za bardzo - i efekt w postaci steru wyłożonego całkiem na prawą burtę gotowy, i weź tu potem wróć sensownie w lewo, i weź niekontrolowanego zwrotu przez rufę w takich warunkach nie zrób. Zwłaszcza, że za plecami cztery osoby z refowaniem bezana walczą. Auć.


Otoczeni kutrami fot. Piotr Kuźniar

Znacznie bardziej widowiskowym zjawiskiem była napotkana na środku wody flotylla chińskich statków rybackich. Anonsowana zresztą od dwóch nocy łuną. Łuna, miasto znaczy? Zaginione jakieś chyba, z gatunku tych, co to zostały posłane do Erebu przez niedobrych bogów, bo na mapie nie ma. Ola M. i Marta obstawiały yyyyy zatrzęsienie meduz z rodziny planktonów świecących :)


Kuter do połowu kalmarów fot. Piotr Kuźniar

W nocy odchodziło łowienie kalmarów w światłach godnych stadionów, w dzień - wzajemna obserwacja. My ich, oni nas. Mateusz: "Otaczają nas grupkami, po siedemnaście sztuk". Jedna z chińskich nie-dżonek zbliżyła się do nas, wywiesiła banderkę narodową na śródokręciu, po czym kilka osób zaczęło machać i wołać do nas z rufy. W odpowiedzi rozwinęliśmy naszą banderę rufową (coraz bardziej zmęczoną podróżą, orła nam już trochę ujadło, niestety) i równie radośnie odmachaliśmy. Fajny gest, fajna sytuacja.
Nieco mniej fajna spotkała nas z końcem pseudo-sztormu. Wszyscy pod pokładem, szaro, na wskaźniku bidne cztery węzły, kurs niekorzystny, głównie wjazdy i zjazdy po zafalu. Jako że towarzystwa sporo, głowę zaczynam mieć obrotową jak sowa. Z prawej burty Chińczyk ustawiony równolegle. Luzik. Po czym przedstawiciel Państwa Środka zmienia kurs i idzie prosto na nas. W odległości kilku kabli. Wołam Piotra. Włączamy silnik. Odchodzimy w lewo. Chińczyk nas mija, niemalże widać miny skorupiaków na kadłubie.
Piter, człowiek delikatny, sugeruje, że po iluśtam miesiącach w morzu się panu (pani?) nudziło i nowość w postaci polskiego jachtu postanowił(-a) obejrzeć z bliska. Pozostałe komentarze, w tym własny, zmilczę. :)
Dzisiaj dzień pogodowo magiczny, chociaż słabowiatrowy. Słońce, ciepło, albatrosów wokół łodzi zatrzęsienie, pojawiają się też rybitwy, jedna usiadła na koszu dziobowym, balansując na cienkich nóżkach i unosząc rozwidlony ogon. Tak bezchmurnego nieba nie widzieliśmy od czasów przedrównikowych; słońce zaszło po dziesiątej wieczorem, zostawiając smugi od złotych po indygo, łunę widziałam jeszcze przed północą.

Serdeczności dla Bliskich w kraju. Myślimy o Was. Gdy się zobaczymy, w Polsce też dni będą już coraz dłuższe. :)

PS Godzinę temu zeszłam z wachty, jest trzecia w nocy. Przywiało baksztagowo! O drugiej postawiliśmy z Mateuszem dużego kliwra, silnik umilkł, idziemy z prędkością ponad siedmiu węzłów. Niebo pełne gwiazd po horyzont, myśliwy Orion na tej półkuli postawiony na głowie, Wielki i Mały Obłok Magellana między bezanem i grotem, ciągniemy kilwater pełen świecących zielono żyjątek.
PS2 Do celu około dziewięciuset mil.

Ola S.

PS Serdeczne przedświąteczne uściski dla Celinki, Hani, Doroty i Leszka.
Dziękujemy nieustająco wszystkim za smsy. :-)

Piotr
2017-12-15
Atlantyk PołudniowyPo pierwsze, dzisiaj Marzenka wygrała konkurs na tytuł łowcy zwierzyny: najpierw zaoczyła fokę z lewej burty, mały, obły, ciemny łepek, który znikł szybko z pluskiem. Następnie - zawołała nas, żebyśmy obejrzeli kolejne wieloryby, czyli orki; żadne tam karłowate, pełnowymiarowe, duże, blisko. Po dwudziestej drugiej. Bo jasno mamy o tej porze, grzejemy na południe i na zachód, dni wstają około szóstej, gasną po dziesiątej, zamykając luk kilka minut temu nadal widziałam jasną, złotawą smugę na zachodzie, a jest za dziesięć jedenasta.
Po drugie, w tych szerokościach różnice między warunkami o różnych porach dnia są przepastne. W połowie wachty porannej upociłam się o ósmej jak mysz w połogu, że zacytuję przyjaciółkę moją Helenę (pozdrowienie Ci, cara), szorując z Piotrem genuę z plam ze smaru z rollera w spodniach sztormiakowych i bawełnianej bluzce. Wiatru ani na lekarstwo. Sukienczyna jakaś jachtowa zatem, bo ciepełko. A wieczorem? Na kolejnej szychcie o siódmej zastałam mgłę, z chłodem osiadającą w kokpicie i na nadbudówce, koło sterowe ziębiło ręce, więc jeszcze jedna warstwa ciuchów. Marta, zmieniając mnie: "O, rosa ci na włosach siedzi". Kingston natychmiast, lustereczko, powiedz przecie - i faktycznie, srebrnawy czepek z drobnych kropel. Słonych.


Mgła

A sama pogoda cudaczna trochę i niepokojąca, chyba czuje się zapowiadany prognozą na sobotę sztorm, zimna tarczka słońca stała wieczorem za białą zasłoną, ocean pociemniał i ochłódł do siedemnastu stopni, niby jedziemy sprawnie około ośmiu knotów, przywiało, a potrzeba nam wiatru z dobrego kierunku bardzo, ale woda jest cicha i mam wrażenie, że coś wisi w powietrzu. I to miało być po trzecie.


Rano została tylko rosa

PS Dzisiejszy sms ucieszył mnie jak nie wiem co, i będę jutro wieczorem czasu polskiego patrzeć w kierunku North-East. Ściskam Was, cała moja Ekipo Hieronimowa, Heleno, Maksiu i Pozostali Niewymienieni ale Równie Drodzy, bawcie się pysznie i wznieście szkło "for those in peril on the sea", będę z Wami duchem, więc się nie zdziwcie na widok mglistego sztormiakowego odbicia w maksowej szybie balkonowej :) - a ciałem w styczniu.

Wasza, przedsztormowo, Ola S.
2017-12-12
Atlantyk Południowy
Suszenie genakera fot.Piotr Kuźniar

Trudno wybrać kluczowy wyraz ostatnich dni.
Odsalarka? Ruszyła, woda pitna się robi, dwanaście i pół litra na godzinę, pierwszego dnia spełniono dwie szklanki niesolanki, "za dzielne jachty i ich załogi", radość w połączeniu z niedowierzaniem, że można się wykąpać w pełnej butelce i w pełnej misce wody. Naraz. NARAZ! Odsalarka jest w ogóle fajoska, rurę do niej podłączono przepiękną, przezroczysto-niebieską, robi "ui-ui" w rytmie (Marta mówi, genialnie zresztą) "lollipop-lollipop" (tempo na cztery), tańczyć się da, więc tańczymy. Póki co solo i nie wszyscy. Kwestia czasu.
Wieloryby? Stoi się, proszę państwa na pokładzie, kontemplując kolejną - płaską jak sadzawka, z odbiciem własnym, a jakże - wersję powierzchni oceanu, i widzi się pióropusze wody. A pod pióropuszami trzy-cztery cielska w kolorze kawy z mlekiem lub beżowym, zdania były podzielone, ale że połowa składu to daltoniści z urodzenia, można wybaczyć. Zresztą gdy przemieściły się za rufę - wyglądały już na ciemnoszare. Orki karłowate? Za duże. Nie wiemy, niestety, na pewno. Na dzisiaj trzeba zaplanować inne i bliżej.


Po drugiej stronie lustra fot.Ola Sobczak

Albatrosy i inne kaczki oceaniczne zwane również (przez Mateusza) wronami atlantyckimi? Wśród albatrosów i kaczek stwierdzono wędrownego, dzisiaj rano. Spory to on jest. Poza tym odwiedzają nas czarnobrewe. Oraz nawałnica nawałników i petreli. Brązowe jakieś takie dominują.
Atlantyk ma różne wersje
Różowe błyskawice? Spod niedużej ciemnej chmury na poza tym rozgwieżdżonym niebie? Przy szkwałach do sześćdziesięciu knotów? Omamuniu. Najpierw się "Selma" kładzie na prawej burcie i trzeba się namęczyć za sterem. Potem "Selma" bardzo bardzo chce ostrzyć i trzeba się namęczyć za sterem. Zanim się ten pożądany kurs ustawi. Po czym kurs odpływa w niebyt i się okazuje, ze trochę za dużo żagla jednak mamy. Dryf, światła manewrowe, pokład w środku cały na biało, natychmiastowe wrażenie, że się człowiek znalazł w symulatorze, nie ma wokół żadnego Atlantyku, granicą świata jest reling, te szkwały to tylko efekty specjalne zrodzone w umyśle zdolnego programisty. Tym bardziej dziwnie się robi, gdy klarujemy i wiążemy genuę na lewej burcie, a ta lewa burta tak nisko, że ocean (ten z symulatora) wchodzi nam na pokład, zalewa złote trzewiczki w postaci crocsów, siedzi się w środku nocy trzydzieści centymetrów od dziwnej, czarnej, spienionej wody, a potem po kostki w tejże wodzie, która okazuje się ciepła.
Wczoraj w ciągu dnia nadal mocno wiało, w promocji doszły fale, jakich w tym rejsie jeszcze nie widzieliśmy. Stoki, takie do nart zjazdowych, granatowe. Fala z lewej, jakby do połowy masztu, patrzy się na jej podstawę, jazda w górę, patrzy się na horyzont z perspektywy dziesięć metrów wyższej, niż parę sekund wcześniej, zjazd, roller-coaster. Czasem addendum: Idący ze skrętem od dziobu prysznic pełen małych tęcz, całość na sternika.


Marta za sterem fot.Ola Mnich

Należy kochać swój sztormiaczek, on cię od wiader chroni. Bez kryptoreklamy będzie, ale nie po raz pierwszy obiecuję sobie, że napiszę po rejsie do Znanej Firmy z podziękowaniem, opisem i zdjęciem. :)
Budzę się dzisiaj - i stwierdzam, że idziemy na silniku, w kambuzie "ui-ui" do beczki wodnej, żagle, które z Piotrem i Mateuszem rozrefowaliśmy o trzeciej nad ranem, są zwinięte. Słońce jak z bajki. Znów trochę czekamy na wiatr.


Cztery gracje fot.Piotr Kuźniar

Do Ushuaia tysiąc czterysta mil z okładem.

PS Medal dla Oli M. za wczorajszą owsiankę. Z suszonymi jabłkami z Podlasia!
PS Wszystkich korespondentów z Iridium prosimy o a) wysyłanie smsów ze strony (inaczej nie dochodzą), b) zaznaczanie, kto jest adresatem wiadomości, c) podpisywanie się :) dziękujemy!

pozdrowienia
Olu zdrowiej szybko. Serdecznie pozdrawiamy Cię z Selmy. Przy śniadaniu wspominana jesteś co dzień hasłem: podaj Kocewicz proszę (to o Twoim sosie). Ściskamy ciepło. Załoga Selmy.

Ola S.
2017-12-06
Atlantyk Południowy

Mamy rejsowy rekord przebiegu dobowego: dwieście dziesięć mil. Nic dziwnego, słońce i wiatr, czyli późna wiosna atlantycka, wczoraj daliśmy czadu, "przechyły i przechyły" i fala za falą, te rzeczy, znakomicie się stoi za sterem, przy dziesięciu węzłach wszystkim się paszcze cieszą aż miło, opaloną i białą od soli stopę należy zaprzeć o podstawę siedziska sternika, szelki człowieka podtrzymują, następnie "wio, siwki", że zacytuję Borchardta.
Wczorajsze popołudnie i wieczór wyzłociły nie tylko powierzchnię wody, ale i kabestany, a nawet luk w messie, czyli dogodne stanowisko obserwacyjne grota. Dzisiaj słońce wstało przy księżycu jeszcze wysoko, kolory impresjonistyczne, i co z tego, że zrobiło się trochę chłodniej. Idziemy granatowymi wąwozami wśród sporych fal, fregaty polują niziutko, pojawił się też burzyk; uratowałam od nieprzyjemnej śmierci dwie kałamarnice, które wleciały nam na pokład, są miękkie w dotyku, mają wielkie oczy, w stresie strzyknęły sepią, którą mam teraz na koszulce, przyrzekam, że nie przyjmuję żadnych substancji zmieniających świadomość, chyba że Piter coś do drugiego zbiornika wody dodał, gdy nikt nie patrzył (przed czwartą nad ranem?).
Mikołajki mamy, Marzenka z tej okazji wykonała prawidłowe ciasto, doskonałe z dżemem, niestety-niestety, proszę państwa, się pochłonęło trzy kawałki i teraz człowieka od ciasta i od trzech wypitych od wczoraj kaw nosi, wachtę mam za godzinę, obiecałam skipperowi, że skanalizuję energię i będziemy w Buenos jutro, może na mojito wpadniemy, a skipper na to, że mnie trzeba będzie związać, bo naprawa steru dużo kosztuje, i gdzie tu wdzięczność, do cholery. Podobno nam się spieszy. (Mateusz robi znienacka "bu" gdy się tego nikt nie spodziewa, po czym pada informacja, że martwego sektora nie pilnuję. Mateusza jakoś nie spotykają groźby karalne o związaniu. Pora na zmiany? "Bunt na Bounty"? Szkoda tylko, że nie pamiętam, dla kogo rzecz się skończyła niekorzystnie.)
Dobrze nam, generalnie. Czytamy. Piszemy. Powstaje "Gwiazdkowa szanta dla Selmy", o czym w którymś z kolejnych odcinków, czyli cdn.

Ola S. (w wersji króliczek Duracell)

Powietrze zrobiło się mimo słońca chłodne, nie ma też mgiełki. Miło zapachniało dalekim południem. ;-)

Piotr
2017-12-04
Atlantyk PołudniowyDwa stopnie na południe od Zwrotnika Koziorożca w czasie deszczu tuż pod powierzchnią oceanu widać setki świetlistych bąbli. Gdy spojrzeć w dół - niekończącą się kobaltową głębię pod zawieszonymi abstrakcyjnie stopami. Na powierzchni słychać plusk fal (tuż koło głowy) i dźwięk przewalającego się na boki grota (dwa kable za plecami). "Selma" w dryfie, kilkoro z nas znów w Atlantyku, na półkuli południowej jeszcze z burty nie skakałam. Tylną część kadłuba zamieszkały skorupiaki, nie da się ich wyprosić szczotką z krótką rączką, na falach rufa leci w górę i ciężko opada, tony czerwonej stali nieprzyjemnie blisko.

Wiatr z dobrego kierunku, przebiegi dobowe ostatnimi dniami w porządku, dzisiaj zjawił się sokół, co jakiś czas siadał na bezanmaszcie, może uda nam się dowieźć go bliżej lądu.

Sennie się jakoś zrobiło, w messie siedzimy milcząco z Piotrkiem tylko we dwójkę, inna dwójka w sztormiakach na wachcie, widzę ciemniejące sylwetki za idącymi w sterówce lewym halsem schnącymi ciuchami, reszta koleżeństwa rozpełzła się po kojach, zapewne przez szarość i mżawki od rana, ten wiatr niech sobie zostanie, przyda się, ale mógłby chmury rozwiać. Słońce pozwoli otworzyć luki, wysuszyć ręczniki i pranie, wyjść na pokład.

Na pewno jutro rano. Na pewno.

- Ola S.
p.s. Imieninowo przytulam mojego Basiora, serdeczności dla wszystkich selmiańskich Barbórek.

.
2017-12-02
Atlantyk Południowy
Genaker

Było już zdaje się, że genaker to chimeryczny artysta wymagający nieustającego dozoru. Dzisiaj się potwierdziło. Ósma dwanaście, pierwsza próba postawienia. Artysta w górę - stwierdzono rozerwanie wdzianka. Artysta w dół, łata z jednej, łata z drugiej. Dziewiąta pięć, próba druga. Artysta w górę - mam przejąć ster od Wojtka, krótka wymiana zdań, raptem dziwny dźwięk, mało istotny, znacznie mniej spektakularny od łomotu szekli i relingu, coś jak ciche klaśnięcie, i cały genaker leży z prawej burcie na wodzie jak biało-czerwona serweta. "Ekipa na pokład!" W czwórkę wciągamy żagiel, nim nabierze wody. Diagnoza: przetarty stropik na rogu fałowym. Piter, z uśmiechem: "Uzbrajamy go, nie ma o czym mówić, to znaczy na pewno będzie o czym opowiadać." Dziesiąta dziesięć, próba trzecia. Artysta w górę. Jedziemy, Kinski osiągnął swoje, należał się zwinięty wzdłuż lewej burty, postanowił znaleźć się w centrum uwagi. Skutecznie.

Genaker

Szerokości między równikiem a Zwrotnikiem Koziorożca należą ogółem do interesujących, najnowsza trzy-elementowa moda sterniczki porannej: dół od kostiumu, koszulka bawełniana, szczelnie zapięty sztormiak antarktyczny. Krótkie, ciepłe ulewy, spłukujące sól z żagli, z pokładu, z włosów, z rąk na sterze. Potem znów słońce, coraz wyżej i coraz dłużej.
Przekroczyliśmy półmetek, z konieczności przyzwyczajamy się do drobnych przejawów dyskomfortu. Świeżych owoców już nie ma, marchew się skończyła, po pomidorach zostały wspomnienie i pachnąca nimi skrzynka. Podpodłogowe znalezisko - ostatni kartonik skondensowanego mleka niesłodzonego - wywołało euforię, kawa dawno tak nie smakowała. Radzimy sobie, wachty kambuzowe stają na głowie. Chleb i ciasta prosto z piekarnika, zupy warzywne i nieśmiertelny kisielek, chyba i kolację wigilijną nim uświetnimy :)
Ale to za chwilę, póki co pchamy się coraz dalej na południe, znów messa się kołysze pod otwartym lukiem, a w luku chmury pod białawym niebem w lewo i prawo, słychać skrzypienie któregoś bloczka i wodę za burtą i posłuchałyśmy sobie z Martą Porębskiego na jednej parze słuchawek o gwieździe południowych mórz i proszę państwa, niczego mi teraz nie brakuje, a ta kropla na policzku to wcale nie łza. :)

Helenko, Bruno, bardzo ciepło Was wspominaliśmy naklejając dakron który dostaliśmy od Was!
Zresztą często wyciągamy skrzynkę z dakronem, marszpiklami i innymi przydasiami ubierając Selmę na nowo.
Trudno nie myśleć ciepło o czasie spędzonym w Camping marinie. Mieszkaniu na koszarce i oceanie serdeczności, która nas tam spotkała. :)
Piotr

Ola S.
2017-11-29
U wybrzeży Brazylii
Na pokładzie fot. Ola Sobczak

Przepłynęliśmy ocean po przekątnej, proszę państwa - nocą widać miejskie łuny. To jedyny wyraźny ślad obecności kolejnego kontynentu z prawej burty, za dnia woda i woda, w przesyconych słońcem falach nie dojrzy się brzegu. Atlantyk zmienia barwę, wszedł w ciemny granat; a przedwczoraj, gdy przepływaliśmy niedaleko zamieszkałego przez żółwie rezerwatu ścisłego, po raz pierwszy od tygodni zobaczyliśmy dno przy głębokości około trzydziestu metrów, a nad nim - przestrzeń jasnoturkusową, jasnobłękitną, landrynkową, jak ze zdjęć z dalekowschodnich kurortów all inclusive. Leżałam na lewej burcie z głową pod relingiem, wpatrzona w głębię - wiem, wiem, że nie wolno, ale gdyby można było zatrzymać jacht na chwilę, natychmiast bym poszła do żółwia :)
Wczoraj na sztag wróciła duża genua. Szyliśmy ją przez kilka dni w kokpicie - naprawa rozerwanego koło raksy liku, łata podlana kilkoma kroplami w przepięknym kolorze naszywanego dakronu - i wszyscy przyzwyczaili się, że mamy na czym leżeć w ciągu dnia i podczas wacht (Mateusz, do mnie: "coś się tak rozwaliła jak tygrys?") :D Kokpit opustoszał, chciałyśmy nawet z Martą potańcówkę urządzić, ale projekt upadł. Każdy kuk odetchnął z ulgą, żagiel już nie utrudnia dostępu powietrza do luków w kambuzie, a "Selma" idzie jak złoto około siedmiu węzłów na komplecie żagli z genuą. Uniknęliśmy halsowania pod Brazylią wpasowawszy się w cienki przesmyk między wiatrem a prądem, płyniemy wzdłuż kontynentu coraz dalej na południe.

Wachta 2 fot. Piotr Kuźniar

Wrócił księżyc. Wisi nad nami codziennie od popołudnia, przedwczoraj po jedynym od dłuższego czasu zwrocie ciągnęliśmy za sobą srebrny kilwater, nad którym nisko wisiała grottgerowska lampa, nocne wachty stały się jaśniejsze. A gdy księżyc zajdzie, płyniemy przez planetarium - wstało południowe niebo, niedawno zobaczyliśmy wyczekiwany od jakiegoś czasu Krzyż Południa, najpierw fałszywy, z Żaglem i Kilem u podstawy, a potem ten prawdziwy, niżej i w lewo, na boku, zupełnie jak my w przechyle :) Wczoraj przy maszcie pojawił się też wreszcie Wielki Obłok Magellana, wstęga Drogi Mlecznej ciągnie się od widnokręgu poza grotmaszt, jest proszę państwa magicznie i półkuli południowej nie da się ukryć.
Do Ushuaia trzy tysiące mil z niedużym okładem.

Ściskamy serdecznie wszystkich, którzy na to zasługują :)
PS Minęliśmy Recife - jedyni i niepowtarzalni Ago, Śpiewacze, Nagocie, Wojtuniu, Arturo, Jareczku: myślałam o Was i o rejsie na Barbados w 2015. Byli czasy, kochani, nie? Do zobaczenia jak najszybciej! O.S.

Ola S. i załoga
2017-11-24
Atlantyk, półkula południowa
Ranek fot. Ola Sobczak

Wczoraj po 21:00 przekroczyliśmy równik. Po czym kokpit pełen ubranej odświętnie załogi zalało białe światło znane z nocnych manewrów i z nawigacyjnej wyłonili się Neptun i Prozerpina.


Neptun i Prozerpina fot. Marzena Włodarczyk


Po chrzcie fot. Wojtek Mandela

Zielonolicy, w koronach, on z muszlą na rzemieniu na szyi, ona w zawoju w motywy marynarskie. Neptun zajął miejsce za sterem, małżonka obok na ławeczce. Po neptuńskiej przemowie do jeszcze nieochrzczonych Prozerpina postawiła "Selmę" w dryf i rozpoczęto chrzest tych-którzy-przekroczyli-próg. Do równikowej rodziny dołączyli: Mniszka Hawajska, Lampart Morski, Wydra Morska, Długopłetwiec, Orka oraz Narwal (szczególne podziękowania dla pełniącego wachtę kambuzową Lamparta za znakomite ciasto czekoladowe i ogarnięcie ponczu z cytrusami). Imiona nadano po rytualnym całowaniu Prozerpiny w kolano (było do wyboru: z blizną lub bez blizny :)), spełnieniu łyka grogu vel małmazji i poddaniu się działaniu chrzcielnicy, tej od mycia pokładu. Wydano stosowne wizytówki potwierdzające prawo do posługiwania się nowymi imionami. Wrzaski, śmiechy, wspólna kąpiel ochrzczonych w wodzie z beczki na rufie. A kwadrans po zakończeniu ceremonii królewską parę i przedstawicieli załogi równik ufetował fajerwerkiem.
Niebo rozcięła zielona smuga bolida-gigantycznego meteoru. W pierwszej chwili mieliśmy wrażenie, że widzimy flarę z przepływającego statku. Kula światła ciągnąca za sobą długi ogon, którego ślad był widoczny przez kilkanaście sekund. Na dobrą wróżbę, na bezpieczeństwo tych czterech tysięcy mil dzielących nas od Ushuaia.

Wstałam dzisiaj wcześnie, sprawdzić stan chleba wstawionego wczoraj do piekarnika przez Prozerpinę. W sterówce leżą dwie srebrne korony. Neptuna z małżonką już nie ma, mieli inne zobowiązania. Ale najwyraźniej zostawili nam pamiątkę.


Tyle zostało fot. Ola Sobczak

Dział pozdrowień
Marzena : uściski dla Emilki i Piotrka
Piotr Marzenka i Marta pozdrówka dla Alinki i Jodyny.
Info dla Oli zjedliśmy piernik na równiku. Pysznosci i dziękujemy.

Wasza, równikowo serdeczna -

Ola S.
2017-11-22
Atlantyk
Niebo fot. Piotr Kuźniar

Nowy grafik, czyli o rozpisce tyrana: otóż się czasem stoi za fajerą w pojedynkę. Przez godzinę, w ciągu dnia. Na maszcie bezana jest taśma do wpinania szelek bezpieczeństwa. Jak również telefonu. Słuchawki prowadzimy pod pachą. "Poranek" Griega, "Summer in Berlin" Alphaville, "Let Love In" Cave'a, "Drive Driven" Yello - wszystko działa jako podkład pod siedem węzłów. Surrealizm mariażu środka Atlantyku z chwilowym hałasem cywilizacji.


Selma fot. Piotr Kuźniar

Rozpiska przewiduje również wachtę świtową (przed ósmą rano) odpowiedzialną za obsługę wiadra i szczotki oraz konserwację powierzchni płaskich. Mycie pokładu, znaczy. Wiadro na długim, rudym krawacie za burtę. Poderwać w odpowiednim momencie, to znaczy zanim przejdzie linię ciała wachtującego. Woda, szczota, otwory w falszburcie.
Następnie cztery godziny zajęć terapeutycznych i kształtujących charakter, czyli robót dejmańskich. Wykonywanie opasek wszelkiej maści, szycie pokrowców na patelnie, naprawa elementów olinowania, zszywanie łbów krawatów, usuwanie drobnych usterek jachtowych. Nic dziwnego, że zaczynamy snuć marzenia. Do waypointu przed skrętem w Kanał Beagle'a jeszcze 4.300 mil morskich. Batyskafy zatem, survival na wyspach bezludnych i lądowanie ze spadochronem na lotniskowcu. "Pokaż mi swoje marzenia, a powiem ci, kim jesteś". :)
Szczęściem chwilowo w zupełności wystarczą zielona herbata z cytryną i najpiękniejszy pokój kąpielowy świata: rufa, wiadro (to od mycia pokładu), szampon, butelka ze słodką wodą prosto z beczki. I granatowe fale pod lekko wystrzępioną banderą.

Serdeczności od nas wszystkich


Wachta fot. Piotr Kuźniar

Jeśli chodzi o stronę żeglarską to wpłynęliśmy w zakola prądu równikowego. Woda gorąca. Pływają w niej wodorosty. Do równika już nie daleko chyba złapaliśmy południowo-wschodni pasat. Obłoczki i upał.

Pozdrawiamy serdecznie czytaczy.
Przychodzi do nas sporo smsów z hasłem niewłaściwe kodowanie USC2 - nie wiemy nawet od kogo.

Ola S.
2017-11-18
Atlantyk
Genaker

Temperatura wody - dwadzieścia osiem stopni. Z wiatrem słabo. Co robimy? Skaczemy! Nie sobie nawzajem do gardeł, aż dziwne, przy tyglu silnych osobowości i niewielkiej przestrzeni :)
Skaczemy z burty, skaczemy z dziobu, skaczemy z rufy. Do oceanu. "Selma" inaczej wygląda z perspektywy rozkołysanej powierzchni Atlantyku. Pode mną cztery kilometry wody, przez maskę błękit jak z palety, wokół granatowe fale, niższe- wyższe, po horyzont, żadnych dźwięków poza pluskiem, jedyną obietnicą bezpieczeństwa jest jacht w dryfie.


Kąpiel

Pół godziny, czterdzieści minut pływania, dobrze jest rozciągnąć wszystkie mięśnie, odpłynąć na sto-dwieście metrów, zanurzyć się z głową w chłodniejszej od powietrza wodzie, i wrócić - nie bez pewnego wysiłku - rufą do pływającego domu.
Pobieramy haracz od natury za tegoroczne słabe polskie lato; wpłynęliśmy w słońce, upały, wszyscy coraz bardziej opaleni, najprzyjemniejszym miejscem jest kosz dziobowy, tam jest nawiew nawet w południe. Się siedzi na dziobie, nogi oparte o kotwicę, nie słychać rozmów ani silnika, słońce na ramionach i stopach, luksus rozmyślań w namiastce samotności, aż człowiekowi inspiracje kambuzowe przychodzą do głowy w postaci karmelizowanych oliwek z octem balsamicznym i tapenadą pomidorową na krakersach z serkiem. Ograniczony wybór produktów na jachcie? Etam, proszę państwa; wrota kuchni fusion stoją otworem :)
Zresztą każdy kuk się stara, kambuz wydawał już naleśniki z nutellą i brzoskwiniami, racuchy z jabłkami, kluski leniwe i sałatki w dziesiątkach odsłon. Nie ma miękkiej gry ani łatwizny, hehe. Selma Lines synonimem wysokiego standardu usług. Business class i klub dla VIP-ów :)
W związku z czym trzeba posprzątać i umyć różne kąty, dzisiaj moja kolej. Kataryna pracuje. Pod pokładem bardzo ciepło. Luki pootwierane. Łodzią kołysze na boki, żagle zwinięte, średnio korzystna fala. Zmywanie i mycie kingstonów skończy się kompletem siniaków. Ale - jak wyżej - nie ma miękkiej gry.
Już prawie dwudziesta druga.
Dobranoc. Jutro znów na dziób!

PS Rano. "Tu zaszła zmiana". Nocą - zamknięty luk i deszczowy rytm, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Wachta od ósmej - ulewa, grube, gęste krople, ciuchy mokre w kilka minut, ciepło. Można umyć głowę za sterem, spłukać deszczem, patrzeć na kolegów myjących się w wodzie ze zwiniętej na prawej burcie genuy.
Słońce pomału wyłazi zza chmur. Ster, pomarszczona skóra na rękach, woda spływająca z włosów na kark, trochę napadało do kubka z poranną kawą - i nie ma miejsca na ziemi, gdzie by chciało się być bardziej :)
Podobnych nastrojów Wszystkim, którzy daleko a których kochamy.

PS Wysyłajcie smsy przez bramkę internetową ze strony. Przychodzi sporo smsow których nie możemy odczytać.

Dział pozdrowień:
Pozdrawiamy serdecznie Camping Marine i cały klan Kocewiczów. Co tam u Was słychać? Janek mówi że żyje i nic mu nie jest. Pozdrawia.
Ekipa remontowa przesyła głaski dla kota Bolka i pozdrowienia dla pana Stefana z koszarki.

Ola S.
2017-11-15
Atlantyk
Zachód fot. Ola Sobczak

Ruszył klub fitness "Za Tratwą". Ręcznik na pokład. Brzuszki. Pompki. Ćwiczenia na mięśnie ramion z użyciem ołowianych ciężarków nurkowych w przepięknym, lazurowym kolorze. W przechyłach pracują inne mięśnie, niż zwykle, w tym te, których istnienia się nie podejrzewało. Mateusz: "I po co się męczysz? Nie każdy musi być komandosem, w logistyce też ludzi potrzebują. Skrzynki z amunicją się same nie przeniosą." Nie rzuciłam ciężarkiem. Jestem fakirem oraz szlachetna. :)

Zdaniem Oli M. genaker jest playboyem. Po dwóch dniach uznałam, że genaker to nie playboy ani hipster ze Zbawiksa, ze "Sklepami cynamonowymi" pod pachą (nadal w celofanie, nie ma się czytać, ma się pokazać), zamawiający herbatę z miłorzębu japońskiego zbieranego w trzeciej kwadrze. Genaker jest na to zbyt pożyteczny, gwarantując dodatkowe węzły. Ale faktycznie dandys z niego, dandys wymagający, spuszczony z oka cuda wyczynia, zwija się z fochem i tłucze relingiem jak potępiony. Artysta. Strzemiński, albo Klaus K. z wczesnych filmów Herzoga.


Spokój fot. Ola Sobczak

Wczoraj rano pokład na dziobie i relingi wycieraliśmy z żółto-różowego osadu. Piasek saharyjski, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, dotarł na "Selmę" z odległości bez mała pięciuset mil. W melanżu z mgłą wodną otacza nas na widnokręgu podzwrotnikową zasłoną, nic dziwnego, Zwrotnik Raka ponad dwa stopnie za nami. Róż i sól na rękach, latające ryby wpadające nocą na pokład, część daje się uratować, inne lot w stronę światła przypłacają życiem. Skrzydła mają jak ważki, nad wodą w ławicy podobnie wyglądają. A zasłonę podzwrotnikową mamy i w nocy, Marzena mówi, że jesteśmy jak "Latający Holender", i coś w tym jest, horyzontu nie widać, pchani genakerem podróżujemy w ciszy, księżyc wstaje coraz później i coraz węższy, wczoraj wypłynął z mgły około czwartej jak łódka pełna waty, zostawiając na wodzie bladą ścieżkę. Nie należy zbyt długo o tym myśleć, jeszcze się na wachcie przed trzecią zobaczy na dziobie kogoś, kogo nie ma tam prawa być. A dzisiaj to moja wachta. Wprawdzie dzisiaj duża genua zamiast genakera, ale jednak.

Miłego wieczoru wszystkim na północnym wschodzie. :)

Ola S.
2017-11-12
Atlantyk, 3100 Mm pd SzczecinaDzień Niepodległości, marszu nie stwierdzono, ale bez bieli i czerwieni nie mogło się obejść. Wczoraj postawiliśmy dużą genuę - idąc pod trzema żaglami uznaliśmy z Wojtkiem, że fajnie byłoby zdjęcie "Selmie" zrobić, z kilkudziesięciu metrów, żeby tych niebywałych sto metrów kwadratowych dziobowych pokazać, w przechyle, w słońcu, w pełnej glorii i w ogóle :)
Po czym z forpiku wyjechał wór z genakerem. Biało-czerwonym, a jakże. Oglądali Państwo, Czytelnicy szanowni, film "Wiatr"? Doskonale. Genua zjechała, w ramach gier i zabaw pokładowych powstała, ponownie zjechała, genaker wydał filmowo wzorcowy dźwięk "Whomp!", jak na whompera przystało, świetnie się zza steru patrzyło na siódemkę pracującą przy żaglach, dokładając starań do kursu dwieście-dwieście dziesięć.

Dźwięk przedniego żagla się zmienił, jest ciszej, chwilami wydaje się, że płyniemy nad powierzchnią Atlantyku.
Wydęty genaker daje dodatkowe węzły, osiem knotów na wskaźnikach niesie nas w dobrym kierunku. Od Szczecina dzieli nas już ponad trzy tysiące sto przepłyniętych mil morskich.
Dzień Niepodległości. Trzy tysiące mil.

A popołudniem kolega Janek wypucował się, że ma urodziny. Ogólne poruszenie zrodziło kartkę urodzinową z "Żaglowcem" Ajwazowskiego i wojtkowe ciasto czekoladowe. Od skippera (Piter w białej koszuli, klękajcie narody :)) - dwa piwa olandrowe i trzy litry wody do prywatnego użytku. TRZY LITRY. Sześciokrotna dzienna racja ablucyjna. Rozpoczęto petraktacje z jubilatem, na forum i na boku. Osobiście zamierzam przehandlować kąpiel za wachtę kambuzową. TRZY LITRY!

Przed szóstą rano Orion nad prawą burtą ułatwiał sternikom życie, po czym zbladł razem z księżycem nad topem, gdy słońce wstało jak kulka lodów brzoskwiniowych za cienką warstwą chmur. Po całym dniu ciepła na pokładzie, po "Sto lat" dla Janka, z lewej burty znów nadciągnęły delfiny. Pod różowiejącym niebem. Gdyby ktoś cały ten landszaft namalował - wyszedłby kicz nad kicze, nawet bez jelenia i rykowiska. A tymczasem.. Że zacytuję Olę M.: "Selma Lines w rejsie turystycznym do Ushuaia zapewniła dzisiaj uczestnikom komplet atrakcji." :)

Piter pozdrawia klubowiczów - uczestników dzisiejszych regat na Optymistach.

Załoga Selmy
2017-11-09
Teneryfa, San Miguel
fot. Ola Sobczak

Póki co bujaliśmy się od portu do portu, relaksik, pranie (luksus!), gorący prysznic (drugi luksus!), kambuz wydawał zgodnie z fantazją kambuźnika, wody do mycia grzbietu ile chcieć. Dzisiaj zaczynamy inny etap. Drugi oficer z żelaznym chwytem nad sztauplanem oraz racjonowanie słodkiej wody do mycia, zresztą dwie beczki tejże zostaną umieszczone na rufie jako dodatek do dwóch ton w burtach. Pięćdziesiąt dni żeglowania, które zastąpi turystyczną rutę ze zwiedzaniami.
Będzie nas ósemka. Piter, Ola M., Wojtek, Jasiek, Marta zwana Małtą, Mateusz, Marzenka dołączająca dzisiaj oraz yours truly. Eight companions, the fellowship of the helm, ha ha :) one does not simply sail into Tierra del Fuego.


fot. Ola Sobczak

Dotarliśmy do mariny San Miguel na Teneryfie, wytarliśmy stare kąty, w tym stołki w znanym barze u Niny na wybrzeżu, dzbanek sangrii zimny i owocowy, wieczór zaliczamy do udanych. Dobry początek innego etapu, ha.


fot. Ola Sobczak

Kama i Rakun dzisiaj zsiadają, jakoś trudniej nam oddać cumy, pomimo słońca już tropikalnego. Jeszcze parę rzeczy do zrobienia, coś przy żaglach, coś przy beczkach, coś przy ostatnich zakupach. Popołudniem zapewne wypłyniemy. Arturo doniósł o słabych początkowo wiatrach, dostałam fajoskie zapewnienie, że postara się nas szybko doprowadzić do Ushuaia. Mam własne nieduże marzenie o Falklandach, kto wie. W razie czego zażalenie do Neptuna się wyśle. Parę tygodni, parę tysięcy mil morskich, masa czasu na oceanie, codziennie innym.

Ucałowania dla Basiora i dla kilku innych Ważnych Osób.

Cała załoga pozdrawia życzliwych na lądzie.

Ola S.
2017-11-06
Atlantyk w drodze na Wyspy KanaryjskieNiecałe trzy dni w Lizbonie - jednym z najbardziej niezwykłych miast portowych, jakie znam. Że fado i Alfama i potwornie turystyczny żółty tramwaj, trzysta metrów za trzy siedemdziesiąt - to wiadomo. Ale też rozkafelkowanie kamienic i antykwariaty z kartonami pełnymi kafli różnych, pnącza, smoki, statki, syreny. I sardynki w puszkach kolekcjonerskich, ceramiczne, na muralach i - przede wszystkim - na talerzu. I niespodziewane zaułki z dwoma stolikami i wiaderkiem sangrii, koty po nocy pod zamkiem, widoki na ujście Tagu i zatokę, a każdy inny; i różnobarwny tłum na granicy Europy i Afryki, tłum, któremu się nigdzie nie spieszy. Niby przed nami inne miasta, ale żal było odpływać.

W znanej już "Selmie" marinie Cascais wsiedli Kama i Rakun, duża radość, oddaliśmy cumy w dziewiątkę - i Neptun, zdaje się, przypomniał sobie o szczecińskim zobowiązaniu. Baksztagiem idziemy w stronę Wysp Kanaryjskich, o silniku nikt nawet nie wspomina.


fot. Ola Sobczak

Jest coraz cieplej, wczoraj przed południem minęliśmy "przylądek ciepłych gaci", że zacytuję Pitera, czyli Cabo de Sao Vicente. Skoro tak, to wachty w krótkich rękawach, znacznie łatwiej suszy się lekki zestaw po wchodzących do kokpitu dziadach, cha cha, o czym się dzisiaj z Martą przekonałyśmy na własnych słonych skórach. Baksztag - fitness aerobowy w pakiecie rejsowym, zakwasy po kręceniu sterem - check, ćwiczenia na mięśnie ud - check.

Już ponad dwa tysiące mil morskich dzielą nas od domu. Jutro wieczorem mamy nadzieję dotrzeć na Teneryfę. Chociaż wiecie, słoneczka, to zależy.. :) Serdeczności od nas wszystkich.

Ola S. i załoga
2017-11-03
Za nami La CorunaDorotka została w Corunii - co nie znaczy, że zniknęła z algorytmu wacht. Dorotka ma długie włosy spięte w kucyk. Albo brodę. Albo tatuaże. To zależy. Dzisiaj na przykład miała krótkie włosy pod turkusową czapką, szykując kanapki z pancernego chleba i sosu kocewiczowego. Zdarza się.

Za nami Biskaje, w znacznej części na silniku. Za nami Coruna. Za nami kontakt z "Roaldem Amundsenem", szkolnym żaglowcem z Kilonii. Nawiązano łączność, przeliterowano selmiańską nazwę, pochwalono się, że Selma dotarła wzorem kilońskiego patrona do Zatoki Wielorybów. A jak, niech wiedzą :) Planowano meeting, ale że po zmianie kursu na pływającą szkołę straciliśmy jakieś trzy węzły na prędkości, zrezygnowano. Podkówka i smuteczek. Oraz niepubliczny foch.


fot. Ola Sobczak

Nie wypada nie wspomnieć o jeździe pod rozgwieżdżonym do nieprzytomności niebem, dobę temu. Do dwunastu węzłów, z księżycem z lewej strony grota, lewa noga zgięta, prawa prosto, ster w kontrze do dziobu lecącego w lewo, i zjazd na fali w pianę po obu stronach. Bez trzymanki, proszę państwa. Aż żal, że się skończyło.

Obecnie słońce jak z katalogu, granatowe morze i delfiny po nocy; niedługo będziemy w Lizbonie, wreszcie krótkie spodnie i można leżeć na pokładzie na brzuchu, czytając, pisząc bajki o smutnym bezanie - to Ola M. - i wymyślając opłynięcie Hornu rowerem wodnym z Selmą jako partnerem strategicznym - to Mateusz. Wsiądą Rakun z Kamą. Nie możemy się doczekać. I trochę tęsknimy za tymi, co w kraju. Ci, co trzeba, wiedzą.

Ciepłe myśli na północny wschód.

fot. Ola Sobczak

Ola S.
2017-10-26
u progu Zatoki BiskajskiejTrasa przez Kanał La Manche przypominała kształtem zasieki na grotmaszcie. Prawy hals - kilka godzin w kierunku Francji - lewy hals - namiar na wybrzeża Jej Królewskiej Mości. I powtórka. Drugiego dnia patrzy się już na mapę z żywym zainteresowaniem, zawierając ze sobą wewnętrzne zakłady: a gdzie to mianowicie dzisiaj się człowiek znalazł? Skoro wiadomo, że niekorzystny wiatr to podwójna droga, potrójny czas i poczwórna lekcja cierpliwości, a wszystko w jednym niecodziennym pakiecie?

Nudno nie jest, w ramach czekania na wiatr odśpiewano wczoraj "Krakowski spleen" allegro vivace oraz bardzo głośno. Ola M. wykonała całkiem prawidłowe zęby z papieru z myślą o noku bomu. Umieszczono we właściwym otworze. Każdą wachtę nadzoruje obecnie wyszczerzona paszcza z czarną jamą całej długości bomu. Pojawiła się pierwsza atrakcyjna żywizna w postaci stada delfinów, zapewne delfinów zwyczajnych, zgodnie z uczoną księgą "Whales and Dolphins".

Przestało nadmiernie bujać, co sprzyja rozwojowi życia towarzyskiego i higienie (pusta butelka po "Staropolance", menażka gorącej wody, wygodny fotel kąpielowy w kingstonie). W nocy przyszła mgła i siadła na pokład. Prawą i lewą burtą mijaliśmy przedziwne kształty postaci czepiających się relingu. Statki na rucie z lewej pojawiały się w bladej poświacie jak widma. Został obrys łodzi i obserwacja radaru - czy nie pojawiają się rdzawe kropki zapowiadające towarzystwo: kutrów, kontenerowców, dużych statków pasażerskich.

Jest parę minut po dwunastej w południe. Wyłączyliśmy silnik. "Selma" kołysze się spokojnie pod szarym niebem, messa wraz z nią. Mam wachtę za dwie godziny, póki co herbata z mlekiem i książka. Piter ponownie zanurzył się w narzędzia i śrubki, układając je według nowego systemu. Życie jest doskonałe.
Czekamy na słońce. Jesteśmy u progu Zatoki Biskajskiej.

Uściski dla wszystkich, o których myślimy.

Ola S. i załoga Selmy
2017-10-22
Ramsgate, Anglia

Nadrabiamy zaległości informacyjne.
Wyszliśmy na Jezioro Dąbie, mając w perspektywie dziewięć tysięcy mil morskich dzielących nas od Ushuaia.

Oddaliśmy cumy osiem dni temu – kalendarzowo. Intensywność życia na pokładzie Lady in Red sugerowałaby, że dużo wcześniej. Jakby „Olander” Oli i Andrzeja (żeglarzy, selmiańskich przyjaciół, właścicieli szczecińskiego Campingu „Marina” PTTK – o nich można by długo) odprowadzał nas Odrą i żegnał syreną przynajmniej trzy tygodnie temu.

Bałtyk przyjął „Selmę” lekkim rozkołysem; październik ma swoje prawa – ospałość rozwlekła wszystkich po kojach. W Kilonii pomachaliśmy na pożegnanie Kubie i Wojtkowi, w prowadzący do Łaby stukilometrowy Kanał weszliśmy w ósemkę. Mijając współpodróżników mniejszych i większych, z szarym kolosem marynarki wojennej włącznie, spotkaliśmy jacht pod polską banderą – „To wy jesteście ta słynna Selma?” Oh yeah baby, oh yeah.

Z koksem ruszyliśmy po wyjściu z Cuxhaven. Towarzystwo się zmieniło: tankowce, kontenerowce, holowniki ze szpetnymi a długimi odwłokami, platformy wiertnicze za dnia wyłażące z mgły jak widma, nocą rozświetlone jak pływające miasteczka. Z UKF-ki schleyerowski wolapik rozmów morskich, pod pokładem prace porządkowe. Minęliśmy Helgoland.

A potem wkurzył się Neptun. Może nie tę whisky dostał na Dąbiu, niewybredny żartowniś. Szkwały do pięćdziesięciu węzłów i ołowiane chmury, fale i niespodziewane płukanie pokładu. Selma na lewym boku, z kliwrem nisko nad wodą. Kto został z suchym ciuchem pod sztormiakiem – ręka w górę. Stałam w sterówce po wachcie w mokrych polarach i przemoczonych szelkach, zmęczona i trochę zła. Ze spaniem ciężko: przez wiele godzin kajuta dziobowa unosiła się i po męczącej chwili opadała z łoskotem, jakby ktoś walił stalowym młotem w blachę. Żeby dotrzeć do brzegów Anglii, wielokrotnie zmienialiśmy hals – krótki, rwany sen z plecami wpartymi na zmianę w listwy pod jaskółką albo w trzeszczącą sztormdeskę.

Od dwóch dni stoimy w Ramsgate, czekając na korzystniejsze warunki pogodowe – odpowiedź straży portowej na kanale 14 „Selma Expeditions, go ahead” była wiarygodną obietnicą gorącego prysznica i pralni. Pierwszej nocy zerwało nam jedną z cumek: prognozy się sprawdziły. Stoimy wzdłuż falującej kei pontonowej, na której wieczorami gromadzą się stada tłustych mew. W oczekiwaniu na ustąpienie huraganu kończymy prace poremontowe. Pitera można zobaczyć głównie pochylonego nad przykrytym kocykiem stołem w messie, zawalonym skrzynkami z narzędziami, śrubkami, wkrętami i Buka wie czego jeszcze. Poprawiono niedociągnięcia z zasilaniem. Uszczelniono parę miejsc. Umyto nadbudówkę i pokład.

Szczęściem miasteczko śliczne, Anglicy uroczy (komandor z lokalnego jachtklubu użyczył z przeproszeniem własnego węża do wody) i morale ma się dobrze. Nie ma dnia, żebyśmy nie ryczeli ze śmiechu. „Nie każdy chłop z widłami to Zeus. Czy tam inny Neptun”. I coraz lepiej się poznajemy – interesująca zbieranina osobowości.

Wczoraj dystyngowany wieczór w jachtklubie w związku z oddawaniem komandorowi węża (po nie-do-cenzuralnego-opisania upchnięciu go w diaboliczny krążek z tworzywa sztucznego). Trafalgar Day gospodarze mieli. Rocznica 1805 roku, Nelson, te rzeczy. Visiting Yachtsmen Welcome. Panowie w smokingach, panie w tiulach i sukniach wieczorowych. Dorotka w ślicznym barankowatym polarku. Założyłam nowe białe trampki i koszulkę kaphornową. Cydr i ale. Elegancja.

Dzisiaj około dwudziestej polskiego czasu chcemy wypłynąć. O co pięknie się prosi chłopa z widłami.

Serdeczności dla wszystkich w kraju. Ode mnie – dla Basiora i Heleny w szczególności.

Ola