Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.

Sms-y wysyłane z komórek NIE DOCHODZĄ na Selmę.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Na poczatku wiadomości prosimy wpisywać adresata - unikniemy konieczności czytania całej i odczyta ją sam zainteresowany.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2020-03-10
Antarktyda
Noce na Oceanie Antarktycznym, fot. Adam Pałubski

9 i 10 marca 2020
Do stacji Wiernadzkiego płynęliśmy dzień, noc i dzień. Bez żadnego postoju. Dlatego trudno o ciekawe wydarzenia do zrelacjonowania. Choć sama noc zasługuje na jej uwiecznienie. Wachty płynęły w prawdzie z włączonym reflektorem dziobowym, ale wzszedł księżyc w pełni tak piękny i jasny, jak stare pięć złotych z rybakiem. Widno było tak, że książkę można było czytać. Księżycowa poświata odbita od spokojnej wody malowała szczyty ogromnych gór widocznych na Kontynencie po prawej burcie. Srebro na wodzie, srebro na niebie. Srebrne chmury i srebrne góry. Sami popatrzcie na zdjęcia.
Ale na stacji to już się działo. Dobiliśmy rano i koło dziesiątej po podwiezieniu Iwana do bazy… ruszyliśmy na narty!


Narciarski rejs, fot. Adam Pałubski

Bo widzicie, żeby założyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, jeden wspólnik powinien być ograniczony, a drugi kompletnie nieodpowiedzialny. My z Jasiem, jeszcze w samolocie zauważyliśmy, że idealnie nadajemy się na wspólników. Aby zrealizować cele naszej nowej spółki, zaraz po wylądowaniu w Ushuaia, udaliśmy się do wypożyczalni nart. Tam znaleźliśmy dobre, trochę używane dechy. Do tego buty i kijki. Po grubych negocjacjach nabyliśmy ten sprzęt w ilości dwóch zestawów. Cena była niewielka, więc rumiani ze szczęścia, przetransportowaliśmy ten majdanek celem ukrycia na Selmie. Schowaliśmy trochę na dziobie, trochę na rufie a resztę upchaliśmy pod materacami w naszych kojach. Teraz byliśmy już dobrze przygotowani. Otwieramy wypożyczalnię nart na Antarktydzie! Uradowani poszliśmy świętować nasz sukces w pobliskim barze.
Teraz, po dwóch tygodniach włóczęgi za kołem polarnym nadeszła ta wiekopomna chwila, by wreszcie zająć się naszym biznesem. Jak wiadomo taki „ milion dolar” jak słusznie mówi Rysio, sam się nie zarobi. Wydłubaliśmy więc sprzęt ze schowków i za pomocą ratraka, bo tak obecnie nazywa się ponton, zawieźliśmy go na brzeg. Co do miejsca jakie wybraliśmy, to nie było ono przypadkowe. Pobliską oślą łączkę wskazali nam naukowcy z bazy, a jak sama nazwa wskazuje naukowcy to tacy ludzie co się znają. Łagodny stok, który sobie upatrzyliśmy kończył się przy starej bazie brytyjskiej, obecnie zmienionej w muzeum. Budynek taki łatwo można potem zamienić na budkę grzańcem i zapiekankami, zauważyliśmy. To było właściwe miejsce. Znaczy prawie.
-„Brak wyciągu”. Pierwszy zauważył Jasiu. Był to mankament, którego przyznam szczerze nie przewidzieliśmy w naszym biznes planie.
Lekko rozczarowani ruszyliśmy pod górę. Stromizna trochę dawała nam się we znaki. Głośno sapiąc i klnąc pod nosami, wdrapaliśmy się na pobliski pagórek. Tam okazało się że zapomnieliśmy nart. Więc niestety trzeba było zejść i wejść jeszcze raz. Po założeniu sprzętu zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną. Wyglądaliśmy bosko. Nawet pingwiny zaniemówiły i patrzyły na nas tak dziwnie tymi swoimi niebieskimi oczami. Pozjeżdżaliśmy sobie taki kilka razy, aż pojawili się pierwsi klienci.
Adam i Rysiek. Kumple z kajuty. Dwie kozice górskie, które nie mogłyby sobie podarować wyścigu równoległego na nartach na Antarktydzie. Obaj stanęli w szrankach bardzo dzielnie i trzeba przyznać że wydupcyli się w tej samej chwili. Wyścig trzeba było powtórzyć. Ostatecznie nie pamiętam to wygrał, ale trochę to i specjalnie, bo pucharów nie wzięliśmy i głupio było się przyznać, jak i przed klientami, jak i zgromadzoną pingwinią gawiedzią.
Potem w swojej kategorii wiekowej wystartowali Kuba i Benedykt. W tej konkurencji pierwsze, drugie oraz trzecie miejsce zajął Benedykt, wyprzedzając jedynie samego siebie. Tym razem zawinił sprzęt. Jedna narta Kuby się nie dopinała i wystrzeliła tak że wybił sobie kciuka i musiał oddać walkowera.
Szybko naprawiliśmy zarówno narty jak i kciuka. Pierwszy dzień pracy naszej wypożyczalni był zarówno obiecujący jak i rozczarowujący zarazem. Po pierwsze byli klienci. Owszem. Ale ewidentny był brak infrastruktury, wręcz boleśnie kolący w oczy na całej Antarktydzie.

Cdn…

Pozdrowienia dla BB.

Załoga Selmy
2020-03-08
2000
Dzikie kanały wśród wysp Adelajdy
Kurs na północ, fot. Janusz Szymański

8 marca 2020 Dzień Kobiet
Jesteśmy 150 km za kołem polarnym. SMSy odbieramy w pakietach po kilka na raz. Dwa, góra trzy razy dziennie. Docierają, jak akurat przelatuje nad nami satelita, poza tymi kilkoma minutami jesteśmy praktycznie poza zasięgiem i wszelkim kontaktem ze światem.
Do wczorajszego zmroku lawirowaliśmy w wąskich kanałach miedzy brzegami, których ostre krawędzie zaczynają się w wodzie a kończą w chmurach. Od czasów odkrywców, a potem kilku ekspedycji geograficznych prawie nikogo tu nie było i rzadko ktoś bywa. Nawet mapy w swej większości trochę nieaktualne i głębokości dna w ogóle nie podają. Tylko my, woda, góry i słońce na bezchmurnym niebie. Dla takich chwil warto żyć i nikt już nam ich nie odbierze. Zostaną w naszych sercach na zawsze.
Skoro była niedziela, Kapitan postanowił przewietrzyć załogę i wyprowadzić na spacer na wyspę Purquais pas. Mieliśmy kilka godzin wolnego czasu, więc rozeszliśmy się w podgrupkach na okoliczne szczyty. Foczki leniwie wylegiwały się w pełnym słońcu i przyglądały się nam z ciekawością, ale kompletnie bez strachu. Góry lodowe stanęły w bezruchu. W końcu niedziela. Po dotarciu na swoje upatrzone cele, rozsiedliśmy się w zadumie i kontemplowaliśmy ten spokój. Ciepło. Miło. Nawet chmury odeszły gdzieś, by otulić dalekie góry kontynentu Antarktycznego. Po powrocie postanowiliśmy uczcić dzień kobiet, w końcu mamy na pokładzie jednego rodzynka Łucję. Jako, że akurat miała wachtę to pozostała w pełnym rynsztunku, my zaś ściągnęliśmy podkoszulki i wykonaliśmy zbiorową fotografię. Troszkę podygotaliśmy, ale pamiątka na całe życie. Odśpiewaliśmy sto lat dla Łucji oraz wszystkich naszych kobiet w domach. Po południu ruszyliśmy dalej. tym razem już na północ. Pora powoli nam wracać do domu.


Dzień kobiet na Antarktydzie, fot. Benedykt

Płynęliśmy spokojnie między pięknymi górami lodowymi w pełnym słoneczku. Selma mruczała pod stopami sunąc po gładkiej, turkusowej wodzie. Zaczarowany dorożkarz, zaczarowana dorożka, zaczarowany koń.

Załoga Selmy
2020-03-08
0400
4 rano kotwicowisko
Widok na morze, fot. Adam Pałubski

Nocna wachta.
Nocne wachty miały tej nocy sporo do roboty. Ze względu na niewielki prześwit Cieśniny The Narrows między wyspą Pourqoi Pas, którą oglądaliśmy aktualnie z drugiej strony a wyspą Blaiklock. Po zmroku rzuciliśmy kotwicę gdzieś w połowie cieśniny u podstawy lodowca. Załoga położyła się na parogodzinny sen dla szybkiej regeneracji. Tuż po północy ruszyły pływy, a z nimi silne prądy, które w tych wąskich kanałach między wysepkami stały się naprawdę wartkie. Takie prądy zawsze niosą z sobą jakieś niespodzianki. Tym razem były to góry lodowe. Z pierwszą musiał się zmierzyć Rysiek. Zaraz po jej spostrzeżeniu dzielnie wybudził Kapitana. A wiedzcie, że budzenie kapitana to akt prawdziwej odwagi. Ten, gdy obiema stopami stanął na pokładzie wydał rozkaz: Husaria do lanc! I obaj ruszyli do tyczek lodowych, by dźgać lodowego smoka w miękkie jego podbrzusze. Ta technika zdawałaby się laikowi szarżą Don Kichota z La Manchy na wiatraki, równie szalona co bezskuteczna. Niemniej, jak się okazało już po którymś potężnym ciosie jakie Ryszard Lwie Serce wyprowadził z potężnych mięśni swego grzbietu, góra wystraszyła się i wypękała. To znaczy tak się trochę pokruszyła. Następnie wystraszona postawą obu wojów zeszła z łańcucha kotwicznego i rejterowała jak niepyszna gdzieś dalej. Jestem pewien że cały Kraków będzie jeszcze latami spał spokojnie, wiedząc że wśród mieszkańców tego grodu jest rycerz tak potężny, że drewnianą wykałaczką potrafi góry lodowe na pół roztrzaskać. Do tego jedną ręką i bez okularów!

Góry lodowe, fot. Marek Zawirski

Ale Ocean to Ocean. Po dwóch godzinach natarł powtórnie. Tym razem na wachcie stał Jasio. Kapitan, po przebudzeniu trzeźwo ocenił sytuację. Wystraszona góra przepędzona wcześniej przez dzielnego Rysia wróciła z mamą, tatą i jeszcze z bratem z wojska. Jako, że szansa na pomoc od czarnego rycerza raczej była niemożliwa, a przynajmniej odległa w czasie, decyzja mogła być tylko jedna. Pora nam uchodzić! Zakrzyknął dzielnie kapitan i rychło odpalił motor. Po oddaleniu się na bezpieczną odległość, ponownie nasza załoga zapadła koszem w swych kojach. Wachty kotwiczne musiały znów wystawić swe czujne oko i ucho. Ciemno było choć oko wykol, ale za to było czego posłuchać. Wokół kwitło antarktyczne życie towarzyskie. Kormorany pokrzykiwały na siebie wzajem. Foki posapywały niczym olimpijczyk płynący żabką. Pfff! Pff! Było słychać z każdej strony a lodowiec zwielokrotniał te odgłosy echem. Gdzieś daleko ryknęła uchatka, a foczka Weddella plusnęła z rozmachem. Życie za kołem polarnym ma się świetnie i występuje tu w dużej obfitości, nawet bez pingwinów których tu nie ma i nie czuć wcale. Może i to dobrze bo powietrze świeższe.

Załoga Selmy
2020-03-07
Jeszcze dalej na południeO 6 rano zaraz po przybyciu w okolicę wyspy Horseshoe pobudka reszty załogi i lądowanie. Mamy informację, że koło 8:30 będzie tam jeden z norweskich cruserów który tam operuje i będą lądować w brytyjskiej bazie. Na miejscu miłe spotkanie. Jednym z członków załogi crusera obsługujących pasażerów jest Andrzej Pochodaj! Znany żeglarz, który prowadził wiele rejsów na Selmie jako skipper, a obecny sezon postanowił powylegiwać się na Cruzerze jako przewodnik po tutejszych wodach. Odpowiada turystom na pytania w stylu: ile pingwinów dziennie zjada niedźwiedź, oraz jak stada kryli polują na humbaki nocą albo ile polarów musi zginąć, żeby uszyć jednego polara dla żeglarza. Spotkaliśmy też Henia Wolskiego, który robi dokładnie to samo. Co za towarzystwo :). Po serdecznej pogawędce, wspominkach oraz wspólnych pamiątkowych zdjęciach uciekamy z wyspy, bo rozpoczęto desant turystów. Dodatkowo, zatoczka zaczęła gwałtownie zamarzać i pomimo słoneczka nasz ponton miał coraz większe problemy z lodem, który przyrastał w oczach i powiało lekko grozą.


Widok na góry, fot. Janusz Szymański

Ruszyliśmy jeszcze dalej w dół mapy. Koło południa zrobiło się słonecznie i naprawdę ciepło. Nie trzeba być żadnym naukowcem żeby zrozumieć, że klimat się zmienia. Sami jesteśmy zaskoczeni, że takie warunki pogodowe znajdujemy za kołem polarnym na koniec jesieni. Prąc stale na południe kapitan postanowił zrobić nam kolejny prezent.
Wylądowaliśmy znów na kontynencie! Plaża lądowiska tak ogromna że wyrasta poza wszelką skalę pojmowania. Przybój oceanu wyrzucił tu tak niewyobrażalny ogrom masy skalnej niesionej z całego kontynentu. Ogromne głazy zaoblone przez migrujące przez dziesiątki milionów lat lodowce, wyrzucone na brzeg. Sama plaża była tak szeroka że żeby dojść do podstawy skał potrzebowaliśmy dobre 20 minut, a wysokość naniesień miała dobre 9 pięter. Plaża składała się z kilku przełomów o różnych kolorach i składzie naniesionych kamieni. Bliżej brzegu, głównie drobny granit w różnych kolorach na których wylegiwały się foczki pozwalające podejść do siebie na metr czy dwa, całkowicie ignorując naszą obecność. Wyżej szeroka na 300 może 400m warstwa głazów, o niespotykanej różnorodności barw, struktury i materiału z których powstały. Aż trudno sobie wyobrazić gdzie powstały i skąd tu zostały przywleczone i jak wściekły musi tu bywać ocean, by w takich ilościach je tutaj wyrzucić! Warstwa ta wznosiła się dość łagodnymi progami na wysokość kilku pięter. Ostania składała się głównie ze rumoru skalnego oraz zwietrzeliny skalnej osypującej się pionowych ścian powyżej. Ponad naszymi głowami wznosił się majestatyczny szczyt góry nad Camp Point ukryty prawie cały czas w chmurach. Gdzieniegdzie, kilkuset metrowe żleby kończyły się wodospadami rozbryzgującymi wodę o bazaltową podstawę góry. Po lewej stronie od naszego lądowiska wznosił się mocno popękany lodowiec Mc Morrin o wysokości 60 m może 70 m, do którego dojścia strzegł strumień biorący początek u wodospadu i zdradliwie ukryty pod cienką warstwą lodu którego ozór schodził do przepaści kończącej się jakieś 40 m. poniżej. Nie ryzykowaliśmy. Chłonęliśmy to miejsce oczarowani, zafascynowani i zaczarowani.
Jeśli mógłbym, to zgłaszam to miejsce do objęcia ochroną przez UNESCO jako światowe dziedzictwo przyrody. Na razie chyba jednak nie trzeba go chronić, bo nie sądzę by zbyt wielu śmiałków tu kiedykolwiek dotarło. Ba z całą pewnością godzinami stąpaliśmy po fragmencie ziemi na którym nigdy nie stanęła żadna ludzka stopa, a po skałach powyżej ostatni raz przechadzały się dinozaury przed milionami lat. Po dwugodzinnym lądowaniu poczuliśmy się tacy malutcy w bezmiarze ogromu tego kontynentu. Byliśmy bezmiernie wdzięczni losowi, że pozwolił nam tu dotrzeć.

Pozdrowienia:
Michał Pozdrawia rodziców oraz cały Wyszków.
Ciepłe uściski, gorące pocałunki dla BB od JJ. JN i JN pozdrawiają wszystkie Panie z rodziny i nie tylko…. No i Kicię!
Łucja pozdrawia Justynę i jej Chłopców, Wiktorię i Angelikę (bądźcie dzielne, już niedużo zostało) oraz Tych, co na morzu… Wszystkim Paniom w dniu uroczystym życzę takiego świętowania, jak na Selmie. Tęsknię bardzo Basiu, buziii. Kocham Cię Aniu, tęsknię bardzo i liczę dni do powrotu Iwan.

Załoga Selmy
2020-03-06
Wyspa Leona i Lagoon Island
Koło podbiegunowe zdobyte fot. Marek Zawirski

Tak. Płyniemy na południe tak dalece, jak to tylko możliwe. Założenie było by iść do granicy rozsądku, a potem może jeszcze kilka dni dalej. Dopinguje nas zapał Iwana, który szuka Deschampsia antarctica oraz Colobanthus quitensis. Lądujemy, więc na wyspie Leona (pozdrawiamy z całego serca Leona Rychlika, pogromcę morza Rossa, który zsiadł z Selmy tuż przed nami). Na kolejnej wyspie Lagoon Island lądujemy po południu. Na brzegu powitała nas piękna para słoni morskich. Ależ one są ogromne! Samiec na nasz widok powoli i majestatycznie zsunął się do wody. Powoli to znaczy powoli. Zajęło mu to z dziesięć minut. Samiczka całkowicie nas zignorował i spała do końca naszej wizyty.


Colobanthsus i dechampsia fot. Adam Pałubski

Obeszliśmy kawałek wyspy wokół naszego lądowiska. Nad spotykanie dużo zieleni jak na wyspę głęboko za kołem polarnym. Znaleźliśmy nawet mały wąwóz, który od biedy można by nazwać zieloną doliną. Po pokonaniu przełęczy na wysokości jakichś 20 m n.p.m. znajdujemy niewielką lagunę ze spokojną jak lustro wodą, naprawdę zasługującą by nadać nazwę całej wyspie. Po drugiej stronie laguny, między dwoma oddalonymi o kilkaset metrów rdzawo-czerwonymi pagórkami stoi chata schronisko. To jedna z najdalej położonych na południu jak i na Wyspach Adeli.


Stado słoni morskich na Lagoon Island - fot. Darek

Wokół zatoczki dość gęsto leżały uchatki, foczki oraz duże stado słoni Morskich. Wszystkie te zwierzęta w ogóle nie zwracały na nas uwagi pozwalając fotografować się z bliska. Nas najbardziej zafascynowały oczywiści słonie. Po pierwsze bo były tak ogromne, po drugie bo były pierwsze jakie zobaczyliśmy w takiej ilości. Do tego z tak bliska i w takiej swej obfitości. Stado składało się z samca oraz samic. Razem ponad pięćdziesiąt zwierząt. Leżały spokojnie drzemiąc i trawiąc posiłek, o czym świadczyły gazy jakie głośno puszczały oraz intensywność ich zapachu. Przyroda jest tu dzika, krajobraz surowy, ale i duże bogactwo zwierząt całkowicie ignorujące człowieka, który praktycznie tu nie dociera.
Pingwiny zanikają. Jest za bardzo na południe i właściwie już ich się tu nie spotyka. Może to i dobrze. Nachodzi nas refleksja, że zdjęcie pingwina na górze lodowej to prawie jak olejne mamidło z jeleniem na rykowisku każdy je ma, a potem się wstydzi gościom pokazać. Co za dużo to nie zdrowo. Potem człowiek wierzy że to jedyne co żyje na Antarktydzie i głupoty opowiada. Po zmroku kapitan podejmuje decyzję: pogodę mamy dobrą więc napieramy na południe. Najpierw trochę do bardziej uczęszczanych rejonów, tak by zwiedzić Wyspę Horseshoe. Będziemy płynąć przez całą noc na silniku i przy włączonych reflektorach dziobowych z uwagi na występujące wszędzie growlery.

Załoga Selmy
2020-03-03
Wyspy Petermana i Tongersen /AnversNa wyspie Petermana wylądowaliśmy tuż po świcie. To znaczy część zespołu. Bo drugi zespół popłynął dalej, w okolice amerykańskiej bazy Palmer na wyspie Anvers oraz żeby wylądować na sąsiadującej Wyspie Tongersen. Po przedarciu się przez pak lodowy, wysadzono część załogi na wyspie Petermana w asyście Anatolija i Artioma, zaś reszta, pod egidą Iwana popłynęła do bazy Palmer. Tam także porzucono załogę badawczą ze Stacji Vernatskyego w celu przeprowadzenia kilkugodzinnych prac badawczych.
Na Wyspie Petermana mieliśmy pozostać do dwunastej w nocy, plus minus pięć godzin. Ta dokładność wynikała z faktu, iż Selma miała jeszcze około 50 mil tam i z powrotem a kanał był wąski i pełen lodowego gruzu. Anatolij i Artiom rozeszli się do swoich zadań, czyli liczenia pingwinów. Jeden liczył od wschodu na zachód, zaś drugi w kierunku przeciwnym. Ale gdy się patrzy jak te ptaki są zwiercone i ruchliwe, to chyba łatwiej się położyć i policzyć łapki, a potem podzielić na dwa, niż tak w kółko wyspę obchodzić.
Wnieśliśmy nasze graty do stojącej na brzegu kanału chatki, wzniesionej tu kilka lat temu przez armadę Argentyńską i rozłożyliśmy się wygodnie. Po godzinie od tego rozłożenia, zaczęła doskwierać nam nuda. Postanowiliśmy więc rozpalić ogień. Zadaniem tym zajął się profesjonalny zespół trzech adwokatów piromanów czyli Rysiek, Jasiu i Benio. Po kolejnych dwóch godzinach ciężkiej pracy, wzajemnych oskarżeń i całych tomów spalonych akt, sytuacja była bez zmian. Kominek był zimny, a chatkę wypełniał gryzący dym. Na szczęście, godzinę później wrócił Anatolij i po chwili ogień zapłonął, a nasi juryści mieli wreszcie gdzie wysuszyć przepocone swą ciężką pracą kurtki.
Wtedy znaleziono jedzenie. Po zalaniu gorącą wodą naszych liofilizowanych zapasów, zjedliśmy je łapczywie. Dlatego zaraz potem rozbolały nas brzuchy. Więc zaczęliśmy podjadać sucharki z Argentyńskich zapasów i wypijać pozostawioną tu herbatkę. Po pewnym czasie i to stało się nudne. Wyszliśmy więc przed chatkę i ustawiliśmy krzesełeczka twarzami do słońca. Na pewno liczenie pingwinów musiała utrudniać znacząca ilość turystów dowożonych w to miejsce cruzerami od samego rana. My byliśmy otoczeni czerwonymi flagami na patyczkach pieczołowicie wbijanych przez obsługę cruzerów. Miało to ochronić bazę i zapobiec podchodzeniu do nas wszędobylskich zwiedzających oraz zakłócaniu życia naukowców w ich naturalnym środowisku. Mieliśmy swój rezerwat!.
Ja, Jasio i Darek pomyśleliśmy, że może warto by zbadać dla odmiany turystów, jako organizmy sezonowe, migrujące na Antarktydę jedynie w okresie letnim. Kto wie, może tym samym wniesiemy jakiś znaczący wkład w badania prowadzone na Stacji Wiernadckiego?. Na początku jedynie ich liczyliśmy. Potem wpadliśmy na pomysł, żeby licząc dzielić na płeć oraz kolory kurtek. Siedzieliśmy cierpliwie w widocznym miejscu, a następnie gdy obserwowane osobniki oswoiły się i przyzwyczaiły się do naszego widoku, pozwoliliśmy tym najbardziej ciekawskim podchodzić i wchodzić z nami w interakcję. To jest dotykać naszych plecaczków, zerkać nam przez ramię czy zadawać nieskomplikowane pytania. Przy trzecim cruzerze, wpadliśmy na pomysł, że może przeprowadzimy dodatkowe badania w miejscu gniazdowania turystów. Jak się żywią, co piją, jak mieszkają, jak się rozmnażają zastanawialiśmy się. To chyba bezcenna wiedza, którą zanotujemy i dumą przekażemy po powrocie do bazy, w celu jej naukowej analizy przez pracujących tam biologów behawiorystów.
Już trzeci ponton z czwartego cruzera, dał się na tyle oswoić iż zawiózł nas na pokład prześlicznego liniowca Princessa of Antarctica. Tam, wdarliśmy się na górny pokład, gdzie sympatyczny pierwszy oficer oprowadził nas i wskazał jak turyści korzystają z udogodnień cywilizacji. Ja zbadałem udogodnienia męskie, Jasio dla niepełnosprawnych, a Darek musiał poczekać aż któryś z nas zakończy swoje badania i powtórzyć je po swojemu. Po wyjściu z udogodnień, zapoznaliśmy się ze sposobem w jaki turyści gaszą pragnienie. Dla zapoznania się z ich jakością i spożyliśmy trzy razy Irlandzką z lodem. Bardzo intrygująca potrawa, dalece lepsza od herbatki, dlatego powtórzyliśmy badanie, bo systematyka i cierpliwość to cecha prawdziwych naukowców. Po powrocie do naszego stanowiska badawczego na Wyspie Petermana, wspólnie dokończyliśmy zestawienie ilości pingwinów z ilością turystów. Wyszło podobnie. W chatce przy herbatce zaczekaliśmy na odbiór przez Selmę, która szczęśliwie wróciła po nas około 22. Podobno badanie naszych intrygujących wyników trwało do późna, ale ja usnąłem prawie natychmiast po powrocie, więc nie wiele mogę już dodać.

Michał

Zespół z Bazy Palmer.
Po kilkugodzinnym rejsie wśród malowniczych krajobrazów dotarliśmy pod brzeg Anvers, gdzie Michał wysadził Ivana i Yuriego do przeprowadzenia badań w okolicach amerykańskiej bazy Palmer. Na Amerykanach wizyta w otoczonej pasem lodu stacji zrobiła chyba duże wrażenie, bo pytali się o klasę lodową naszych lodołamaczy. Odetchnęli z ulgą, ale i zaciekawieniem, że dotarliśmy Selmą a nie przepłynęliśmy 25 mil pontonem. Badania przy Palmer trwały w najlepsze, podczas gdy skład Ania, Vlad, Łucja, Janusz i Marek odwiedził sąsiadującą wyspę Tongersen.
Znaleźliśmy tam nie tylko bujną Deschampsię, ale i kilka pingwinów Adelie, stado pomrukujących uchatek i dwa słonie morskie. Komitet powitalny podczas powrotu po załogę Petermana też niczego sobie - żegnały nas foka wylegująca się na krze i wieloryb zza kry, zdając się mieć w niepoważaniu nasze trudy przedzierania się przez lód w rytm ukraińskiej pieśni.
Marek

Pozdrowienia:
Madziu wszystkiego najlepszego w dniu urodzin. Kocham cię! Julka dzięki za SMSy, buziaki. Lala, też tęsknię. Misiek odezwij się. Basiu, pewnie Ci tam zimno, trzymaj się ciepło. Elu, cieplutkie buziaki zza koła podbiegunowego, a dla Kacperka i Kubusia tym razem pozdrowienia od Humbaków, takich ogromnych wielorybów. Buziaki dla Kasi Lili Krzyśka i Babisa. Specjalne pozdrowienia polarne dla całej Kancelarii, wszystkich sąsiadów z Rząski, Ani, Piotrusia, Beaty i Kuby, moich znajomych prawników i nie tylko, cieplutkie pozdrowienia. Dla Jurka Sonika i całej Sonikowej Ekipy żeglarskie pozdrowienia z mroźnej Antarktydy. Rysiek

.
2020-03-02
Kontynent Antarktyczny

O wysokich kwalifikacjach chemików pracujących na Stacji Wienadzkiego najlepiej świadczy fakt, że następnego dnia obudziliśmy w wyśmienitym stanie, a biorąc pod uwagę ile spożyliśmy produkowanej na miejscu i serwowanej ze słowiańską gościnnością tak zwanej Wiernatówki, mogło być różnie. Rano przyjechał po nas Jarosław wraz z dowódcą bazy by pokazać nam Pingwina Królewskiego oraz Pingwina Cesarskiego. Osobniki tych dwóch gatunków zapodziały się przypadkowo w okolicach Bazy Wiernadskiego i obecnie dodają kolorytu pobliskiej faunie, dając możliwość bliskiego ich spotkania, bez konieczności przemierzania połowy kontynentu.
Po tej pouczającej wycieczce zabraliśmy na pokład trzech Aleksandrów, jednego Anatolija oraz Anię i Żenię, aby wybrać się wspólnie na zwiedzanie pobliskich wysp. Naszym celem było też zdobycie własną stopą Kontynentu Antarktycznego. Na kontynencie wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Lądowaliśmy na trzy pontony w dość trudnych warunkach, bo schodzące lawiny i cielący się lodowiec z drugiej strony zatoki fundował nam małe tsunami podnoszące ponton i osadzające go na kamieniach, z których trudno było go potem ściągać z powrotem do wody. Załoga oraz goście po wylądowaniu postanowiła lekko złamać ustalenia traktatu Antarktycznego o demilitaryzacji i wszczęła bitwę na śnieżki. Była to najprawdopodobniej pierwsza Wojna Antarktyczna w historii, ale ciężko już dociec kto zaczął i raczej toczyła się na zasadach każdy z każdym. Po bitwie obie strony uczciły ten fakt urządzając pierwsze Olimpijskie Igrzyska Antarktyczne. Jako konkurencję wiodącą wybrano zjazd na tyłkach z pobliskiego lodowca prosto na bazaltowo granitowe kamienie u podnóża góry. Jako trofea przywieźliśmy wielkie siniaki, wiecie sami gdzie.
Po powrocie do bazy gospodarze zorganizowali nam możliwość skorzystania z sauny wybudowanej na obrzeżach bazy. Raj dla naszych utyranych ciał. Mała chatka wznosi się na skale parę metrów nad wodą. Można tam dobić bezpośrednio pontonem bez wchodzenia w drogę wszędobylskim pingwinom i do samej bani dotrzeć po drewnianych śliskich schodkach które służą też do kąpieli w oceanie. Bania a potem naga kąpiel w lodowatych odmętach pozwala nam obecnie uważać się za prawdziwych polarników i patrzeć z wyższością a nawet pogardą na wszelkich mazowieckich czy wielkopolskich jeziorowych morsów, uważających każdą większą kałużę za groźny akwen. Po dniu tak bogatym w atrakcje usnęliśmy jak dzieci, zwłaszcza że pobudkę zaplanowano na 4 rano.
Pozdrowienia z pokładu:
Adam pozdrawia wszystkich znajomych żeglarzy będących aktualnie w drodze na Nordkapp.
Selma pozdrawia wszystkich Makedońskich.
Żeglarskie pozdrowienia i cieplutkie buziaki z SELMY od Ryśka dla Eli a dla KUBUSIA i KACPERKA moc pozdrowień od pingwinów, uchatek i wielorybów. Pozdrawiam sąsiadów z Rząski, całą kancelarię oraz wszystkich przyjaciół z Antarktydy, Gorące uściski, całusy dla całej Rodziny wraz z Anią i Markiem śle JanuSz.
Uściski dla całej rodziny i imieninowe sto lat dla Leosia, a dla Nat całusy przesyła Marek.
Ivan Aniu nie martw się. Wszystko dobrze.

Załoga Selmy
2020-03-01
Stacja Wiernadskiego

Wiatr wydmuchał się poprzedniego dnia, ale za to niebo rozpadało się soczyście. Po drodze, moknąc na pokładzie, wachty miały nagrodzę w postaci cudnych widoków. Od rana podziwialiśmy przepiękne cmentarzyska gigantycznych gór lodowych, które utknęły w płytkich i wąskich kanałach. Niebieskie, zielone i białe gmachy gór, zaś w tle intrygujący róż pingwinisk. Prawdziwa uczta dla naszych oczu spragnionych piękna Antarktyki. My, aby ominąć te lodowe olbrzymy, kluczyliśmy między drobnymi wysepkami, szukając czystego toru wodnego dla Selmy. Wielokrotnie nadrabialiśmy kilometry, ale bezpieczeństwo to rzecz najważniejsza. Po drodze odwiedziliśmy Salę koncertową im Adama Nowaka z zespołu Raz Dwa Trzy, ustanowioną w miejscu gdzie dał on koncert kilka lat temu przy okazji realizacji programu trzy sztuki w Antarktyce. To piękne miejsce, kamienny podest orchestrionu z błękitną kotarą sceny tworzy wybitne miejsce dla słuchania muzyki. Lokalni mieszkańcy nadal bardzo ciepło wspominają to wydarzenie oraz sam koncert. Słyszeliśmy, że gdyby chciał jeszcze raz powtórzyć swój występ, to same foczki Weddella i uchatki wykupiłyby połowę wszystkich biletów. Zaś wieloryby stadnie spłynęłyby aż z Australii machając wielkimi płetwami i wyskakując z wody na wiele metrów by lepiej zobaczyć scenę.
Wieczorem rzuciliśmy kotwicę w spokojnej zatoce za Stacją Wiernadskiego, do której wiedzie rudawo rdzawa cieśnina gwarantująca spokój od fali i wiatru. Bezpieczne i ciche miejsce dające szansę przycumowania do brzegu na linach, bez konieczności kotwiczenia. Stacja nosi imię wybitnego Ukraińskiego geologa i chemika, który podłożył podwaliny pod wiele badań i osiągnięć światowej nauki. Do samej stacji dotarliśmy pontonem o godzinie 21, na którą zaprosili nas gospodarze. Pracują w piątek, świątek i niedzielę i dopiero późną nocą mają odrobinę wytchnienia. Po zwiedzeniu bazy pod przewodnictwem Iwana, który oprowadził nas po obiekcie przejętym przez Ukraińców od Brytyjczyków za jednego Funta i obecnie systematycznie rozbudowywanej w celu poszerzenia możliwości prowadzonych badań. Opowiedział o jego historii, oraz o tym jakie badania są prowadzone obecnie. Po ciekawej wycieczce, zaproszono nas do baru na górze. Tam uroczyście przekazaliśmy obrazy, namalowane oraz podarowane przez Olenę i Piotra Budżaków ze Lwowa, których stąd serdecznie pozdrawiamy. Przewieźliśmy je przez pół świata i Cieśninę Drakea i przekazaliśmy na ręce dowódcy by radowały oczy mieszkańców stacji w długich i zimnych wieczorach pracy.



Załoga Selmy
2020-02-29
Port Lockroy

Pogoda popsuła się na tyle, że kapitan ogłosił przymusowy, całodobowy postój. Wróżba pogody zapowiadała 5 węzłów, a zrobiło się 30 z paroma groszami. Urządziliśmy więc sobie Ciechocinek, czyli kojący relaks z masażami oraz wizytami w tężniach. Polegało to na kojącym kulaniu się po własnym koju w śpiworku oraz na inhalacjach morskiej bryzy na pokładzie. Pod wieczór skądś znalazła się gitara, na której Adam i Darek umieli naprawdę nieźle zagrać kilka morskich szlagierów, a kapitan wytoczył dwie beczki przedniego wina z sekretnej piwniczki - która znajduje się pod materacem, w rufowej koi, po prawej stronie za kocami, na lewo od drzwi, tylko nikomu ani słowa - i rozpoczęła się akcja integracja. Śpiewaliśmy pięknie i głośno co kto umiał. Jak kto nie umiał, to tylko śpiewał głośno. Tak do północy, kiedy to załoga udała się na odpoczynek w z góry upatrzonych pozycjach. Większość wybrała na wznak.
Następnego dnia UKF-a zaprosiła nas na zwiedzanie muzeum w Port Lockroy. Byliśmy już ostatnim jachtem, który odwiedził Port przed zamknięciem na zimę. Obejrzeliśmy całe muzeum bardzo starannie. Ekipa wolontariuszy zajmująca się tym obiektem od początku sezonu, zbierała się już do odjazdu do domu, więc podzielili się z nami resztką owoców oraz mlekiem jakie im jeszcze zostało. My po zafasowaniu jachtu w absolutnie niezbędne do dalszej podróży podkoszulki, widokówki, breloczki i pamiątkowe bibeloty ruszyliśmy koło południa w kierunku Stacji Wiernadskiego.

Załoga Selmy
2020-02-28
Półwysep Antarktyczny27 luty 2020 Cieśnina Gerlach w drodze do półwyspu Arctowskiego.
Od rana prześladuje nas piękna pogoda i wylegujemy się na pokładzie niczym uchatki na kamieniach. Widoki jakich nie sposób opisać słowem. Po powrocie z radością zadręczymy każdego z Was, drodzy czytelnicy, tysiącami zdjęć słonecznych Alp wystających wprost z turkusowej wody. Fiordy, błękitne góry lodowe i bezchmurne niebo. Pozowały nam wieloryby, machały uśmiechnięte foczki a pingwiny tańczyły radosnego kankana. Kapitan zalecił sternikom by na widok śpiącego humbaka podpływać do niego cichutko, na paluszkach, tak by ich nie nastraszyć a one z wdzięczności może pozwolą się z bliska obejrzeć kładąc się na boku machając płetwą. I rzeczywiście, w połowie cieśniny parka dorosłych humbaków podpływa do nas bliziutko i nurkując pod jachtem oraz wokół jachtu pozwala nam na jednoterabajtową sesję fotograficzną wieloryba z bliska. Wspaniałe chwile. Adam z Markiem wydali taki obiad, że nawet sternik przysnął z rozkoszy, leniwie kręcąc kołem na decku. Po południu pogoda lekko się załamała. Może na nasz widok, a może tak po prostu. Śnieg i silny wiatr pokazał nam, że Antarktyda to kraina surowa i okrutna. Z perspektywy pokładu małego jachtu człowiek uświadamia sobie, że kolonizacja tych obszarów to mglista mrzonka. Jeśli człowiek marzy o stałym zamieszkaniu na Marsie w przeciągu najbliższych 10 lat, a tu jest bezradny jak szczenię w studni, to buduje to poczucie niepokoju nad losem przyszłych międzyplanetarnych osadników. Zwierzęta żyjące tu na stałe wieczór traktują jako chwilę wytchnienia po znojnym dniu i nie brakowało dziesiątek humbaków, które zalotnie podpływały i podejmowały wysiłki by nas zatrzymać i zabawić. Z bólem serca gnaliśmy dalej, by znaleźć bezpieczną przystań na noc dla Selmy. Spokojne kotwicowisko w zatoczce Wyspy Cuverville osiągnęliśmy dopiero grubo po północy.

28.02.2020
Kambuz, czyli jedzmy jakby jutra nie było.
Rano znów się przedmuchało i obudziło nas piękne słoneczko. Kapitan urządził nam atrakcję w postaci zwiedzania dwu pingwinisk. Pierwsze znajdowało się właściwie kilkaset metrów od naszego nocnego kotwicowiska przy Wyspie Curvelville. Po śniadaniu udaliśmy się na oglądanie stanowisk pingwina białobrewego. Jest końcówka lutego, co oznacza, że właściwie wszystkie pingwiniątka wylęgły się już dawno. Ba dzięki bardzo grubemu, puchowemu upierzeniu wydają się one nawet większe od swoich rodziców. To dla zmylenia unoszących się nad kolonią Skuł próbujących wyrwać jakieś pisklę z pomiędzy troskliwych rodziców i porwać na kawałeczki w celu wyżywienia własnych piskląt. Jak to w przyrodzie. Wszystko zjada wszystko.
Drugie lądowanie odbyło się dwie godziny później na Paradise Bay. Tym razem oglądaliśmy pingwiny maskowe, co wymagało od nas zwinności kozic, bo ptaki te gniazdowały na bardzo wysokich i stromych skałach. Uznaliśmy, że jak taki ptak potrafi codziennie tam wejść i zejść, to na pewno zawzięty Polak w gumowcu też. Wspinaczka okazała się prawdziwym wyzwaniem podczas którego wielu z nas często odpadało od ściany zsuwając się po lodowej pokrywie po kilkanaście metrów dół. Zaś dla odmiany takie kozice górskie jak Rysiek czy Adam w asyście Darka poleźli po skalnej grani gdzieś tak wysoko, że przeciętny Warszawiak nie dałby rady tam przeżyć nawet dziesięciu minut bez aparatu tlenowego i kiwali do nas stamtąd z radością na twarzach. My zadowoliliśmy się osiągnięciem samej grani i przyglądaniem się widokom z drugiej strony przełączy oraz podglądaniem samych pingwinów. Te żyły w dużo mniejszej kolonii niż pingwiny białobrewe oglądane rano.
Piotr uprzedził nas, że gatunek ten jest bardzo terytorialny i wystraszanie któregoś może spowodować jego ucieczkę na teren innego pingwina co zakończyć się może krwawą jatką między nimi. Rzeczywiście takie zachowania zaobserwowaliśmy i staraliśmy się nie wchodzić im w rabatę. Wracając na pokład pośród huków pobliskiego lodowca zgarnęliśmy dużą bryłę przeźroczystego lodu i zaprosiliśmy ją na herbatkę. I co ciekawe, herbata z wody lodowcowej była tak dalece pyszniejsza od tej z bakisty, że postanowiliśmy powtarzać ten zwyczaj, gdy tylko to będzie możliwe.
Jeśli chodzi o jedzenie na pokładzie, to dzieje się to tak, iż codziennie wydawane są trzy posiłki w sposób zorganizowany. Śniadanie obiad i kolację gotuje tak zwana wachta kambuzowa. Gdy taka wypadnie na załoganta ten zwolniony jest z pozostałych obowiązków pokładowych przez całą dobę. Od północy do północy, gdyż w tym czasie zajęty jest dogadzaniem kulinarnym reszcie załogi, myciem garów oraz naczyń, wynoszeniem śmieci oraz wieczornym sprzątaniem toalet po wszystkich. Pierwsze relacje z Selmy jakie pamiętam sprzed 10 lat właściwie stanowiły głównie spis zjadanych codziennie potraw. Żeby to zrozumieć, należy pamiętać iż każdy posiłek to najważniejsze wydarzenie towarzyskie załogi oraz esencja często bardzo długiego i nudnego- na przykład czterdziestego szóstego z kolei - dnia pracy przy żaglach. Dlatego posiłki przygotowywane przez kambuz czasem przypominają wyścig zbrojeń w zakresie wykwintności oraz ilości wydanego żarcia na stół. Pieczeń wołowa w czerwonym winie z patatami, sałatka po nicejsku na grzankach czosnkowych czy jajeczka po benedyktyńsku z nutą kolendry to powszechne, by nie powiedzieć pospolite potrawy na jachcie. Ba! Potrawy jakie umiesz ugotować często stanowią o twoim statusie społecznym oraz szacunku jaki osiągasz pośród reszty załogi. Dlatego, jeśli zagłębiając się kiedyś w lekturze relacji z wypraw morskich zauważycie chorobliwie przydługi, podejrzanie szczegółowy opis jajecznicy na boczku ze szczypiorkiem, to przymknijcie na to swoje ślepe oko admirała Nelsona i pamiętajcie, że my tu mamy własny mikrokosmos a w nim własną planetę o nazwie Selma.

Załoga Selmy
2020-02-27
Antarktyda

24 luty 2020 /ponownie/
Dwudziesty czwarty był lutego, poranna zeszła mgła…
Ale zanim przejdziemy do opisu bijatyki z naszej ulubionej szanty, musimy wspomnieć o nocy. Wiatr był słaby, a fala nikła jak na Draka, dlatego kapitan najpierw wydał zakaz dalszego odbywania choroby morskiej, oraz podjął decyzję, że zostajemy przez kilka godzin w dryfie. Księżyc schował się w nowiu albo gdzieś indziej i dalsza żegluga wymagał albo dodatkowego załoganta na dziobie - zwanego okiem/, albo ułańskiej fantazji ze względu na możliwość spotkania gór lodowych lub growlerów. Załoga uradowała się na pomysł dodatkowych paru godzin snu w ciszy ze zmniejszoną liczbą rąk na pokładzie.

Ranek przyniósł miły wiaterek i poniósł nas w kierunku upragnionej Antarktydy. Słoneczko, długa, prawie pacyficzna fala wypędziła nas na pokład i pozwoliła obserwować, petrele, albatrosy oraz wieloryby i delfiny w naprawdę satysfakcjonujących wszystkich załogantów ilościach. Każde spotkanie było notowane skrzętnie w celach badawczych i zostanie przekazane kolegom naukowcom na stacji Wiernadskiego. To chyba dobrze, bo ta ogromna masa zwierząt pływa sobie pod wodą jak chce i gdzie chce i chyba najwyższa pora żeby ktoś to uporządkował albo co…




Ziemia, Ląd widzę! Zakrzyknął Jasiu gdzieś koło 16. Czym zwyczajowo zarobił dukata od kapitana, oraz wzbudził zazdrość reszty załogi tym niespodziewanym zarobkiem. Powtórnie przeszkolono załogę by starannie zakręcała pompki w toaletach gdyż grozi to zalaniem zęzy oraz umożliwia syrenom wdarcie się przez kanalizację i bolesne pokąsanie przesiadującego tam właśnie załoganta od spodu. Na wieczór wiatr znów postanowił wiać gdzieś indziej, więc żeby nie dręczyć nas Dreyjkiem Kapitan postanowił, iż odpalamy silnik i idziemy dalej w tzw. pełnym zaciemnieniu. To oznacza że wygaszamy wszystkie światła, oprócz czerwonych świateł w mesie, wystawiamy dodatkowego obserwatora na dziób i do przodu. Czerwone światło służy temu by cokolwiek pod pokładem widzieć, przy czym jego barwa nie powoduje osłabienia ostrości widzenia / akomodacji oczu/ po wyjściu w mrok na pokładzie. Niestety niektórzy załoganci mieli stały problem ze zrozumieniem jak ważne to jest dla bezpieczeństwa całej załogi, dlatego Kapitan osobiście odprowadził Jasia Sz. do kajuty i osobiście kilkakrotnie przychodził w nocy do kajuty, by upewnić się, że ten na pewno śpi i nic aby nie knuje.




25 luty 2020 Wyspa Trójcy Czyli nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy chłop z widłami to Posejdon. Od rana szliśmy już miedzy wyspami Szetlandów. Ze względu na to, iż nasz rejs jest nastawiony na żeglugę daleko na południe, oraz zwiedzanie dzikiej Antarktydy Kapitan postanowił nie wpływać do wnętrza Deception Island, jako atrakcji turystycznej wypełnionej po brzegi kaldery cruserami i dalece już przereklamowanej. Zakotwiczyliśmy za to przy brzegu wyspy Trójcy / Trinity Island. Jest to wyspa, której geologia sięga dalekiego prekambru. Każdy chyba zrozumie, że nam objawiła się jako źródło nieskończonego bogactwa wypełnionego żyłami złota rodzimego, a przy tym usiana kominami kimberlitowymi pełnymi diamentów jak baba wielkanocna rodzynkami.

W upatrzonej przez nas zatoce stał już francuski jacht. Zapewne konkurencja, zbierająca wiadrami nasze, niewyobrażalne wręcz skarby. Błyskawiczny rzut kotwicą i jesteśmy gotowi do eksploracji. Jeszcze tylko przygotowanie i wodowanie pontonu, który będzie służył nam przez najbliższe dwa tygodnie jako środek lokomocji podczas lądowania na wybranych do zwiedzania po tej stronie cieśniny Drake wyspach. Jeszcze tylko mycie butów płynem dezynfekującym zapobiegającym przenoszenie obcej flory z Patagonii, wiaderko na złoto w garść i jedziemy. Fortuno przybywaj! Układ jest jasny: maksymalna ilość złota, którą każdy z nas może wnieść na pokład została ustalona na 200 kg per załogant / ze względu na wyporność jachtu/, a kapitan zgarnia połowę. Lądujemy i rozbiegamy się w we wszystkich kierunkach. Po godzinnym przeczesywaniu terenu okazuje się, że cała ta wyspa jest jednym monolitycznym blokiem granitu, który nie może mieć więcej niż 2 miliardy lat. Po prostu geologiczne gówniarstwo pokryte lodem, a gdzieniegdzie porośnięte zielonymi kłaczkami nazywanymi przez biologów porostami czy jakoś tak.

Mocno już zmęczeni, zwłaszcza dźwiganiem tych wiaderek i wspinaczką w gumowcach po górach … przerzuciliśmy się na diamenty. Jak wiadomo glinka kimberlitowa ma zwykle kolor różowy. Niestety wszech obecne tu pingwinie guano też ma taki właśnie różowawy kolor. Jedyną metodą by rozróżnić jedno od drugiego oprócz wielogodzinnego kopania jam w otoczeniu wszędobylskiego ptactwa jest test organoleptyczny. Po polizaniu próbek z wielu stanowisk ustaliliśmy, iż wszystkie tu obecne, na pierwszy rzut oka, złoża diamentonośne to jednak duże kupy pingwiniej kupy. Zawiedzeni, spoceni, ubabrani i rozczarowani wróciliśmy na jacht. Wieczorem odbyliśmy naradę w mesie przy suto zastawionym stole wielorakim wyborem serów twardych, pleśniowych oraz takich zwykłych. Wypito także trzy butelki wina wydanych przez kapitana na pocieszenie naszych serc. Rozchodząc się po kajutach ustaliliśmy, że zmieniamy jednak kierunek naszych poszukiwań… wchodzimy w Meteoryty! Podobno niektóre egzemplarze bywają nawet droższe od złota. Oczywiście limity kilogramowe, oraz zasady podziału łupów pozostają bez zmian.

Serdecznie pozdrawiamy:
Żeglarskie pozdrowienia od Ryśka dla Eli, Kasi i Krzysia, Kacpra i Kuby, Lili, sąsiadów z Rząski , całej Kancelarii i wszystkich moich przyjaciół wprost ze słonecznej i jakże cudownej i majestatycznej, acz chłodnej Antarktydy. Zamartwiamy się brakiem wsparcia smsowego ze strony Zosi, Julki, BB, Kornelii, Basi, Małgosi i Marty nie mniej im ślemy gorące uściski z cieśniny Gerlacha.

Darek pozdrawia Mysiępysię i Podlasie.

Tata Michał trzyma kciuki za występ Ani, dziękuję za SMSy i ściskam cała swoją rodzinkę, Madziu kocham Cię.

Adam tradycyjnie już pozdrawia żonkę Ilonkę oraz całą rodzinkę i przyjaciół.

Michał bardzo mocno ściska BASIĘ.

Marek gorąco ściska Natalię i jej ITs, pozdrawia całą rodzinę, a szczególnie chłopaków Piotrusia, Leo i Igula, i przyjaciół; nafutrowany jak pingwin chroni się skutecznie przed chłodem.

Łucja pozdrawia całą rodzinę, przyjaciół żeglarzy, a szczególnie ciepło Grupę Agamemnon.

Kuba pozdrawia Babcie Krzysię i Monikę oraz Dziadka Stanisława i w ogóle całą rodzinę






.
2020-02-25
Drake Wspomnienia z ostatnich dni:
22 luty 2020 Po nocnym przejściu kanału Beagle, którego pokonanie głównie polega na dokładnym śledzeniu trackera na komputerze, wschód słońca powitał nas między wyspami z widokiem na otwartą cieśninę Drake. Z resztę nocne chodzenie po Kanale Beagle też jest przygodą samą w sobie. Kanał jest wąski i bardzo uczęszczany. Przechodzą tędy nie tyleż jachty co duże kontenerowce oraz Cruzy. Dla ich bezpieczeństwa główny tor wodny oznaczony jest jaskrawobiałymi bojami świetlnymi na przemiennie mrugającymi i świecącymi stale. Do tego mnóstwo latarni oznaczających pobliskie skały i głazy oraz zielonych świateł wskazujących rozwidlenie szlaków wodnych. Więc wyjście z kanału wraz z nastaniem świtu dało nam na tyle wytchnienia iż kapitan wydał zgodę na odbycie choroby morskiej wszystkim zainteresowanym. Najbardziej skorzystałem ja oraz Benedykt w sposób jawny tj z szacunkiem dla Neptuna klęcząc na pokładzie i chłoszcząc fale zawartościami swoich trzewi. Inni zaś odbywali chorobę w sposób skryty. Oddając się medytacjom nad papierową torebką w ciemnych zakątkach swoich koi udawali największych twardzieli mórz południowych. Z kolei inni nie poddawali się chorobie wcale.
O godzinie 21.30 nadeszła noc tak ciemna jak sumienie faszysty. A jądro ciemności niżu rozhuczało się nad naszymi głowami w sposób tak przeraźliwy iż kapitan odprawił załogę pod pokład a sam założył sztormiak i wyszedł wyprowadzić koty na spacer po pokładzie. Pogoda zepsuła się na tyle stanowczo iż był to ostatni moment. Pohukując na koty Kapitan zapalił wszystkie światła na pokładzie a następnie zaczął to refować to rozwijać różne wymyślne żagle w czym wtórowały mu dzielnie i cicho oba koty. Tj Michał i Darek będący zawodowymi kotami morskimi mającymi sztormy, jeśli nie w głębokiej swej pogardzie, to przynajmniej za nic. Kapitan bawił się na pokładzie świetnie do późnych godzin rannych, skąd radosny i ewidentnie w wspaniałym nastroju wrócił dopiero rano, pozwalając także Michałowi i Darkowi położyć się do koi.
Na marginesie. Aklimatyzacja załogi samej ze sobą pomimo zagęszczenia prawników nie kończy się (na razie) spiętrzeniem pozwów wzajemnych.
I mimo pochodzenia z różnych stron kraju, pracy w skrajnie innych warunkach, miejscach przebiegła gładko, bez zbędnych napięć. Nie sposób ocenić czy zadecydowała siła spokoju El Capitano, czy mimo wszystko spore doświadczenie załogi na morzu. Obawy w tym zakresie prysły wraz z delfinami i wielorybem na końcu kanału Beagle.
PS Marek pozdrawia tancerkę z Buenos w rocznicę pierwszych tańców.

23 luty 2020 W tym dniu nadal obowiązywała zgoda kapitańska na dowolny, żeby nie powiedzieć swobodny sposób przechodzenia choroby morskiej. Jedyną nieposłuszną osobą w zakresie przechodzenia w-w był Jasiu Szymański, który od rana gotował śniadanie, obiad i inne przekąski. Następnie wyszorował oba kible, umył wszystkie gary, kuchnię, katafalk i próbował przejąć korespondencję. Uspokoił się dopiero na stanowczy rozkaz kapitana który nakazał mu iść spać o 1 nad ranem dnia następnego.

PS U nas wszystko w porządku kochamy Was bardzo mocno. lecz, aby dowiedzieć się co u Was nie wystarczy byście wysłali SMS-a, musicie to zrobić prawidłowo tzn przez bramkę systemu Iridium podaną wraz z naszym numerem na stronie Selmy. W innym przypadku Wasze próby nawiązania kontaktu będą przypominać wysyłanie SMS-a na FAX. I to i to telefon. Ale nie działa.
PS Michał S. Pozdrawia Madzię, Julkę, Miśka, Anię, Zosię i Wszyyystkich.
Zagadka rozwiązana Adam pozdrawia żonkę Ilonkę :)

Załoga Selmy
2020-02-24
DrakeBez względu, o której godzinie to czytacie - DZIEŃ DOBRY - Selma płynie kursem 150 st. na południowy wschód i ma się dobrze tak jak jej załoga.
Wypłynęliśmy z Ushuaia w piątek wieczorem 21 lutego 2020 r. i za decyzją El Capitano obraliśmy kurs na Półwysep Antarktyczny bez certolenia się w cumowanie w Port Williams i opływanie przylądka Horn, takie sprawy zostawiamy sobie na deser.
Nim wypłynęliśmy spędziliśmy kilka chwil w Ushuaia, mieście na Fin del Mundo - końcu świata. Kiedyś miasto skazańców obecnie ulubiony kurort obieżyświatów i ulubione miejsce Cruserów płynących w stronę Antarktydy wygodnie omijających Horn w podróży dookoła Ameryki Południowej. Miasto położone wokół portu widoczne jest nocą jako roziskrzony pas światła przypominający zapewne pierwszy widok jaki zobaczył Magellan płonących ognisk palonych przez Indian ….; skąd wzięła się nazwa Tierra del Fuego.
Powyżej pas zieleni sięgający do połowy wysokich skalistych gór poprzecinanych żlebami wypełnionymi gdzieniegdzie niknącymi już lodowcami. Czuć już jesień, ale na razie są wakacje i ludzie bawią się w dobrze bez względu czy to jest czwartek czy piątek. Wszędzie słychać rytmiczną latynoską muzykę oraz czuć grilla palonego na drewnie.
Zaształowaliśmy resztę jedzenia w ilościach niemożliwych wręcz do upchnięcia pod pokładem. Ostatni członek załogi dojechał na 40 minut przed rzuceniem cum, które oddaliśmy jeszcze tego wieczoru, gdyż prognoza nadesłana przez Anię i Martę podpowiedziała, że jak nie ruszymy natychmiast to będziemy musieli czekać do wtorku na kolejne okienko pogodowe. Zapewne tkwiąc w jakimś fiordzie na końcu Beagle.

Jeszcze pozdrowienia od Adama ale nie wiemy dla kogo a Adam śpi. Jutro wyjaśnimy sprawę.

M i J
2020-02-22
SelmaDrodzy Selmowicze!

Minęły już prawie 3 lata od naszego ostatniego spotkania. To był dla nas bardzo intensywny czas i minął błyskawicznie. Dłużej już nie można czekać. Ciekawi jesteśmy co u Was słychać i chętnie opowiemy co u nas.
Jednym słowem chcemy Was zaprosić na Selma Cup 2020!!!

Aby wyrównać szanse i nie katować „południowców” długą podróżą, wybraliśmy na spotkanie miejsce mniej więcej w środku Polski. Padło na Zalew Zegrzyński.

Prosimy Was o zarezerwowanie w kalendarzach terminu 29 – 31 maja 2020 r i o INFORMACJĘ ZWROTNĄ (w miarę możliwości PILNIE), kto zamierza wziąć udział w naszym spotkaniu. Oczywiście będziemy się odzywać i dosyłać bardziej szczegółowe informacje o kosztach i szczegółach imprezy.
Z powodów organizacyjnych będziemy wdzięczni za wstępne potwierdzenie udziału. Dzięki temu zdecydujemy czy wynająć Dar Młodzieży, jakiś inny Dar czy parę omeg.

Zapraszamy także tych, którzy z nami nie pływali. To fantastyczna okazja poznać obecne załogi Selmy, byłe i przyszłe. Nawet jeśli rejs na Antarktydę czy wokół Hornu w tej chwili wydaje się Wam perspektywą zbyt odległą to tym bardziej zapraszamy. Opowieści, slajdy i wspólnie spędzony czas na pewno przybliżą dla jednych odległe horyzonty, a dla innych będzie fantastyczną okazją żeby powspominać, spotkać dawnych towarzyszy kajuty i zaplanować jakiś wspólny rejs.

Dostaliśmy sygnały, że nie do wszystkich dochodzą nasze maile dlatego liczymy na Waszą pomoc i przekazanie znajomym Selmowiczom wiadomości o planowanym spotkaniu. Umieścimy tę informację również na stronie www.

Drodzy Selmowicze i przyjaciele przyjaciół jeśli nie dostaliście tej informacji drogą mailową prosimy o kontakt na adres: info@selmaexpeditions.com

Informację zwrotną i/lub zapytania także prosimy przesyłać wyłącznie na w/w adres mailowy.

Pozdrawiamy serdecznie
Gocha, Marta, Kris i Piotr




.
2020-02-17
Ushuaia

Większość opisanych wydarzeń naprawdę miała miejsce, a te pozostałe nabiorą barw na przestrzeni najbliższych lat i też już będą prawdziwe. Z relacją jest bowiem jak z kobietą, im piękniejsza tym mniej wierna. Wiele historii nie załapało się na publikację. A to z powodu, że nie pasowały mi do heroizmu opowieści albo były zbyt hermetyczne albo też na wyraźną prośbę któregoś z członków załogi. Na przykład nie ujrzy światła dnia nasze spotkanie ze statkiem Greenpeace i jego wygłodzonymi aktywistkami. Mrok milczenia skryje też tego, który przechowywał zwłoki pingwina w koi. A przynajmniej tak nam się wydawało, że to musza być zwłoki, sądząc po tym jak waliło. I historia o tym jak ktoś nie przestawił zaworka w kibelku i prawie nam statek zatopiło. Oraz to co naprawdę powiedział Kapitan tuż po zacumowaniu. Nie usłyszycie opowieści o tym jak powstała droga mleczna. Tej akurat z bardziej prozaicznego powodu, bo gwiazdy na serio widzieliśmy pierwszej nocy, a potem było za jasno, a teraz jest za ciemno.

Dla nas będzie to rejs życia, dla Piotrka zaś codzienna orka. Czy nas zapamięta? Miejmy nadzieję, że Mu trochę daliśmy do wiwatu i przez jakiś czas będzie wspominał Ewę, Wyszka, Jurka, Leona, Janka, Ganca, Mariana, Piotrka, Mirka, Ivana i mnie, skromnego narratora tej historii, samozwańczego prezesa RoyalDeschampsia Society, Stasia - kreatora zdarzeń. Dziękujemy Ci Kapitanie!

Zostało jeszcze sporo do zobaczenia tu w okolicy. Dość powiedzieć, że nie weszliśmy na Erebusa, nie płynęliśmy na górze lodowej, nie przekroczyliśmy koła podbiegunowego, nie nurkowaliśmy z orkami. Nie opłynęliśmy też Przylądka Horn. I co z tego, że przeoraliśmy cieśninę Drake w obie strony, skoro nie jesteśmy Kaphornerami. Jest cień niedosytu i jak tylko trauma minie, to będzie wwiercał się każdemu aż się dowierci, a wtedy, sami wiecie.

Tymczasem, po 25 dniach w morzu i przejechanych 1850 mil morskich bladym świtem obkładamy dużo cum i wreszcie pada „Tak stoimy. Załoga, dziękuję za manewry”. I to by było na tyle.



Staś
2020-02-16
Kanał Beagle

"Hej, Stary spójrz. Jak ta czarna chmura rośnie w dali.” – zarzucił Marian za sterem. Co on tam wyśpiewuje o drugiej w nocy, pomyślałem i wyjrzałem na dek. Nadchodzące Zło było wyraźnie widoczne, choć noc była czarna jak dupa afroamerykanina. W sterówce pojawił się Janek, więc zdecydowałem, że to on wykaże się heroizmem pod masztem przy kombinacjach z grotem, a ja tymczasem sprawdzę czy mnie nie ma w koi. Kapitan, wywabiony poziomym ułożeniem jachtu, raczył wygłosić inną opinię i tak wizja suchego i ciepłego śpiwora oddaliła się z prędkością 35 węzłów w kierunku ogólnie na wschód.

Nocny wiaterek nie wpłynął jakoś szczególnie pozytywnie na to jak się wachtujący wyspali, ale za to urobek bardzo godny. Położyliśmy się z rana na prawy hals i z północnym (jakby ktoś Wam następnym razem bredził o przeważających zachodnich wiatrach w Drejku, to go serdecznie ode mnie pozdrówcie) wiatrem przemierzyliśmy ostatnie 60Mm do waypointa na Isla Nueva. Tam skręciliśmy jeszcze bardziej na zachód, prosto w cieśninę Beagle i do pokonania zostało ostatnie 75Mm. Waypoint to jest taki punkt co się ustawia na mapie, żeby do niego płynąć, a jak się dopłynie to się ustawia kolejny itd.


Staś Leszczyński

Ile jeszcze do domu? To pytanie zadaje każdy wchodzący do sterówki. A w sterówce miła atmosfera, bo zbliżająca się Ziemia Ognista przysłoniła fale i żegluga zrobiła się niebywale komfortowa. W szybkim tempie pokonaliśmy ostatnie oceaniczne mile i na ten moment mamy 8h zapasu. Rozkoszujemy się płaską wodą w kanale i wiatrem, uwaga, od rufy! ETA do Ushuaia wychodzi na 6-8 rano i na ten moment wygląda, że wszyscy zdążymy na samoloty. W środku zrobiła się pracownia komputerowa, krążą setki zdjęć i filmów.

Jeszcze swoje od pogody zdążymy dostać, bo wiatr właśnie wykręca zgodnie ze wskazówkami zegara i za chwilę znów będzie tradycyjnie w ryja. Mnie to już chyba nie dotyczy, bo jak dobrze pójdzie, to właśnie skończyłem ostatnią w tym rejsie wachtę. Na pożegnanie przytuliłem deszczyk, który elegancko spłukał sól ze sztormiaka. Wygląda na to, że deszczu jeszcze dla każdego wystarczy i każdemu odsoli ubranie.

We wspomnieniach zachowamy to przejście przez Drejka jako dość mało komfortowe. Ponad 600 mil pod wiatr i falę. Będziemy mogli mówić o rough sea jak na prawdziwych morszczachów przystało. Kapitan mówi, że nie było aż tak nieprzyjemnie i że bywało gorzej. Z pewnością, ale za parę lat, jak fale odpowiednio urosną, a wiatr nabierze mocy, to i nasze drejkowe przygody przyćmią Gniew Oceanu i poławiaczy krabów z Alaski.



Staś
2020-02-15
Drake

Zauważyliście z pewnością w ostatnim czasie pewne przytępienie pióra. Nie ma w tym nic dziwnego. Spróbujcie sami następnym razem, gdy będziecie klęczeć w łazience, prowadząc rozmowę przez duże białe ucho, wymyślać zabawne historyjki. My tutaj mamy co prawda o wiele większy wachlarz możliwości. Od łazienki, poprzez wiadro, torebkę, skończywszy na najprostszym rzucie przez burtę. Nie ma tragedii, nie wszyscy haftują, ale takie motyle w brzuchu są. Przy czym to skojarzenie z motylami to wyłącznie a konto dzisiejszych walentynek.

Robi się coraz cieplej. Nie wiadomo w stopniach ile, bo Kapitan jest wrogiem mierników i preferuje pomiar organoleptyczny. Na początek El Comendante przestał zakładać skarpetki. To była taka pierwsza jaskółka, jeszcze w okolicach Szetlandów. Potem i my do spania zaczęliśmy używać coraz to mniej warstw, kończąc w szczególności na braku warstw. Dotyczy to rzecz jasna, tych co umieją korzystać z prysznica i nie zbudowali w trakcie rejsu stałej warstwy ochronnej. To zagadnienie, jak zauważyliście w poprzedniej relacji, zacznie nas nurtować coraz bardziej w miarę zbliżania się do tropików.

W temacie żeglowania, to wieje tradycyjnie w mordę. Zanosi się, że zrobimy całego Drejka bajdewindem. Stawiamy, refujemy, zrzucamy żagle – zwyczajna orka. Abuelo Leon rozciągnął parasol nad Jankiem (pamiętacie, Leon – dziadek, Janek – wnuk), ale Kapitan sprawnie ten parasol zwinął wysyłając Janka pod maszt do stawiania grota. Szybkie obskoczenie dwóch fal w kaptur i jednej w kalosze pomogło w zorientowaniu się co do sytuacji, a przy okazji przyjemnie ochroniło organizm przed przegrzaniem od kręcenia kabestanem. Tak to gimnazjum morskie na Selmie zmienia chłopców w chłopaków.

Dziś od rana przychodzą walentynkowe SMSy i jest bardzo nastrojowo. Nie do wszystkich przychodzą. Smuteczek. Nucimy więc „Tak to ja, wieczorami czekam, aż któraś przyśle SMSa z daleka. A SMS przychodzi albo nie, czasem przychodzi a ja już śpię”.

Na popołudnie wyszło pięknie słońce, a prognoza pogody daje nadzieję. Stan na 20:00 jest taki, że zostało nam do Beagle ca. 121Mm i 28h na pokonanie tego. 121 mil to w przybliżeniu dystans Iron Mana – 226km. Kto ma dać radę jak nie my – w najgorszym przypadku ostatnie 4km przepłyniemy wpław.

PS. Gosieńka! Kocham i tęsknię. Jarek.

PS2. Obiecanego albatrosa nie ma. Ewidentnie mają uczulenie na szkło obiektywu. Jak tylko wyciągamy aparaty to nikną. A zaraz jak tylko je schowamy, to złośliwie się pojawiają z pełnym surfem tuż przy burcie i muśnięciem wody końcówką lotki. Jutro też jest dzień, ustrzelimy gada.



Załoga Selmy
2020-02-14
Drake

„A do domu mamy jeszcze parę setek mil (...)"

Precyzyjnie rzecz ujmując to 285Mm do wejścia w kanał Beagle. Wczoraj był dobry dzień pod względem naszego urobku milowego, ale dziś to raczej nie bardzo nam się poprawi. Prosto z północy, czyli z kierunku gdzie płyniemy wali na nas potężny niż. Zgodnie z zapowiedzią koło południa załapiemy się na porywisty wiatr do 40 knotsów. Dzisiaj najkrótszą słomkę zalosował Wyszek i to on założy kilka refów na grocie i bezanie.


Staś Leszczyński

Wiatr zdemolował apetyty jeszcze bardziej. Oj nielitościwie się z nami Drejk obchodzi. Z drugiej strony to chyba bardzo nas polubił, skoro tak nas długo trzyma w swoich objęciach. Nie pomogło postawienie pełnego grota jak tylko wiatr trochę odpuścił. Wciąż jesteśmy gdzieś pośrodku oceanu i na ten moment potrzebujemy małego cudu, żeby nie zmieniać biletów.


Staś Leszczyński

Razem z wiatrem pojawiły się przyjaciółki żeglarzy. Tak wiem, fale są przyjaciółkami żeglarzy, ale tak naprawdę największymi są albatrosy. Tu nie mamy tych największych – wędrownych – o rozpiętości skrzydeł do 3.5m. Są te z przylądka Horn – nieco mniejsze i też piękne i zawsze krążące wokół jachtu. Mają w tym interes, bo nas mylą ze statkiem rybackim, a tam zawsze są jakieś resztki. Myślę też, że wyczuwają zapach jaki roztaczamy. Jesteśmy na 59st szerokości południowej, mniej więcej w połowie strefy konwergencji, czyli zaczyna już od nas zalatywać. Choć jak zapytałem Najwyższego Porządku po czym poznam, że naprawdę zalatuje, powiedział, żebym się nie martwił, bo nie będzie wątpliwości. Tak czy siak złapałem albatrosa narażając życie aparatu. Jutro zapoluję na niego z większą lufą, to może wyjdzie ostrzej.

A w Polsce Walentynki! My tu na jachcie mamy 13.02, ale relację dostaniecie jutro dopiero. Zatem dla Wszystkich Ukochanych Naszych, przesyłamy z Selmy indywidualne całusy i uściski. Pędzimy do Was na wszystkich żaglach z dodatkowym wspomaganiem silnika.



Staś
2020-02-13
Drake

"Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi (...)

(...) Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi (...)"


Staś Leszczyński

W sumie to można by na tym dzisiejszą relację zakończyć. Zdjęć jak nie było tak nie ma. Na wysokości Szetlandów pojawiła się para wielorybów i pomachała nam płetwami na ostateczne pożegnanie z Antarktyką. Albatrosy nie latają, wiatr za słaby. Nuda Panie.

W nocy Marian z Gancem wykonali manewr omijania wielkiej niewidzialnej góry lodowej. Seria zwrotów przez rufę i sztag obudziła Kapitana, który wyskoczywszy z koi życzliwie skomentował poczynania chłopaków. Potem się okazało, że listwa w grocie jest jednak źle zamontowana. Grot dół, leżenie na bomie, grot góra. Marian wrócił z wachty styrany jak pies.

Do Ushuaia mamy 500Mm i 4 doby. Póki co idziemy zgodnie z rozkładem jazdy. Na południe w prognozie był niż z korzystnego kierunku SW. Taki bardzo konkretny niż, z 30 węzłami wiatru. Zapowiada się naprawdę szybka jazda.


Staś Leszczyński

Niż przyszedł i rzeczywiście kozacko nas przewiózł w dobrym kierunku z dobrą prędkością. Tylko na kliwrze i mocno zrefowanym grocie sadziliśmy równe 10 knotów. Tym razem to ja wylosowałem najkrótszą słomkę do refowania grota i zrzucania bezana, więc dla odmiany ja wróciłem z wachty styrany jak pies. Zaś po suchych kaloszach zostało tylko wspomnienie.

Gdy się obudziłem pod wieczór okazało się, że cała robota na marne, bo Gancu na swojej wachcie odkręcił wszystkie zmiany stawiając całego grota i bezana. Z wachty wrócił styrany jak pies, proste.


Wyszek

Tak się bawimy na Selmie, bo cel jest jak najbardziej szczytny – zdążyć do Ushuaia bez przebookowywania biletów.

PS. Ewa prosiła żeby przekazać, że wykazuje oznaki życia, a jedzenie jest przereklamowane.



Staś
2020-02-12
Drake

Dziś niestety bez zdjęć

Nie do wiary. Na pokładzie 11 aparatów fotograficznych, 11 smartfonów z aparatami i 2 aparaty dentystyczne. I przez cały dzień nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia. Nawet nie chodzi o to, że góry lodowe jakieś zwyczajne takie, fale normalne, drejkowe, a wieloryby się nie pokazały. Jacht nam zwyczajnie zamarł. Wstaję normalnie, jak to mam ostatnio we zwyczaju, wczesnym popołudniem i widzę okręt widmo. Nikogo żywego w środku, nikogo w sterówce. Jedyne ślady życia znalazłem za sterem – stoi tam jakaś okutana kukła, nawet nie wiadomo kto. W środku zaś pustka i tylko sztormiaki się miarowo bujają w rytm kołysania fal.

Wygląda na to, że póki co udało nam się, sprawdzonym sposobem bardzo blisko znajomej wiedźmy, zakląć pogodę. Lekki wiatr zachodni pozwala robić 6-7 węzłów we właściwym kierunku. Żeby zdążyć na samolot potrzebujemy minimum 5. Z tym zdążeniem to się ogólnie śmieszna sprawa porobiła. W sumie to mamy jeszcze margines bezpieczeństwa, ale okazało się, że 16.02, kiedy planowaliśmy powrót jest niedziela, a w niedzielę argentyńskie immigration jest zamknięte. I tym sposobem mamy dodatkowy dreszczyk emocji.

Wiatru nie ma za dużo, ale fala jest. Z naszą przyjaciółką Dżesiką raczej się nie spotkamy, bo będzie w tych okolicach ponownie dopiero za jakieś 20-30 dni. Jest za to mnóstwo jej koleżanek. Wszystkie wysokie, po 2 metry co najmniej, chętnie wpadają do nas na pokład z gościną. Równie chętnie wywijają statkiem na wszystkie strony. Zapotrzebowanie na jedzenie w związku z tym spadło, choć nie tak zupełnie do zera – wiadomo, jesteśmy morszczachy.

Do wieczora z wiatrem się porobiło. Już nie jest taki korzystny. Postawiliśmy za to główny żagiel, czyli grot i pięknie się prezentujemy w przechyle na prawie wszystkich żaglach. Prawie wszystkich to znaczy na kliwrze, grocie i bezanie. Jak nam zawieje korzystnie z rufy to dołożymy drugiego kliwra i to już będzie komplet. Dużo żagla daje dodatkowy benefit, bo jacht się ładnie układa na burcie. Dzięki temu rzuca mniej. Nieznacznie mniej, ale jednak mniej. Można się teraz elegancko zaklinować w koi i miło przespać czas do następnej wachty.



Staś
2020-02-11
Melchior Islands
Staś Leszczyński

„Owsianka!”. Po takiej zachęcie na śniadaniu pojawiły się aż cztery osoby, z których jedna przedstawiła zaświadczenie lekarskie i mogła zjeść grzanki z dżemem. Wygląda na to, że dzisiejszą owsianką opędzimy resztę rejsu. Zwłaszcza, że Najwyższy Porządek odebrał prognozę, z której wynika ścisły post na najbliższe 2 dni. Wiatr północny, centralnie w mordę, przechodzący w bardzo silny wiatr północno-zachodni, jeszcze bardziej w mordę. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że następny odcinek „Przygód na Selmie” ukaże się z drobnym opóźnieniem.

Melchior Islands to jest to miejsce, w którym skazańcy dostali ostatni posiłek – wedle wyboru – steki mogły być rare, medium albo i unintentionally well done (specjalnie dla Ganca). Udziela się takie lekkie napięcie przed wejściem w Drejka. Ja na przykład w ramach przygotowań zaległem w koi i wstałem dopiero koło 14 (w sam raz na doskonałe steki przyrządzone osobiście przez naszego El Chefe). W ten sposób ominęła mnie większość wydarzeń dnia i nie ma z czego robić relacji.


Staś Leszczyński

Każdy dostał coś do roboty. Ja jako samozwańczy prezes naszego królewskiego stowarzyszenia otrzymałem misję przeszukania okolicznych stoków pod kątem występowania zielska. W normalnej sytuacji to byłby fartowny przydział – spacerek pontonem, gdy pozostali walczą w kambuzie, na bomie grota, uszczelniają wywietrzniki – ogólnie jest co robić. Tyle tylko, że teraz pada poziomo deszcz i skakanie po skałach jest zdecydowanie przereklamowane.


Staś Leszczyński

Misja zakończona sukcesem, bo na dwóch wyspach stwierdzono występowanie i Colobantusa i naszej ulubionej trawy. Kapitan pobrał próbki, więc nasz przyjaciel doktor Ivan będzie miał co badać. Na jachcie również wszystko się udało, poza kolacją, która się nam opóźni z powodu skończenia się gazu w butli. Nie martwcie się o nas – mamy drugą. Na Selmie wszystkiego jest w bród.

Kapitan ogłosił nowy rozkład wacht oraz to, że o 0200 start. Bardzo dobra pora, bo właśnie wtedy skończy się moja szychta. Ta godzina jest również dobra z tego powodu, że na 0415 zaplanowane jest cielenie się lodowca zwisającego nad nami. Jeszcze tylko szybka kolacja i żegnaj gościnna Antarktydo. Drejku, przybywamy.


Ewa Urbaniak

Staś
2020-02-10
Półwysep AntarktycznyTak, tak, to wcale nie pomyłka jest. Amundsen pojechał zdobywać biegun północny. Gdy już wyruszył przyszedł news, że ktoś inny już go zdobył. Wykręcił więc kurs o 180st i tym sposobem był pierwszym człowiekiem na biegunie południowym. Scott, prowadzący drugą ekipę, doczłapał tam kilka tygodni później i zamiast dziewiczego miejsca zastał śmietnik pozostawiony przez Norwegów. Ogólnie nie miał szczęścia podczas swojej wyprawy, bo skończyło mu się jedzenie i w rezultacie tytuł szlachecki otrzymał pośmiertnie.


Staś Leszczyński

My zaplanowaliśmy to lepiej, bo mieliśmy dużo jedzenia, picia i solidny sprzęt do campowania. Może niezupełnie wszyscy mieli równie solidny, bo pierwsza grupa polarników bez ociągania zabrała się pierwszym kursem na Selmę już o 6 rano. Nie ma co się jednak dziwić, bo nocą przyszło załamanie pogody i polarny wicher starający się zdmuchnąć nasze namioty do oceanu. Pozostali mieli ciepłe śpiwory (nawiasem mówiąc – gratuluję znakomitego wyboru Kotku) i dopiero stanowcze potrząsanie przez Kapitana wyciągnęło nas z zaspy śnieżnej.

W trakcie nocy polarnej, jak na badaczy przystało, przebadaliśmy okoliczną florę i faunę. Z fauny były 4 śpiące pingwiny i chrumkające uchatki. Z flory żółty nalot na śniegu, który po bliższym przyjrzeniu okazał się być pochodzenia odzwierzęcego. Za to rano przyszło odkrycie wywracające aktualny stan wiedzy zoologicznej. Udokumentowaliśmy występowanie ssaków lądowych na Antarktydzie! Ursus Maritensis, młody osobnik, nie podchodziliśmy bliżej, żeby nie spłoszyć rzadkiego okazu. Ivan co prawda mówi, że falsyfikujemy badania, ale to oczywiście niesprawiedliwy i krzywdzący zarzut.


Staś Leszczyński

Teraz kierujemy się na wschód, żeby odstawić akademików do ich antarktycznego domu. Spędzimy tam parę godzin i przygotujemy jacht do powrotu przez cieśninę Drake. Stacji raczej nie odwiedzimy, bo zdaje się, że admin założył nam bana po ostatniej wizycie. Zamiast tego obejrzymy więc starą brytyjską bazę polarną – Wordie House. Baza to za dużo powiedziane – to taki więcej kurnik, którego postawienie jednak wystarczyło, żeby zaanektować ten teren dla Jej Królewskiej Mości. Dopiero od 1959 Antarktyda jest objęta Traktatem, na mocy którego jest niczyja. Z ciekawostek, to wyspę Deception, chcieli sobie zostawić, ale w 1967 bazę sprzątnął im wybuch wulkanu. Tak to przyroda dokończyła zamiatanie po Imperium.


Staś Leszczyński


Staś Leszczyński

Tymczasem jak się okazuje w naszej ulubionej stacji nie założyli nam bana, tylko zwyczajnie się pochowali przed nami gdzieś wśród wysepek archipelagu. Ogólne pożegnania złożyliśmy zatem na ręce Ivana. Ivan, na ręce Mariana, złożył wielkiej wartości prezent – 2 paczki papierosów. Ten jakże wspaniałomyślny gest najprawdopodobniej uratuje naszemu koledze życie, bo zaiste marniał nam już w oczach.

Kapitan odebrał prognozę i gdyby był bosmanem to zapiąłby płaszcz i zakląłby: „Ech do czorta”. Ruszyliśmy bez zbędnej zwłoki ogólnie w kierunku domu. Za jakieś 50Mm jest takie miejsce do przeczekania i zrobienia przygotowań. Póki co wieje w paszczę 4-5B, ale ma przyśpieszyć. Taki wiatr, spadając po ośnieżonych zboczach, uzyskuje dodatkową zimność, którą skwapliwie się z nami dzieli. W mesie, gdzie suszymy namioty z ostatniej wycieczki jest taka przyjemna, trampingowa atmosfera. Są piosenki, brakuje tylko ogniska. Za sterem jest nieco mniej przytulnie. W ten sposób sternik utrwala sobie, że jest na ekstremalnej wyprawie na Antarktydę, a nie na jakimś tam zwykłym pitu pitu.

Na koniec dnia Jurek zyskał ksywę – Operator Lodołamacza. Tłumaczy się, że krzyczał, ale góra jakoś się nie przestraszyła i nie ustąpiła drogi. Przez jakiś czas lepiej będzie nie podchodzić do Kapitana.

Staś
2020-02-09
Półwysep Antarktyczny
Staś Leszczyński

Noc spędziliśmy grając w arktyczne szachy. Przeciwnik oszukiwał, bo miał pod ręką co najmniej kilkanaście wież, a pionki poruszały się również na boki i do tyłu. Na dobitkę grał jednocześnie białymi i czarnymi, a potem jeszcze wyciągnął niebieskie. Udało się jednak uniknąć zbicia, a że wyszło na moment słońce, to można było uchwycić kilka przebitek szachownicy, na której graliśmy i wciąż gramy. Tyle że teraz jesteśmy w ruchu, więc jest łatwiej robić uniki.

Wczoraj po nocy nie udało się nic wypatrzeć, bo było za ciemno i mgła, ale z rana ekipa lądująca znalazła skromniutkie krzaczki. W ten sposób mamy 11, czyli elegancko po 1 stanowisku na głowę. Później jeszcze przepatrzyliśmy kilka ścianek, ale tu w trawę ubogo. Za to uchatek dostatek. My tu jesteśmy ekspertami od płetwonogich i już na pierwszy rzut oka rozróżniamy uchatkowate od fokowatych. Was też tego nauczę, bo to proste – jak obłe cielsko ma tylne odnóża jak królik, to jest to uchatka. Jak ma takie bardziej płetwy a’la Jacques Cousteau, to jest fokowate. A jak przypomina syrenę, to za dużo czasu spędziliście wyłącznie w towarzystwie kolegów.


Staś Leszczyński


Staś Leszczyński

Wczorajsze szachy pod Cape Garcia okazały się być najdalej na południe wysuniętym punktem naszej wyprawy. Zapisujemy zatem 65st44’ S. Koło podbiegunowe przekroczymy nie tym razem. Tym sposobem jest już pierwszy powód, żeby tu wrócić jak tylko trauma ustąpi.

Jak tylko zaczęliśmy odwrót od razu zrobiło się cieplej. Nawet wyszło słońce, w którym wspaniale zaprezentowały się pingwiny Adeli. Żeby nie przesadzać z zoologią w ramach jednej relacji, to o pingwinich różnicach napiszę innym razem. Muszę przecież zostawić jakieś tematy na powrót przez Drejka, bo o chorobie morskiej już wszystko zostało powiedziane, a poza chorowaniem to tam jest niewiele atrakcji.


Staś Leszczyński

Jesteśmy na obszarze, gdzie wycieczkowce już się nie zapuszczają. To taka pierwotna, bezludna i dzika Antarktyda. Łatwo wczuć się w atmosferę. Tym bardziej, że nasza pożegnalna zatoczka, Johanessen Harbour, przypomina film „Wzgórza mają oczy”. Otaczają nas niskie wysepki, a nich pełno ciekawskich oczek foczek i uchatek. Do tego dziwne odgłosy jakby sapania, chrumkania i ciamkania. Nie gasi to ducha w naszej ekipie – nawiasem mówiąc wiele dobrych horrorów tak się zaczyna – dziwna, opuszczona okolica – grupa młodzieży (hehe, młodzieży) śmiało rusza w boczną, leśną drogę – a dalej sami wiecie. Jak zatem wspomniałem, duch w narodzie nie upadł i idziemy szlakiem Amundsena, czyli mówiąc krótko, pakujemy sprzęt campingowy i ruszamy zdobywać biegun północny!

Staś
2020-02-08
Akademik Vernadsky

Na wydarzenia ubiegłej nocy należy litościwie spuścić kurtynę milczenia. Dość powiedzieć, że dla rozwoju stosunków Polsko-Ukraińskich zrobiliśmy więcej niż Prezydent Kwaśniewski w Charkowie. Wizytę zakończyliśmy wspólnym odśpiewaniem „Hej Sokoły” i w promieniach wschodzącego słońca odszukaliśmy drogę na nasz statek. Co wydarzyło się na Vernadskym zostaje na Vernadskym, łącznie z komórką Jurka i zakupionymi pamiątkami.



Jest plan odzyskania tego dobra, bo nasza ekipa, zamiast się pomniejszyć o Ivana, powiększyła się o doktor Natalię. Płyną z nami jeszcze dalej na południe, z planem odkryć botanicznych i wyzwaniem przekroczenia koła podbiegunowego. Odstawimy ich w powrotnej drodze. Do tego czasu nasi gościnni gospodarze może nieco ochłoną i pozwolą nam ponownie skorzystać z różnych udogodnień cywilizacji?

Skończyły się bananowe szerokości i przyszedł rozkołys z oceanu. Pierwszą ofiarą została rzecz jasna Pani Doktor. Ani nie jest zbyt rozmowna, ani jajecznicy spróbować nie zechciała. Na pewno się jeszcze rozkręci. Póki co zasnęła w kapitańskiej koi i tym sposobem pierwszy raz na tym rejsie Piotr spał pod pokładem. Wyjaśnić należy, że Selma ma małą sterówkę, a w niej różne przyrządy nawigacyjne, aparaty fotograficzne, różne różności i koja Kapitana. To jest bardzo przytulne miejsce. Zwłaszcza w porównaniu z nazewnątrz, gdzie wiatr i deszcz sobie hulają jak chcą. A tymczasem w sterówce nie pada na głowę i dochodzą zapachy gotującej się pieczeni.



Ogólnie to dziś jest ciężki dzień dla narratora, bo wstaliśmy późno, a następnie niewiele się działo. Dla wypełnienia relacji trzeba będzie wymyślić kilka przygód. Toczymy się coraz wolniej, już nawet nie w kierunku południowym, tylko bardziej na zachód. Musimy ominąć wielką połać paku lodowego. Na razie nie jest to jeszcze zbite pole, ale growlerów i przeróżnego lodowego dziadostwa jest tyle, że płynie się coraz trudniej. Ciśnienie idzie w górę, a lekki wiatr wieje z południa. W tych okolicach oznacza to, że powinno być słonecznie (tu mamy anomalię, bo jest mgła) i zimno (tu akurat nie ma mowy o jakiejkolwiek anomalii). Za sterem grane są rękawice bez palców, a w środku trzecia warstwa ubrań też nie przeszkadza.

Mamy w planach dwa stanowiska z krzakami – teraz szukamy triple play czyli Deschampsia + Colobantus + Fermentoza. O tym ostatnim mszaku nie pisałem wcześniej, choć pełni bardzo istotną funkcję, którą podpowiada jego nazwa. Miejsce wybrane na dziś to Cape Garcia – totalnie niedostępny kawałek kontynentu. Mamy dwie mapy tego cypelka. Każda pokazuje inną wersję linii brzegowej i okolicznych skał podwodnych i żadna nie zgadza się z rzeczywistością. To i tak nie ma znaczenia, bo wszędzie wokół przysiadły góry lodowe i skutecznie blokują przejazd. Do tego mgła przysłania widoczność do jakichś 100m – w sensie jak się trochę rozwieje to 100m, bo normalnie to jeszcze mniej. Przeszliśmy na sposób dawnych odkrywców – przodem idzie ponton z sondą i bada głębokość. W sumie to nawet byłoby fajnie, gdyby nie to, że kiedyś widziałem film o tym jak się taka góra przewraca. Zdaje się, że nie ja jeden ten film widziałem, więc atmosfera na jachcie tylko w przybliżeniu przypomina letni chill.



Czekamy zatem na ekipę lądową, rwiemy kotwę i po ciemku i we mgle wrócimy przez pole lodowe na czystszą wodę, gdzie spędzimy noc. Chyba, że po drodze zmienią się plany. O tym jak się udało jutro – zostańcie z nami.

PS Leon dziękuje Magdzie i ekipie. Droga Magdo, potwierdzamy, nic tak nie grzeje jak Leon – nas ogrzewa duchem rzecz jasna.

PS2 Kaśka, chłopaki dają radę ze mną, gotują aż za dobrze, śpiewają i grają na gitarze, cumują, rozwijają i zwijają żagle. Jest bosko, ale wracam, wracam do Was. Pozdrów Edytę, wiedziałam, że super sobie poradzi.

Staś
2020-02-07
Akademik Vernadsky
Ewa Urbaniak

Na podejściu pod stację Akademik Vernadsky sypnęło śniegiem i zrobiło się jak należy zimowo. Czytaj zrobiło się ślisko – wywinąć orła przez burtę jest tak łatwo, że El Capitan zabronił sikać z pokładu. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Stoimy tutaj niemalże jak w suchym doku, zawieszeni na cumach. Miejsce perfekcyjnie osłonięte przed wiatrem. Przed śniegiem już mniej, ale poza ograniczeniem związanymi z sikaniem, to nie jest dla nas przeszkoda.


Wyszek

Bez zbędnej zwłoki pakujemy się do pontonów i grzejemy na stację. Tam witają nas pingwiny, skuła i Igor – szef stacji. Dowiadujemy się, że Vernadsky był naukowcem, który na początku XXw odkrył, że tlen w atmosferze bierze się aktywności biologicznej. Dobrze, że to odkrył, bo od tamtego czasu do dziś byśmy już na pewno zużyli cały ten tlen z powietrza i ciężko by było oddychać.

Było już późno, więc zwiedzanie stacji zostawiliśmy na następny dzień i poszliśmy od razu do baru. A tam szybko zakolegowaliśmy się z Saszą, który, oprócz badania troposfery, jest z zamiłowania chemikiem. O tym więcej napiszę jutro, bo okazało się, że następnego dnia przypada 24 rocznica przekazania stacji Ukrainie. Innymi słowy zostaliśmy zaproszeni na urodziny stacji.


Piotr Ganc

Wizyta w barze była naprawdę krótka i dlatego już chwilę po 10 byliśmy w stanie powitać następny dzień śniadaniem. Łaskawość Dowódcy rozciągnęła się i na dziś, bo ponownie nie widać owsianki. Coś mi jednak mówi, że zaczyna już majaczyć na horyzoncie, lecz póki co cieszymy się chwilą.

Dzień przyniósł dwa naprawdę mocne akcenty. Pierwszy to prysznic. Taki prawdziwy z ciepłą wodą, która sama leci z prysznica. A drugi to prawdziwa petarda – sauna na brzegu morza antarktycznego. Prosto z sauny kic kic do wody. Kąpiel w morzu na Antarktydzie to kolejne bezcenne doświadczenie, dostępne tylko na Selmie. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że to nie była zbyt długa kąpiel. Dobrze, że aparat ma migawkę 1/250, to i była szansa na ustrzelenie momentu, gdy jesteśmy w wodzie.

Kapitan zarządził wyjście na 20:30 w strojach galowych. Panika. Gdzie są dżinsy i t-shirty? Ewa blokuje łazienkę, w mesie w panice kończymy prezent dla akademików. To efekt prawdziwej pracy zespołowej całej załogi, łączący umiejętności IT, stolarskie i krawieckie. Trzeba zauważyć, że ilość sprzętu dostępnego na Selmie przekracza wszelkie wyobrażenie. Wycinarka? Proszę. Szlifierka, polerka, wiertarka? Co tam potrzeba. Na wszelki jednak wypadek, jakby się nasz artefakt nie spodobał, zaniesiemy jeszcze tradycyjnego flakona. Dawaj, paszli.


Wyszek

PS. Kochanie, mówisz i masz. Gorące, jakby prosto z sauny, pozdrowienia. I dla Basi i Marysi oczywiście też – udanych ferii dziewczyny. Zaś do życzeń dla szacownej jubilatki Madzi dołączają Gancu z Marianem.

Staś
2020-02-06
Port Charcot
Staś Leszczyński

Na Selmie jesteśmy w epoce przed social media i wieczorami, zamiast korzystać z komórek, rozmawiamy ze sobą. Wyjątkiem jest Janek, ale on jest usprawiedliwiony, bo ma levele do przejścia. Fejsbunia nie oglądamy, a komentarze pod postami czytamy jak starej daty pracownicy budżetówki – wydrukowane. Może niezupełnie wydrukowane, tylko zebrane w mailu, ale formuła podobna. Bardzo je cenimy, a najbardziej oczywiście te pozytywne dla narratora.

Na naszym statku panuje duże nasycenie tytułami naukowymi. Jest co najmniej dwóch doktorów rzeczywistych i kilku aspirujących. Sam tylko El Capitan wie więcej o tutejszych okolicznościach przyrody niż Encyclopedia Britanica. Chętnie się tą wiedzą z Wami podzielimy, więc jeśli macie pytania to pytajcie. Tym bardziej, że pływamy już ze sobą tyle, że wszystko o sobie wiemy i tematy do rozmowy powoli się kończą. Tak jak kończy się nam i woda rozmowna.

Pogoda dziś dopisała, bo mamy pełne zachmurzenie i coś tam prószy. To podwójnie dobrze. Raz, że Kapitan odwołał trekking zapowiedziany na szóstą rano. A dwa, że okazało się, że UVA/B tutaj operują zupełnie bez przeszkód (bo dziura ozonowa i świeże powietrze). Część załogi zmieniła się w związku z tym w czerwonoskórych. Mój krem na przykład, rzekomo 50, okazał się samoopalaczem i teraz się ze mnie naśmiewają. Pewnie dlatego, że dawno samych siebie nie oglądali w lustrze.


Staś Leszczyński

„Śniadanie!”. Jakoś nikt się nie przepycha. Owsianki dla każdego starczy. „Śniadanie!”. Eee, lepiej jeszcze chwilę pospać – jak wiadomo w śpiworze najbezpieczniej. Wyłażę jednak zwabiony zapachem kawy i tu, szok. Kapitanowi znowu się udało podnieść poprzeczkę i przebić wieloryby na close kontakcie. Na śniadanie kanapki i jajko na twardo. Czyżby dziś była niedziela? A może jakie inne święto?

El Comendante, w swej łaskawości, zaordynował dla naszego Królewskiego Stowarzyszenia krótką, półgodzinną wycieczkę w poszukiwaniu chluby Antarktyki – Deschampsia i Colobantus. Już po 3 godzinach spędzonych na przemian w pontonach i na skałach wracamy z trofeami. Odkryliśmy nieznane dotąd nauce stanowisko wyżej wymienionych i aktualnie mamy na liczniku 9 i pół. Ivan mówi, że to oryginalne refugium, czyli miejsce, w którym zielsko przetrwało zlodowacenie i stamtąd się rozprzestrzenia. Miejsce bardzo bogate w znaleziska, bo oprócz kwiatowych znaleźliśmy jeszcze 2 rodzaje grzybków antarktycznych. Ivan pobrał próbki i wieczorem poszerzymy zakres badań. Nasz rejs zaczyna coraz bardziej przypominać słynny rejs Darwina na Beagle. Żywimy skromną nadzieję, że kiedy Ivan opublikuje wyniki swoich badań, niemałe wcale zasługi załogi Selmy i Royal Deschampsia Society zostaną odpowiednio docenione i zapisane na wieki w annałach historii botaniki.


Ewa Urbaniak

Jedna atrakcja na dzień to nie byłoby w stylu naszego Dowódcy. Dlatego płyniemy do Port Charcot. Pan Charcot to była barwna postać – francuski podróżnik i odkrywca. Bardzo się przysłużył nauce – zupełnie jak i my. W tym miejscu co do niego popłynęliśmy spędził 2 noce, czyli na czas europejski 2 lata. My zaś szybko wymieniliśmy logger (to jest takie urządzenie, które przez ostatnie rok zbierało dane o temperaturze i nasłonecznieniu), a Ivan policzył krzaki. Tego stanowiska nie dodajemy do naszego wykonu bo jest dobrze znane i, jak sami widzicie, monitorowane.

Z innych atrakcji, to drogę zamknęły nam góry lodowe i wykonaliśmy slalom w zmrożonym labiryncie. Wolnej wody pomiędzy nimi było na tyle mało, że Kapitan odebrał mi ster, dzięki czemu mogłem zająć się fotami, które w zamyśle mają zapierać dech.


Staś Leszczyński

A przed nami, już za chwileczkę, już za momencik baza ukraińska im Viernackiego. W planach jest, że będzie się działo – zostańcie z nami.

PS Do ekipy podlewającej u Ganca – zakontraktowaliście się na podlewanie u wuja, więc proszę mu o kwiatki dbać i nie lecieć w. Tak czy siak - pozdrawiam.
PS2 Tosia postaram się zdobyć pingwinka, Zuzka - bawię się przednie, miłej zabawy na disco i udanych ferii. Elena thanks for the info. Kisses for the team.
PS3 Leon pozdrawia chłopaków z Rosówki

Staś
2020-02-05
Półwysep AntarktycznySłońce! Chmury zniknęły i wreszcie jest tak jak zazwyczaj jest na Antarktydzie latem, czyli zimno i słonecznie. Idealne warunki do przejścia cieśniny Le Maire. To jest taki Wielki Kanion Antarktydy. Każdy musi tu wjechać i zrobić fotę. Skojarzenie z Wielkim Kanionem stąd, że Le Maire jest wąska i otoczona wysokimi górami ze spadającym lodowcami. Dodatkową atrakcją są kry lodowe, na których śpią foki. Pierwsze dziesięć wywołuje ekscytację, która potem trochę spada, ale nikt przecież nie będzie żałował foczce zdjęcia.


Ewa Urbaniak

Pogoda naprawdę piękna. Ogólnie to okolice Półwyspu Antarktycznego angole nazywali bananowymi szerokościami. Bo są ryczące czterdziestki, wyjące pięćdziesiątki, niepamiętamjakiealenapewnoniefajne sześćdziesiątki i wokół półwyspu – właśnie bananowe szerokości. Z reguły wieje tu słabiej, a nawet jak wieje, to jest tyle wysp, że fale są takie mazurskie bardziej. Włóczymy się więc na silniku między wyspami kierując się generalnie na południe, a największymi atrakcjami nawigacyjnymi jest odpychanie tyczkami growlerów. Growler to taka niewyrośnięta góra lodowa, w sumie bardziej zaspa niż góra.

Prawdziwe wielkie góry lodowe też dzisiaj były. Jedna utknęła w przesmyku i trzeba było przeciskać się bokiem, walcząc z prądem i pędzącymi growlerami, ale potem to już tylko eksplozja form, kształtów i kolorów. Są tu góry kwadratowe i zaokrąglane, są podświetlane promieniami słońca w barwach niebieskich albo zielonych. Ponoć czerwone też są, ale dzisiaj nie widzieliśmy. Niektóre przybierają formy różnych zwierzątek – była na przykład góra pingwinia i krokodylowa. Wymieńcie dowolne zwierzątko – a taka góra na pewno się tu znajdzie. Nawet bez palenia.


Diego

Kapitan wymyśla dla nas różne atrakcje żebyśmy nie zgnuśnieli na pokładzie. Dziś po południu na przykład zdobyliśmy górę Hogwart. Może niedokładnie tak się nazywa, ale tak łatwiej zapamiętać. Góra składa się w połowie z góry i połowie ze śniegu. Dlatego założyliśmy rakiety śnieżne i zaatakowaliśmy szczyt. Chodzenie w rakietach śnieżnych jest jak jedzenie owsianki – za pierwszym razem się podoba, ale na drugi znacznie ciężej namówić. Szczytowanie zakończyliśmy koło 22 – naprawdę nie ma miękkiej gry na Selmie.

A tak w ogóle skąd nazwa Selma, zapytacie? Miało być Salma, bo chłopaki byli pod wrażeniem El Mariachi. Ale po wbiciu do Googla pokazywało się za wiele stron z pornografią i trzeba było zmienić literkę. Chętnie bym sprawdził co zwraca Google na hasło „selma”, ale nie bardzo mam tu możliwość.


Piotr Ganc

Każdego dnia zastanawiamy się co takiego się wydarzy co przebije to co widzieliśmy do tej pory. Poprzeczka już jest ustawiona bardzo wysoko i w głowie zaczyna się nie mieścić co takiego by to miało być. A tymczasem bum! Zaczęło się niewinnie od wycieczki pontonem pod klif lodowca. Selfiki, foki, kry, góry – antarktyczny standard. Wracam grzecznie do jachtu, a tu dwa grzbiety wystają niedaleko. Oczywiście podpływamy, a jak już jesteśmy blisko to wyłączamy silnik. „Może to niebezpieczne?” – ktoś pyta. Eee tam, dobre ujęcie jest ważniejsze. Już po chwili mieliśmy aż za dobre ujęcia, bo 2 humbaki jeszcze bardziej się zainteresowały nami niż my nimi i prawie nam wlazły do pontonu. Wieloryb zainteresowany małą jednostką pływającą oznacza pełną zbroję dla załogi, ale wrażenie - bezcenne. Kto nie czuł mokrego oddechu wieloryba na twarzy, ten nie wie co to przygoda. Takie emocje to tylko na rejsie Selmą – wieloryb, którego możesz poklepać po chrapach.


Wyszek

Staś
2020-02-04
Port Lockroy
Staś Leszczyński

„Dużo ci jeszcze zostało papierosów?” - zapytał Marian. „Bo ja się podliczyłem i zostały mi 2 paczki.” A tymczasem to dopiero połowinki naszego rejsu. Nie bardzo są widoki na uzupełnienie zapasu, a za jaranie Deschampsia Ivan grozi linczem. Wszystko wskazuje więc na to, że stan płuc naszego kolegi ulegnie zdecydowanej poprawie. Kolejny dobroczynny efekt wakacji na Selmie. Nie tylko zresztą dla Mariana, bo u Leona też krótko z fajkami. Najdalej za tydzień będziemy mogli powiedzieć, że Selma jest 100% smoke free.


Staś Leszczyński

Dzisiaj tylko jedna atrakcja, ale za to z przytupem. „Kto ma kurs wyciągania ze szczelin?” – zainteresował się Kapitan. Nie było jakiegoś wielkiego odzewu, ale dla naszego Przywódcy to nie jest przeszkoda. W rakach, z czekanami i sprzętem do wspinania wyglądamy top profi. Jesteśmy gotowi na zdobycie Noble Peak na Wiencke Island. To jest bardzo popularna wyspa i co najmniej raz dziennie przypływa do położonego na niej muzeum duży wycieczkowiec. Wysypują się z niego ubrani na czerwono turyści z Chin, robią zdjęcia pingwinom, a w muzeum w Port Lockroy kupują pocztówki i zbierają pieczątki. W skrócie podobna agenda do naszej, z tą jednakże różnicą, że my dziś nie dotykamy pingwiniego guana, więc czujemy się od nich lepsi.


Piotr Ganc

Kapitan prowadzi nas w poprzek lodowca na wyspie. Idziemy, idziemy, idziemy. Mgła, mokry śnieg po kolana i wiatr w oczy bardzo podkręcają nasze ego zdobywców. Potem jeszcze trochę idziemy, a później, po przerwie na herbatkę, znowu idziemy. Nalazło się chmur i napisałbym, że g.. widać, ale chyba już dość pingwinich asocjacji. W takiej sytuacji, po ok 5km, musimy zarządzić odwrót. W punkcie zwrotnym słońce rozgoniło chmury żebyśmy mogli sobie zrobić kilka fotek. Widoki jak widoki

Gdyby nie szczeliny w lodowcu, to w ogóle by nie było o czym pisać. Odkrycie pierwszej wywołało wśród wycieczkowiczów efekt łał (z angielska wow). W jaki sposób się odkrywa takie szczeliny? To proste, zapada się śnieg pod butem i otwiera się jama głęboka na kilkadziesiąt metrów. Wtedy trzeba szybko się zaprzeć łokciami, żeby nie rozszerzyć programu wycieczki o zwiedzanie jaskiń lodowych. Po pierwszych kilku nabraliśmy wprawy i wszyscy uczestnicy wyprawy cali i zdrowi dotarli bezpiecznie na dół.


Staś Leszczyński

PS Dla wnuka Wiktorka od sympatycznego abuelo – pucio pucio. I ja, Mirek też pozdrawiam. Pozdrawiamy nasze rodziny, przyjaciół i znajomych.
PS2 Wyszek pozdrawia Anię i rodziców.
PS3 Ivan macha łapką do Ani i rodziców.
PS4 W tym punkcie, wobec rozbuchanej liczby pozdrowień imiennych, jestem zmuszony dodać komentarz dla wszystkich niepozdrowionych. To nie jest tak, że o Was nie myślimy. Myślimy o Was ciepło, tęsknimy i dedykujemy Wam wszystkie nasze przygody duże i małe. W szczególności dla Wojtka zdjęcie ptaka.

Staś
2020-02-03
Półwysep Antarktyczny
Piotr Michałowski

W kambuzie dziś grupa śmierci, czyli Marian i ja. Najbliżej kuchni to byłem, kiedy gitarę odnosiłem do kabiny na rufie. Marian ma nieco więcej doświadczenia – wie, gdzie ukryto płatki owsiane. Na śniadanie bowiem zaplanowaliśmy dla odmiany owsiankę. Jeszcze nie minęła połowa rejsu, a ja już zjadłem więcej owsianki niż do tej pory w całym życiu. Pod tym względem jest rygor na jachcie, bo Dowódca nie wyobraża sobie innego sposobu na rozpoczęcie dnia.

Może i nie była to najbardziej chwalona owsianka na tym rejsie, ale na pewno była najwcześniej podana. O 7:00 już było po wszystkim. Tak z pół gara jeszcze zostało, a że chętnych na dokładkę jakoś zabrakło, to zabezpieczyłem pozostałości, żeby menu kolacyjne mieć już z głowy. Przy okazji odkryłem, że sporo tego towaru zostało również po śniadaniu z poprzedniego dnia. Kapitan ma nawet pomysł co z tym zrobić. Szykuje się naprawdę wykwintna niedzielna kolacja.

Jak to się stało, że tak z samego rana wystartowała akcja na Selmie? To się po prostu musiało wydarzyć. Kapitan zastosował zwyczajowe retorsje za poprzedni dzień, podczas którego odbyliśmy tylko 3 lądowania i zaledwie jeden trekking. To nawet nie był trekking, bo trekking jest w butach za co najmniej 1000 zeta, a w zwyczajnych kaloszach to nie wiadomo co. Gumofilce, generalnie rzecz ujmując, to podstawowe obuwie antarktyczne. Możesz w nich wejść do wody podczas lądowania pontonem, nie wsypuje się do nich mokry śnieg (za wyjątkiem mokrego śniegu głębszego niż pół metra), ale przede wszystkim łatwo się je czyści z pingwiniego gówna. Ta ostatnia zaleta jest chyba najważniejsza.


Staś Leszczyński

Budzi mnie zatem bladym świtem, koło 5:30, jakieś dziwne skrzypienie. Po tylu dniach na jachcie już rozpoznajemy te najbardziej popularne odgłosy jachtu jak np. alarm kotwiczny, włączenie ogrzewania albo pompowanie pompeczką w takim małym pokoiku z oznaczeniem 00. Tymczasem to skrzypienie było inne i zaintrygowało mnie na tyle, że wylazłem ze śpiwora na dek. I to była pułapka. Wachta zamieniała miejscami pontony i stąd te odgłosy. Poradziliby sobie doskonale sami, ale skoro się nawinąłem, to i dla mnie znalazło się zajęcie. Głupiego na jachcie robota zawsze odszuka.

A skoro już wstałem, a Boss oświadczył, że na 0700 zaplanował dla nas atak szczytowy, to wstał również Marian i oto cała tajemnica wczesnego śniadania. Dla porządku warto dodać, że prowadzimy bardzo regularny tryb życia i większość lekarzy gotowa jest nas za to pochwalić. Posiłki o stałych porach – 8:00 14:00, 19:00. Dużo ruchu. Dużo przebywania na świeżym powietrzu. Krioterapia. Niczym sanatorium w Goczałkowicach Zdroju.

Dzisiaj na wyspie Byrd wielki sukces. Udało się osiągnąć przełom w naszych botanicznych badaniach. Odkryliśmy 3 znakomite stanowiska z Deschampsia i, co jeszcze ważniejsze, znaleźliśmy tam naszego małego przyjaciela Colobantusa. Ostatni raz widziano go tutaj na początku lat osiemdziesiątych. Od teraz odwiedziny Byrd Island będą żelaznym punktem programu badawczego Selmy, bo Kapitan zobowiązał się do monitorowania stanu kolonii. W sumie mamy więc zarejestrowane 7.5 stanowiska i już w tym momencie lejemy zaprzyjaźnione konkurencyjne stowarzyszenie badaczy (pamiętacie, jak stanęli na 6, tak stoją).


Staś Leszczyński

Byłbym zapomniał! Dzisiaj rano w końcu to zrobiliśmy – wylądowaliśmy na kontynencie i wyruszyliśmy na wyprawę trekkingową wgłąb, a precyzyjnie rzecz ujmując wzwyż. Nie gumofilcową, tylko prawdziwą trekkingową. Z wyprawy przynieśliśmy foty i pingwinie guano, bo nasze specjalne buty mają wielką zdolność do adhezji tego antarktycznego specjału. Specjalną atrakcją był zjazd na tyłku z lodowca. Ogólnie jest to dobry sposób na szybkie zejście w obydwóch znaczeniach, bo góra urywa się kilkunastometrowym klifem. Warto więc dobrze rozplanować punkty hamowania. Wszystkim się udało i nie trzeba zmieniać planu wacht.

Potem widzieliśmy morskiego lamparta, który był tak uprzejmy, że zapozował nam na krze. A chwilę później mało nie władowaliśmy się na śpiące wieloryby. Postaliśmy sobie jakiś czas z wyłączonym silnikiem słuchając jak oddychają i pykając fotki. Ostrożnie bym ocenił, że cyfrowe dziedzictwo powiększyło się w wyniku tego spotkania o jakieś 10GB. Na zakończenie obydwaj koleżkowie machnęli ogonami (kolejne 1GB) i elo.


Marian

Staś
2020-02-02
Półwysep Antarktyczny
Ewa Urbaniak

„Ivan, wczora buw pohany den, niczowo ne znajszow” – napisał Artiom w mailu. He he he – to znaczy, że mają cały czas 6. Przypomnę – 6 od początku roku. Tymczasem nasz klub poszukiwaczy Deschampsia antartica zaliczył dziś 2 przyłożenia i mamy 5 i pół. Ta połówka jest zaliczona za krzak zaobserwowany, do którego nie udało nam się dotrzeć.
Ivan, mimo że początkowo sceptyczny z racji królewskiej afiliacji naszego stowarzyszenia (gwoli przypomnienia: Royal Deschampsia Society), już się do nas przekonał. Tak jest – nie słowa, lecz czyny. 5.5 obserwacji w 3 dni to daje średnio w zaokrągleniu 2 obserwacje dziennie. Biorąc pod uwagę umiarkowanie dobry stan dróg i infrastruktury portowej w tych okolicach oraz dystraktory w postaci fauny antarktycznej, to jest to naprawdę znakomity wynik.


Ewa Urbaniak

A my, nie zajmujemy się przecież, ku ubolewaniu Ivana, wyłącznie florą. Część załogi, precyzyjnie rzecz ujmując 11 sztuk, bierze również udział w światowym programie śledzenia wielorybów. Odciskiem palca wieloryba jest jego ogon i na podstawie zdjęcia można przypisać go konkretnemu obywatelowi. A po dodaniu danych lokalizacyjnych i czasu, wiadomo gdzie danego walenia nosiło po świecie. Na stacji badawczej, do której zmierzamy, dowiemy się jak nasi wczorajsi koleżkowie mają na imiona. W sensie na ludzkie imiona, bo nie mamy aparatury, żeby podsłuchać jak się do siebie zwracają po wielorybiemu. Może się tak zdarzyć, że nie mają i wtedy, jako odkrywcy, będziemy mieli przywilej ich nadania. To byłaby naprawdę monstrualna impreza – chrzciny wieloryba.

Wracając do naszych krzaków. Flora Antarktydy jest bardzo uboga – tylko 2 gatunki roślin kwiatowych. Trawa Deschampsia i Colobantus goździk. Kiedyś próbowano sadzić rośliny z okolicy, z Falklandów albo Patagonii, ale nic nie przeżyło. Co takiego mają w sobie te dwa maluchy, że udaje im się przetrwać? Deschampsia jest przy okazji bardzo precyzyjnym wskaźnikiem zmian klimatu. Im cieplej tym naszej trawy więcej i na odwrót. Po bardzo gwałtownej ekspansji na koniec XX wieku zasięg ustabilizował się na nowym poziomie i już nie cofnął się do lat 60. Wniosek z tego, że dewastujemy Ziemię w równym tempie, ale przynajmniej nie przyśpieszamy.


Ewa Urbaniak

Zapach pingwiniska na skali od fiołków po kanapkę z rybą, odkrytą w tornistrze na początku września, lokuje się na prawo od kanapki. Dzięki zbawiennej umiejętności mózgu do tłumienia percepcji zapachów możemy pójść za sugestią Kapitana i posiedzieć wśród naszych nowych pierzastych przyjaciół. Traktat antarktyczny zakazuje zabierania czegokolwiek. Na szczęście jednak mamy permit na zebranie pewnej ilości próbek. Ewa kreatywnie rozszerzyła to zezwolenie o 2 małe pingwiniątka – sami rozumiecie, że takim słodziakom nie można się oprzeć. Siedziały takie osamotnione, bez rodziców, podane wydrzykom jak na talerzu. Wydrzyki, czyli skuły, też muszą coś jeść, ale tych dwóch nie dostaną. Wrócą z nami do Polski i będą przypominać wyglądem i zapachem o przygodach na Antarktydzie.

Po lunchu entuzjazm zdobywców odrobinę przygasł i na wyprawę pontonową zgłosiło się tylko trzech najwytrwalszych, wliczając w to Kapitana, Ivana i skromnego narratora tej opowieści. Nie muszę chyba pisać, że tak szacowne grono gwarantowało spektakularne sukcesy naukowe. I proszę – wokół pontonu grasuje minke, czyli wal karłowaty. Prawie tak rzadki jak ptak dodo. Na skałach oczywiście Deschampsia, a na brzegu krabojad. O pingwinim drobiu nie wspominam już nawet. Na koniec nawet lampart morski zainteresował się naszymi pontonami i trzeba było na tempo wyciągać je z wody. Z jednej strony, dzięki pontonom, sympatycznie nam lampart pozował do zdjęć, ale z drugiej, nikomu się nie chciało ich kleić.


Piotr Michałowski

Nie poznaję Kapitana – wiele wskazuje na to, że na dzisiaj to koniec zwiedzania. A że mamy sobotę, to szykujemy się na sobotni wieczór filmowy. W repertuarze filmy przygodowe lub przyrodnicze – w zależności od tego czy Janek pojawi się na widowni czy nie.

PS. Adam i Zuzka, małe pingwiniątka żegnają się z rodziną i zmierzają do Was, buziaki dla całej rodziny i grupy „Antarktyda”, którzy na pewno bacznie mnie śledzą

Staś
2020-02-01
Selma Governoren Harbour to chętnie odwiedzana przez jachty zatoka z wrakiem statku o tej samej nazwie. To wielorybie krematorium, które samo sfajczyło się sto lat temu i przynajmniej teraz służy do czegoś pożytecznego, bo można przy nim cumować.


fot.Staś Leszczyński

Jak pamiętacie wczorajszy dzień był bardzo intensywny i zapłynęliśmy do naszej zatoczki dopiero po północy. W zatoce stał już jeden jacht, a tradycja żeglarska na tych szerokościach nakazuje wzajemne odwiedziny. Wpadła więc do nas z wizytą sympatyczna rodzina z Irlandii – Państwo Jameson. Tak naprawdę to na początku nieśmiało zawitał tylko jeden z przedstawicieli owej rodziny, ale w miarę rozwoju sytuacji stopniowo dołączali kolejni. Przytulna atmosfera mesy oraz wspomniani goście nakręciła morskie opowieści. Pojawiła się gitara i już wszyscy wiedzą dlaczego Jarek to Marian. Wiedzą to za mało powiedziane. Mesa na Selmie ma znakomitą akustykę i dobrze się w niej krzyczy piosenki. Gwiazdą wieczoru był jednak Wyszek, który sam z siebie zaserwował nam grzanki w różnych opcjach. Dzięki ciepłemu posiłkowi posiedzieliśmy sobie do rana i doprawdy z wielkim trudem, objedzeni grzankami, podnosiliśmy się od stołu.

Życie na jachcie ponownie pojawiło się koło południa. Ewidentnie się zasiedzieliśmy przy tych grzankach. Kapitan przegonił mewy z pokładu i jak ustało tupanie, to zrobiło się bardziej znośnie. Reszta dnia też upływa w całkowitej kontrze do wczoraj. Dzisiaj smakujemy Antarktydę bardzo powoli, a hasłem na początek dnia były foki.

Przyjechaliśmy przed samym nosem wielkiego wycieczkowca do fokarium. Deszcz był tak uprzejmy, że zaczął kropić słabiej, a foki elegancko nam zapozowały. Widzieliśmy uchatki i kotiki. Są oczywiście zdjęcia.


fot.Wyszomir Janikowski

I właściwie dzień można by zamknąć, gdyby się nie okazało, że główne danie dnia było dopiero przed nami. Zaczęło się od zupy el sopa de dos abuelos sin cebolia. W roli abuelos wystąpili Mirek i Leon. Żebyście nie musieli obciążać Google Translatora, to szybko wyjaśniam, że abuelo to dziadek, a Leon jest dziadkiem Janka. Niechętnie piszę o jedzeniu, bo to jest fakt powszechnie znany, że na Selmie kuchnia jest naprawdę wyjątkowa. Po co zatem strzępić pióro na oczywiste oczywistości. Zupa dzisiejsza przebiła jednak wszystko co jak dotąd widzieliśmy w mesie. Podsmażana papryka na oliwie, dynia, fioletowe bakłażany, ziemniaki, cytryna, bola de lomo plus tajny przepis dos abuelos. Orgia kulinarna.

A to nie było jeszcze to właściwe danie.

Wieloryb! Nie jeden, nie dwa i nie trzy nawet. Jesteśmy między wyspą Nansen a półwyspem Arctowskiego. Zero wiatru, idealnie gładka woda, wokół cielą się lodowce. Miejsce naprawdę magiczne. Echosonda pokazuje między 10 a 20m. Tak naprawdę tu jest 200m z hakiem, ale stoimy na ławicy kryla, w której buszują wieloryby. Wyciągam najdłuższą lufę 200-600 i wypadam z całą resztą na pokład. Nic z tego. Wielki humbak fizycznie ociera się nam o dziób. Moim działem to mogę mu zdjęcie małża na płetwie co najwyżej zrobić. Szlag. Zbiegam na dół, zmieniam na normalny obiektyw, wypadam na pokład. Teraz okazuje się, że znudziły się nami i popłynęły trochę dalej. A niech to. Zbiegam, zmieniam. W ogóle nie jest nudno z tymi wielorybami.

W międzyczasie reszta załogi nie ma takich dylematów. Punktacja rookie: Grzbiet wieloryba – 1 pkt. Płetwa – 10pkt. Paszcza – 30pkt. Najwięcej punktów za 2 płetwy. Dzisiaj jednak nikomu się nie udaje, ale jutro też jest dzień.


fot.Staś Leszczyński

Na dobry sen kierujemy się w stronę kotwicowiska po drugiej stronie półwyspu Arctowskiego. Około 1-2 po północy powinniśmy tam dotrzeć. Dziś był naprawdę lajtowy dzień.

Staś


Staś Leszczyński



.
2020-01-31
Półwysep AntarktycznyChwała Kapitanowi i Piotrowi III, po trzykroć chwała, chwała, chwała. Ogrzewanie naprawione i znowu mamy nasze przytulne 10stopni pod pokładem. W samą porę, bo pogoda się ulitowała nad losem pingwinich pisklaków i sypie od rana śniegiem. Ostatnią noc spędziliśmy komfortowo na kotwicy. Nie przeszkadzało nawet chrobotanie łańcucha kotwicznego. W sensie tym z kabin pasażerskich, bliżej rufy, nie przeszkadzało. Oni podróżują prawdziwie posh. My, ludzie sprzed masztu, jak to majtki, mamy najgorzej. Cała gama doznań audio-kinetycznych, niedostępnych dla tych z kajut. I tylko trochę pomaga, że śpimy na prawdziwym bogactwie – pod naszymi kojami jest ukryta czekolada i Malbec.

Celem naukowym na dziś naszego Royal Deschampsia Society jest poszukiwanie i katalogowanie siedlisk tej arcyciekawej rośliny. Nasze towarzystwo badawcze powstało niedawno, jakieś 3 dni temu, a już ma na koncie trzy i pół udokumentowania jej skupisk na kontynencie i dwóch różnych wyspach. To znakomity rezultat, bo im bardziej na południe tym o zielsko trudniej. Kapitan wyznaczył nam ambitny cel – 8. Ma być więcej niż znalazło zaprzyjaźnione Ludowe Towarzystwo Deschampsii z Ukrainy. Dlatego lądujemy przy każdym kawałku gołego kamienia wystającym spod lodowca. Ponton góra – dół – góra. Nikt już nawet tego nie liczy, ale nie pękamy, bo mamy świadomość, że nasza rywalizacja przysłuży się szlachetnemu celowi.


fot.Ivan

W ten szarpany sposób przeszliśmy wyjątkowo przepiękny Graham’s Passage – taki kanion wyrżnięty między lodowcami Antarktycznego kontynentu. Chmury się życzliwie trochę podniosły, przestało padać, więc aparaty przestawiliśmy na ogień ciągły. Góry lodowe na tle lodowca. Selfie na tle góry. My, a za nami góra lodowa z dziurą. Orgia migawek. Co to będzie jak wyjdzie słońce? Zastosowaliśmy nawet znaną szamańską metodę zaklinania słońca, a przy okazji pozaklinaliśmy też i wieloryby.


fot.Ewa Urbaniak

Nie wybiła jedna szklanka i… wieloryb! Wszystkie lufy na pokład! Rzucamy książki, rozlewamy kawę i, chwytając co tam jest pod ręką do filmowania, wylegamy wszyscy na deck. „Tam był. Taki duży z białym brzuchem.” - pokazuje Janek. Po jakichś 10min wypatrywania zimno zgania nas do środka.

Wieloryb! Wszyscy na pokład. „Wynurzył się na trzeciej.” – podaje Leon. 10min na decku, zimno, wiadomo, pod pokład.

Wieloryb! I tak w kołomacieju.

W efekcie udaje się wyszarpać jakieś ujęcia. Takie bardziej z cyklu: „przysięgam, że ten ciemny kształt to wielki jak stodoła waleń”, ale są nasze. Dobre zdjęcia to można sobie w National Geographic pooglądać. Tu jest prawdziwa prawda, bez photoshopa.


fot.Piotr Michałowski

Ewa jest dzisiaj naszym Le Chef i obiad co prawda był później, ale za to jaki! Odbyło się głosowanie kto jada tutaj lepiej niż w domu. Parę osób się zgłosiło (lista jakby co do wglądu u mnie). Pozostali wykazali się większą dyplomacją i wciąż mają dokąd wracać. Kucharza i kuchcika czekają teraz wyszukane sankcje za cebulę w duszonej wołowinie. Ewa i Jurek, szykujcie się na przygody, które przeżyjecie w najbliższych dniach.


fot.Ewa Urbaniak

To był bardzo długi dzień. Generalnie w Antarktyce latem to wszystkie dnie są długie i nie bardzo jest kiedy spać. A dziś zapowiada się jeszcze trudniejszy wieczór, bo za 12Mm czeka na nas ultra przytulna przystań przy wraku Governoren. A to oznacza, że pamiętający czasy Piastów i Barbary Streisand lód z lodowca będzie miał do spełnienia ważną misję. O tym jak i czy się to udało przeczytacie w kolejnym odcinku.

Wieloryb!

PS Gancu pozdrawia ekipę podlewającą. Wspominał również, że nie dla psa kiełbasa i żebyście zostawili barek w spokoju.

PS2 Bardzo lubimy SMSy od Was. Czytamy je i też całujemy i ściskamy, ewentualnie pozdrawiamy i w ogóle. W sensie adresaci czytają, bo na Selmie dbamy o prywatność i RODO mamy zaimplementowane w pełni.

Staś
2020-01-30
Półwysep Antarktyczny
fot.Piotr Ganc

Cytryna zawiera witaminę C i jest przyjaciółką żeglarzy. Wyobraźcie sobie, że jesteście pestką cytryny, wrzuconą do shakera obrabianego przez super sumiennego barmana. Dzięki temu będziecie wiedzieć, jak spędziliśmy nockę. Przylazła jakaś mega wredna fala z północnego wschodu i w połączeniu z brakiem wiatru zgotowała nam całą paletę wstrząsów, bujnięć, przechyłów i łupnięć. Tak to trwało przez całą szerokość cieśniny Bransfielda, czyli dobre kilkanaście godzin z okładem. Zdaniem El Capitana to był bardzo komfortowy dryf, ale jakoś nie mogłem w sobie tego entuzjazmu powielić.

Należy się mały rys geograficzny. Wiemy już, że cieśnina Drake kończy się pasem wysp – Szetlandów Południowych. Tam wyrasta nasze wulkaniczne Deception, na którym gościliśmy wczoraj. Szetlandy od Antarktydy oddziela cieśnina Bransfielda, która tak nam dała do wiwatu. Szeroka jest na mniej więcej 70 mil – to w przybliżeniu tyle ile jest z Warszawy do Radomia. To by mogło potwierdzać tezę o Radomiu jako dobrej bazie do wypadów na południe i na Antarktydę.

Wczoraj w planach była wyspa Trinity z unikatowym miejscem żerowania Deschampsia antartica, czyli śmiałka antarktycznego. Jak to w żeglarstwie bywa cel zamierzony niekoniecznie staje się celem osiągniętym. Wiatr nam pokrzyżował szyki i finalnie wylądowaliśmy jeszcze bliżej kontynentu, na wysepce Two Hummock. Tu też poszukiwaliśmy naszego małego bohatera, ale poza śmietnikiem pozostawionym przez mewy, nie znaleźliśmy nic. Może go zjadły?


fot.Staś

W porównaniu do Deception zmieniła się okolica. Tam było jak na Marsie, a tutaj jest jak na tej mroźnej planecie, na której zaczyna się Imperium Kontratakuje. Nie tylko dlatego, że wokół śnieg, zimno i jakieś dziwne zwierzęta. Z pobliskiej kolonii pingwinów wali jak z rozprutego brzucha stwora, w którego flakach Han Solo schował Luka Skywalkera. Bielizna merino może i rzeczywiście zapachu potu nie łapie, ale z tym to sobie może nie poradzić. Za 2 tygodnie będziemy capić jak starodawni wielorybnicy i bez dekontaminacji nas do samolotu nie wpuszczą. Póki co dajemy radę, bo żeby podkreślić przybycie na Antarktydę, zepsuło się ogrzewanie. Nic więc w środku jachtu nie czuć, tylko taka niedogodność, że do pisania trzeba rękawiczki założyć.

Kotwa w dół, ponton na wodę i ruszamy na kolejną wyprawę naukową. Dzięki mojej kochanej żonie mam takie specjalne naklejki na pięty i nawet najgorsze buciory stają się wygodne. Żaden pingwin nam tu teraz sprzed obiektywu nie czmychnie. Załączam całusy za całokształt i te naklejki w szczególności.


fot.Ewa


fot.Ewa

Wracając do naszej wyprawy. Te pingwiny to są straszne fleje. Brzeg wygląda jak kibel z Trainspotting. Dobrze, że mamy kalosze do kolan. A najbardziej śmiesznie jest wtedy, gdy ktoś się pośliźnie na mokrych skałach. Czujecie to, prawda?

Biedne są te małe ptaszyny, bo w tym roku na Antarktydzie praktycznie cały czas pada deszcz. Zwykle pada śnieg i tak jest dobrze. A deszcz moczy puch pingwinich pisklaków, marzną i przeżywa ich mniej niż zazwyczaj. Dla kryla, którego wszystkie tutejsze stworzenia zżerają ze smakiem, to może i lepiej, ale dla pingwinów gorzej. Dla uchatek, też gorzej, bo foki uchatki lubią pingwiny.

Przez chwilę wydawało się, że drugiej akcji lądowej już dzisiaj nie będzie, bo sypnęło śniegiem, ale El Capitana takie ograniczenia nie krępują i po chwili wyruszyliśmy oglądać jeszcze więcej pingwinów. Myślę, że szczegóły tego desantu pontonowego lepiej przemilczeć. Tym bardziej, że potem się dowiedziałem, że szelki asekuracyjne to jednocześnie kamizelki ratunkowe, więc nawet gdyby coś to i tak nic nie groziło.

Pora wyjaśnić, że mamy na pokładzie trzech Piotrów. Najważniejszy Piotr to znaczy Kapitan, wiadomix. Drugi Piotr to Gancu, to też jasne. I trzeci, to Piotr. Proste. Piotr się dziś zasłużył na pontonie, bo naprawdę gracko nas porozwoził po pingwiniskach, nikogo przy tym nie gubiąc. A kalosz pełen wody się nie liczy.

PS Smsy dochodzą, również próbne.

Staś
2020-01-29
Deception Island
fot.Piotr Ganc

He he he – złowieszczo zarechotał El Capitan – „na kotwicy sobie staniecie”. Zatoka wewnątrz Deception Island to jest kaldera po wybuchu wulkanu i dziura sięga do samego środka Ziemi. A w każdym razie głębiej niż długość łańcucha kotwicy. Zamiast więc stać elegancko na kotwie, popijać Jamesona i rozkoszować się woniami z kolonii pingwinów, mamy spędzić nockę na pokładzie kręcąc się Selmą w te i we wte.

A tymczasem niespodzianka. Wiatr pozwala na zarzucenie ankra przy plaży w zatoce Whalers Bay i można spędzić spokojnie nockę. Wachta kotwiczna dla bezpieczeństwa czuwa, ale sprowadza się to siedzenia w sterówce i resetowania alarmu kotwicznego co jakiś czas.

Nadchodzi wreszcie ta chwila. Uzbrajamy ponton i gotujemy się do eksploracji. Jeszcze tylko obowiązkowa dezynsekcja butów i wytrzepanie kieszeni (żeby nie zawlec obcych roślin) i ognia.

Pierwsza grupa, pod kierunkiem Ivana, to grupa badawcza. Wkraczamy na zamknięty dla zwykłych turystów obszar, celem wykonania pogłębionych badań biologicznych. Ivan może tam włazić, bo jest naukowcem, a że przydzielił nam ważne zadania, to i nam też wolno. Leziemy przez marsjański krajobraz, przez góry i doliny i po jakichś 1.5h trafiamy do zakazanej strefy. A tam - kolobantusy! Kolobantusa spotkać bardzo trudno. Skrywa się wśród kamieni i tylko od czasu do czasu wychyla ciekawski łepek spod kamienia. Tylko wytrawne oko badacza może wychwycić jego obecność. Bytuje w małych stadkach i, tu ciekawostka, jest jednym z dwóch tylko gatunków z grupy naczyniowych, które przetrwały zlodowacenie Antarktydy. Dla nas naukowców to niespotykana szansa, gdyż badając jego populację i kierunki ekspansji możemy dowiedzieć się więcej o tym jak przetrwać najbliższą zimę.


fot.Staś

Obok kolobantusów szukamy jeszcze larw komarów. Mieszkają na naszej wyspie w małych sadzawkach. To jest jeszcze bardziej odpowiedzialne zadanie, bo musimy szczególnie uważać, żeby nie zabrać ich ze sobą. Wyobrażacie sobie wielkie wygłodzone komary antarktyczne grasujące na Mazurach zimą? Nie ma żartów.

Druga grupa zaś udała się do opuszczonej przystani wielorybników w poszukiwaniu pamiątek. Udało się znaleźć puszkę Coca-Coli z 1962r, co oznacza, że Coca Cola naprawdę skutecznie konserwuje. Więcej pamiątek nie udało się wyszabrować, bo przyszedł pingwin, nakrakał na ekipę, a potem odleciał. Przyczłapała jeszcze foka. Ta z kolei ofukała wszystkich dookoła. Do kompletu była jeszcze martwa mewa i kości wielorybów. Szybko żegnamy się więc z nawiedzoną bazą i idziemy oglądać widoki z Okna Neptuna. Okno Neptuna to dziura między skałami, z której Nathaniel Palmer rzekomo dostrzegł Antarktydę. Dzięki temu Amerykanie mówią, że to oni byli pierwsi. My wiemy jednak, że już w 1820r w ekspedycji barona Bellinghausena, wziął udział młodszy majtek Antoni z Supraśla. I on to właśnie, 27 stycznia, zakrzyknął: „To chyba Antarktyda, bro!”.


fot.Staś

Obeszliśmy zatem 200 rocznicę odkrycia tego zagadkowego kontynentu. Z tej okazji El Capitan zarządził wystawny obiad, z wołowiną a’la milanese i łykiem wina na głowę. I to nie byle jakiego wina – jednoczesnego zwycięzcy kategorii najlepszy Malbeck w Argentynie i najkorzystniejsza cena. Zaiste godne uczczenie historycznego momentu.

Koniec wygrzewania się w cieple wulkanu. Kotwica w górę, opuszczamy zatokę i kierujemy się na południe, w stronę Trinity Island. Tam czekają na nas bananowe szerokości i prawdziwe zimno.

Dziękujemy za smsy.

Staś
2020-01-28
Szetlandy Południowe
fot.Ewa

Wyż w tych okolicach zaczyna się przy 990hPa i dla nas zaczął się wczoraj. Niebieskie niebo i wiatr pozwalający na użycie obydwóch kliwrów. Napaliliśmy się jak szczerbaty na suchary na gwiazdy nocą, drogę mleczną i nawigację na krzyż południa. Tymczasem noc zaczęła się ok 1AM, a skończyła pół godziny później i tak naprawdę ciemno nie było ani przez chwilę. Chała nie gwiazdy.


fot. Jurek

Nawet lepiej, bo jesteśmy już w zasięgu gór lodowych i łatwiej jest ich wypatrywać, gdy nie jest całkowicie ciemno. Póki co nie widzieliśmy żadnej, ale nawet na Titanica wystarczyła jedna. Selma co prawda jest mądrzej zbudowana, bo mamy szczelną gródź na dziobie od góry do dołu. Zagrożona utonięciem byłaby jedynie cebula, która tam przechowujemy, a akurat, z mojego punktu widzenia, cebula jest obiektem zbędnym na jachcie.


fot.Marian

Dziś dogonił nas niż i wypłacił nam porządnego kopala. Najwyraźniej Drejkowi znudziło się już goszczenie nas i wyprasza nas bardzo szarmancko wiatrem 30 węzłów z północnego wschodu. Z północnego wschodu, czyli elegancko na lewy baksztag. Na kliwrze i mocno zrefowanym grocie robimy 10 węzłów. ETA do wysp, znaczy Szetlandów Południowych, mamy na tea-time.


fot.Staś

Reguły kinetyki obowiązują nawet tu na południu. Iloczyn kwadratu prędkości zapewnionej przez Drejka i masy zapewnionej przez Jurka doprowadził do sprasowania ławeczki w mesie. Mamy zatem 2 miejsca przy stole mniej. Na szczęście strat w ludziach brak.


Tuż przed five o’clockiem minęliśmy Snow Island i w ten sposób znaleźliśmy się między Szetlandami a Antarktydą. Naszym celem na dziś jest Deception Island, które jest jakby przez Hefajstosa rozłupaną wysepką z bardzo wygodnym schronieniem w środku. A skąd tu wziął się grecki bóg ognia, zapytacie? On odgrywa bardzo istotną rolę w historii powstania drogi mlecznej, której w końcu nie zobaczyliśmy, więc ta opowieść musi zaczekać na nasz powrót na północ, gdzie noce będą dłuższe a niebo gwiaździste.

To dopiero za dwa tygodnie, a najbliższy plan jest taki, że za jakieś 4h rzucimy pośrodku tej wysepki kotwicę i uczcimy szczęśliwe przejście Drejka szklaneczką czegoś.

PS. Pozdrowienia dla Ani i rodziców. Ogromniaste kalosze się świetnie sprawdzają. Wyszek.

Staś
2020-01-27
Drake

Sail-ho! Żagiel na horyzoncie. W połowie cieśniny mijamy pięknie idący pod fokiem i gaflowym bezanem kecz. Oni płyną do domu a my w sumie to dopiero się rozkręcamy. Wymieniamy się buenos viajes i znowu zostajemy sami.

Nie tak zaraz sami. Żeglujemy w towarzystwie całej masy ptaszorów. Małe nawałniki, podobne do jaskółek, tylko nieco większe. Większe petrele. I te najwspanialsze – albatrosy. Jak one tu zaleciały tak daleko od brzegu? Te latające sprytki korzystają z tego, że nasza przedwczorajsza przyjaciółka Dżesika ma tu całe mnóstwo koleżanek szamocących się we wszystkich kierunkach, jak na wyprzedaży w Marc’s & Spencer. Fale się tłumią, wzmacniają, łączą i łamią. A co jakiś czas powstaje z tego Dziad. Dziad jest potężny, ma siwą brodę z załamującej się fali i supermoce takie jak w szczególności: wciskanie się nad kołnierzem w sztormiak, wlewanie się w kalosze i, fatality skill, wywracanie gara z zupą. Skąd on wie, że na Selmie o 14 podają obiad? A że punktualny jest jak shinkansen, to jak do tej pory 2:0 dla niego.

Fale w każdym razie wytwarzają mini prądy wstępujące, z których korzystają nasi skrzydlaci towarzysze. To wspaniałe patrzeć, jak szybują, muskając od czasu do czasu końcówkami skrzydeł wodę. Im silniejszy wiatr tym lepsze warunki do szybownictwa. A że wiatr mamy od rana konkretny – takie sążniste 8B, to i używają na nim jak się patrzy.

I my też korzystamy na tym wiaterku, przemieszczając się w stronę krańca świata. Pojawiły się obawy czy aby nie spadniemy z krawędzi, ale El Capitan uspokoił nas, że to jest realne zagrożenie przy żegludze na zachód (spójrzcie jeszcze raz na lewą stronę mapy świata i sami się przekonajcie, że się gwałtownie kończy), ale na południe to jest bezpieczne, bo Ziemię zamyka kontynent i nie da rady spaść.

Z innych wydarzeń, to przekroczyliśmy strefę konwergencji i w najbliższych relacjach pojawi się słowo „zimno” w tysiącu form.

PS Mama przesyła buziaki Adasiowi i Zuzce, kw.
PS2 I Wy nam też możecie przysyłać buziaki via Iridium.



Staś
2020-01-26
DrakeDrake dzisiaj jest bardziej taki drejkowy. Obniżył nam się pułap chmur i te najniższe zahaczamy masztem wywołując deszczyk. Pojawił się też wietrzyk bardzo przyjemnie pchający nas na południe. W sumie to dość konkretnie pchający, bo 8-9 węzłów to nasz aktualny standard. Jedziemy jak paniska prawym halsem i mamy pierwszeństwo przed każdą inną jednostką. Póki co jeszcze nie udało nam się tego prawa wyegzekwować. Więcej, nawet innej jednostki nie udało się zobaczyć. Sami zresztą możecie sobie to sprawdzić, bo Selma ma AIS (taki Find My Phone dla statków). Tu jednak El Comendante sprostował, że AIS działa tylko w zasięgu UKF i tylko w Ushuaia.

Dzisiaj pracuję na stanowisku pomocnika kambuźnika co sprawia, że działam w takich 5min cyklach. 5min w kambuzie, 5min na pokładzie ubarwionych co jakiś czas dołożeniem ptaka do lokalnej fauny. Zachodziłem w głowę jak Mirek to robi, że może działać w kambuzie i nic po nim nie widać. Przyznał mi się jednak, że sprytnie skopolaminy się nałykał i nic mu falowanie nie szkodzi. Skorzystam i ja i wieczorem podpytam go o PIN do jego karty kredytowej.

A w ogóle to o co chodzi z tym Drejkiem? Zacznijmy od początku. Popatrzcie sobie na dowolną mapę świata z atlasu. Zauważycie, że Ziemia ma kształt prostokąta, czasem zaokrąglonego na rogach. Na górze jest północ, a na dole południe. To wiadomo już od czasów Mikołaja Kopernika, który rozprawił się z teorią okrągłej Ziemi, wprowadzając obowiązującą do dziś teorię heliocentryczną – z płaską, prostokątną Ziemią okrążaną przez Słońce (słońce = Helios). Bliżej lewej strony znajdziecie Ameryki, które ciągną się jednolitym pasem przez całą mapę. Prawie jednolitym. Zauważcie, że tuż nad samym dołem mapy Ameryka Południowa się kończy i, między białą Antarktydą a kontynentem, pojawia się wąskie pasemko wody. W to wąskie pasemko wpycha się cały wiatr wydmuchiwany z zachodu przez Zefira. Robi się dysza, w której wiatr duje konkretnie, a fale, co wiecie z poprzedniej relacji, wybudowują się na całej długości Ziemi i też są konkretne. To jest właśnie cieśnina Drake. Miejsce, w którym wiatru wystarczy dla wszystkich i każdy swoją falę pod sztormiak przytuli.

Staś
2020-01-25
DrakeDrake jest dla nas tak wybitnie łaskawy, że można rzygać nawet bez zapiętych pasów bezpieczeństwa, w tym również pod wiatr. Korzystamy zatem na całego z dostępnych możliwości. Cóż za wspaniały początek oceanicznej podróży.

Wiatru zresztą nie ma za dużo. Jest za to sporo słońca – jakby nie patrzeć mamy lato. Targają nami wewnętrzne sprzeczności, bo z jednej strony chcielibyśmy utrzymać status quo, ale z drugiej, w tym tempie zapłyniemy na Antarktydę za tydzień. A chcielibyśmy szybciej (tam są przecież pingwiny).

Zbyt wiele się nie dzieje, większość załogi zamknięta w sobie albo jakoś tak przygaszona. Silnikujemy pod żaglami na długich, oceanicznych falach. Te fale w tym miejscu nie mają dookoła Ziemi żadnej przeszkody i biegną sobie po okręgu dookoła, a potem jeszcze raz, a następnie kolejny. Jedną z fal nazwaliśmy Dżesika i zastanawiamy się, czy w powrotnej drodze mamy szansę ją ponownie spotkać, po tym jak już okrąży Ziemię. Policzcie sami – nam wyszło, że nie zdąży na spotkanie, bo zajmie to jej z półtora miesiąca. A nam zapewne zejdzie się szybciej. Smuteczek, nie spotkamy więcej naszej koleżanki.

Mamy prawdziwą petardę – jest z nami Ivan – ornitolog i botanik z Ukrainy. Ukraińska stacja badawcza odegra jeszcze rolę w naszej historii, ale o tym za kilka dni. Dzięki niemu wiemy już dużo o okolicznych ptakach. Okazuje się więc, że biała mewa to albatros, a szara to petrel, a taka mała czarna to jakieś inne coś z łacińską nazwą. I z Wami się też wiedzą podzielimy we właściwym momencie.

W tym miejscu należą się specjalne wyrazy uznania dla Mirka. Gotuje nam i to jeszcze jak. I do tego pomyślcie – gotuje w Drejku. Szacun. Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł spróbować tych specjałów.

PS. Mama pozdrawia Zuzię i Adama – już nawet zjadłam

Staś
2020-01-24
Kanał Beagle'a
fot. Staś

Ogary poszły w las! Wyprawa po przygodę i pingwiny ruszyła. Ruszyła punktualnie w samo południe, z lekkim, starannie zaplanowanym, poślizgiem. Załoga wykąpana, ogolona i pachnąca – nie to co te brudasy z poprzedniej edycji :-) A tymczasem w Ziemi Ognistej efekt cieplarniany na całego. Świeci słońce, grane są krótkie rękawki, wiatru brak. Do kompletu Selma z dodatkową gwiazdką do standardu i ciepłymi kaloryferami (przy okazji serdeczne podziękowania dla Krzysia Jasicy za naprawienie ogrzewania).

Silnik miło pomrukuje produkując przy okazji prąd do ładowania komórek. To takie przyzwyczajenie, żeby je ładować i ciekawe, kiedy tak naprawdę sobie uświadomimy, że TAM naprawdę nie ma zasięgu. Silnik pomrukuje, Selma człapie kanałem Beagla, wokół baraszkują delfiny. Widzimy pierwszego pingwina, który jednak po chwili podrywa się z wody i odlatuje. Nagle wszystko wraca do normy. Ciemna chmura nadchodzi znad góry i sypie w nas gradem. Nareszcie można założyć sztormiaki i poczuć za co płacimy tyle kasiory.


fot. Staś

Kapitan ogłasza rozkład wacht. Jest doprawdy prosty – zresztą sami zobaczcie. Parszywe szczęście – zaczynam od psiej wachty. Bywa i tak, na kogoś musiało paść. Jeszcze tylko trzeba zaplanować jak po wachcie przebyć w 10s drogę z kokpitu do śpiwora, zrzucając przy okazji sztormiak, kalosze, puchówkę, żeby zwinąć się kulkę i zasnąć zanim błędnik wymyśli dla mnie inną rozrywkę. Bo wtedy będziemy już na Oceanie.


fot. Staś

Staś
2020-01-20
2100
Ushuaia

Uff. Jesteśmy. W Ushuaia. Przy kei. Ale po kolei.

Urodziny Michała obeszliśmy jak należy, z tortem i prezentami. Ale skończyliśmy w porę, aby rankiem powstać i odwiedzić Estancie Harberton, a potem szybko przeskoczyć do Ushuaia. No to przeskoczyliśmy. Tak hop hop hop, mniej więcej. Bowiem mieliśmy 2 prognozy pogody. Według jednej pogoda na Kanale Beagle miała być plażowa, wiatr 5-6 węzłów, słońce etc. Według drugiej miało wiać pod 100km, czyli tak z 10 w skali Beauforta, z zachodu, prosto w nos. Czyli taka plaża bardziej wietrzna.

Zgadnijcie, która pogoda się sprawdziła?

Wiało już na kotwicy. Pomanewrowaliśmy między wyspami, żeby się maksymalnie schronić przed wiatrem, postawiliśmy żagle biegusiem (zarefowane!), no a potem to wyrysowaliśmy na Beaglu zęby orki naszym trackiem – najpierw takiej malutkiej oreczki, a potem to już takiego porządnego killer whale’a. Pół załogi balansowało na burcie, pół załogi łapało elementy nieożywione pod pokładem, co to przez 3 tygodnie miały swoje miejsce, a teraz postanowiły je zmienić. Tych na pokładzie woda zlewała z dużą regularnością, ale taki drobny prysznic to tylko dla zdrowotności. Woda zlewała też Selmę, momentami do jednej trzeciej kliwra, który nurzał się po pas. A kambuz działał bez zarzutu, serwując obiad, grzanki, jajka, kawę, grzanki, herbatę i ciasteczka. I grzanki.

I tak sobie przez Kanał Beagle - chciałoby się powiedzieć mknęliśmy, ale to bardziej była walka z żywiołem, co zajmowało dużo czasu i energii. I walkę tę ostatecznie wygraliśmy my, rzucając kotwicę obok jachtklubu w Ushuaia o 0030. Rankiem przestawiliśmy się do kei, potem po krótkiej przerwie rzuciliśmy się w wir porejsowych porządków (mycie, liczenie zapasów, mycie, liczenie innych zapasów, mycie – ech, ta monotonia żeglarskiego życia nawet na lądzie…) i nie mieliśmy czasu na tę pożegnalną relację. Więc teraz nadrabiamy.

Zaczynamy od podziękowań – dla Piotra, oczywiście, który nas oraz Selmę ogarniał przez tez kilka tygodni, ale także dla siebie wzajemnie, bo wróciliśmy jako zgrany zespół, który i 10B razem przepłynie i zęzę umyje, jak jest konieczność. No i też dla Selmy, jak zawsze najdzielniejszej z dzielnych.

Ale przede wszystkim dla wszystkich, którzy czytali te nasze wypociny. Stęskniliśmy się za Wami wszystkimi, dobrze będzie wrócić i Was wszystkich wyściskać. Potem będziemy zanudzać zdjęciami, opowieściami, wspomnieniami. A potem – wrócimy tu znowu…
Przynajmniej niektórzy. Dlatego na pewno do następnego razu!

Załoga Selmy
2020-01-20
2000
UshuaiaWe are back. After a bumpy ride through the Beagle Channel where wind picked up to 10B on the nose, making it certainly the most fun day, sailing wise, of the entire trip. It was certainly fun for those on the helm, to see water falling all over the boat, and wondering how people are moving below when we are almost on our side. And possibly for those who had to feed the rest – getting any food ready (and tasty) in those conditions was quite something.

We sailed for a good 12 hours, zigzagging along the Beagle Channel until finally dropping the anchor at 0030 was the time to take off wet clothes and have a cup of tea without worrying that it may easily spill over.

And today is the day of final cleaning, tidying up, and packing. And then our trip to the Antarctica will really become a memory. Until we come back here and create a new one. So thanks for reading and we hope you enjoyed the stories as much as we enjoyed sharing them.

Magda Kopczyńska
2020-01-18
Selma Jak mówi stara piosenka: „Tort to jest poezja rumu i koniaku...”, my niestety nie dysponujemy (już?/jeszcze?) takimi trunkami, ale jest trochę spirytusu więc tort będzie taki jak trzeba. A o co chodzi? Otóż , uwaga!: dokładnie 18 lat temu o godzinie 1300 czasu polskiego przyszedł na świat Michał, nasz najmłodszy załogant, nasza przyszłość w której pokładamy ogromne nadzieje i chociaż od dzisiaj zapewne zacznie się już gwałtownie starzeć to jednak zacny jest to wiek, że tak zazdrośnie zauważymy. Nie wiemy jeszcze, jak silne piętno odcisnęły nasze zramolałe osobowości na młodej psychice. Pokładamy nadzieję, że straty nie są duże. Dobra, żarty na bok. Niewątpliwie Michał spoko gościem jest!

Michale, Najlepszego!

Wieczorem odbędą się główne uroczystości upamiętniające.


Solenizant :)


Sto lat, sto lat!

Co tam u nas jeszcze się działo przez ostatnie dni? Po kilkudniowym silnikowaniu przyszedł wiatr, potem poszedł, później znowu przyszedł aż wreszcie zaczął wiać równo i to w dobrym kierunku. Następnie się wzmocnił i miał zacząć wiać z niedobrego kierunku czyli z północy, no to my myk na zachód, żeby nabrać wysokości. No to wiatr faktycznie przyszedł z północy a my byliśmy na to gotowi, wiatr współpracował ściśle z falą ale i ona choć spora nie była w stanie nas spowolnić. Ależ my zasuwaliśmy, mile przelatywały w oczach. Przepływając koło Hornu, ledwie udało się go zobaczyć. Zziuuut…. I już po Hornie. Teraz jesteśmy już w Kanale Beagla, być może staniemy na kotwicy w Estancia Haberton gdzie wiadomo – uroczyste uroczystości.

Pozdrawiamy wszystkich serdecznie.
Załoga Selmy


Solenizant w trudnych warunkach.


Damian rządzi



.
2020-01-18
Selma The good mood of Sir Francis Drake lasted for exactly 24 hours. It was so good that we had to pinch ourselves to actually believe that we were crossing the waters famous for strong winds and big waves. The water was smooth and glossy, without a single wrinkle, and felt as if we were sailing on liquid silver. Wind was zero, and fog was descending upon us every now and then, suspending Selma in the middle of nothingness and making the memory of the Antarctica feel distant and unrealistic.

But fortunately you can count on the Drake Passage to offer fun sailing, always. Sometime in the late afternoon of 16th the wind started to pick up, and then a bit more, and then even more, and throughout the rest of that day and the following one there was really a lot of ups and downs onboard, with things and people moving quite fast in sometimes unplanned directions. No harm done to anybody, or anything, for that matter. And helming was soooo much fun, trying to steer the course and going fast, while avoiding water coming from the side or from the bow to hit the person at the helm. For quite a while we carried a full main sail in addition to mizzen and jib, so there was a lot of power and a lot of speed. When the wind got even stronger in the afternoon of 17th, we first took down the main sail, then the mizzen and then replaced the jib with a smaller one – and somehow the speed did not go down visibly. The waves continued to grow which was to be expected, considering strong wind and also all the space the ocean waves have in the Drake Passage to grow. After all, it is it is the only place where no land stops the water going all around the globe

Obviously, life on board gets just a bit more complicated with heavy heeling and hitting the waves, in particular for people who have to cook food – and then to serve it. Working in the kitchen can be really fun when you have to remember that everything can move at any time, if not secured at the right angle. And sleeping can be fun, too, provided you make it safely to your bed and manage to put up the protecting cloth before you are thrown out of your bed by a rouge wave. Once you are in, all is fine so the obvious alternative to consider is never to get up … but we all did, reporting for duty or food or some other urgent needs.

We passed Cape Horn on our port side late in the afternoon of 17th, then other islands of the Wollaston Archipelago came up and we got really close to the entrance to the Beagle Channel. But the wind we are facing is exactly into our bow so however short the passage to Estancia Harberton it will take a while. Oh, and we have somebody onboard turning 18 exactly today – not a bad place to do so, is it. So while close to Ushuaia, not quite there yet, and as the good seafaring tradition goes, we are not betting on our ETA (Estimated Time of Arrival) until we have arrived.

Magda Kopczyńska


You can count on the Drake Passage


.
2020-01-16
SelmaWypływamy powoli z obszaru Traktatu Antarktycznego, chlip, chlip. Ale wypływamy z fasonem, bo postawiliśmy grota i kliwra. Nie powinno to być wydarzeniem wartym wzmianki, ale jednak jest, bo wcześniej przez 24h motorowaliśmy przez Drake’a, który swoją szklistą i gładką powierzchnią bardziej przypominał roztopiony ołów niż ocean. Przypominał, jeśli było coś widać, bo jeśli była mgła, to nie przypominał niczego. Żeby jeszcze ten ołów przebił czarny trójkąt płetwy orki albo ogon humbaka! A tu nawet albatrosy były zagubione, bo ich nie było. Ale nie narzekamy, traktujemy Sir Francisa z szacunkiem i przyjmujemy wszystko, co nam przynosi, z pokorą.

Przez te 24 godziny nie działo się zbyt wiele w tematach żeglarsko-morskich. Działo się za to niezmiennie w tematach kulinarnych – taki bogracz węgierski się zadział (dziękujemy za wsparcie z przepisami!), zupa z dyni oraz inne standardowe dania w postaci grzanek i owsianek. A poza tym dzieje się salon czytelniczy. Czytamy, jak to na morzu, o górach na przykład. O Hong Kongu i straszliwie skomplikowanych aferach tamże. O światach równoległych, z których wypełzają mgły i awatary. O wielorybach, czy raczej wielorybie, tym najważniejszym. Powieść francuską czytamy, po francusku, która dzieje się w Brazylii w 17tym wieku. Lekturę szkolną też czytamy, a co, po angielsku dla odmiany.

Nie bardzo tylko mamy jakieś porywające zdjęcia, aby to wszystko zilustrować, bo mgła to mgła, a koleżeństwo zatopione w kindlach i innych czytnikach także nadmiernie fotogeniczne nie jest.

Ale nieustająco ciepło Was pozdrawiamy, już niedaleko

Załoga Selmy

Ps. Oczywiście po szklistym i gładkim Drake’u nie ma już śladu. Ale za to płyniemy szybciej



.
2020-01-15
SelmaKochani,
zapraszamy Was na wystawę
"Polskie Bieguny. Himalaje 74' i Antarktyda 77'.

Dla wszystkich, którzy tęsknią za Antarktydą bo już tam byli, dla tych, którzy tęsknią bo jeszcze tam nie byli i dla wszystkich, którzy tęsknią za śniegiem i/lub za piękną fotografią :) i dla tych, którzy właściwie za niczym nie tęsknią też ;). Czasem dobrze popatrzeć na świat - choćby na fotografii i się nim zachwycać.

...no i na Himalaje też, w sumie, można popatrzeć, czemu nie

Wystawa │ Polskie Bieguny. Himalaje ’74 i Antarktyda ’77

.
2020-01-14
2000
Cieśnina Drake'a

Wracamy. Smuteczek trochę jest. Ale my tu jeszcze wrócimy z Olem!
Ruszyliśmy wczoraj po południu, pochowaliśmy pontony, silniki, rakiety, czekany i wiele innych rzeczy, wszystko zostało powiązane, wszystkie dziurki jak kluza kotwiczna pouszczelniane, luki podokręcane, jednym słowem jesteśmy przygotowani na przebycie Cieśniny Drake’a.



Antarktyda najwyraźniej też się wzruszyła, z nieba siąpiło, odprowadzało nas stado orek, pingwiny machały skrzydełkami, a humbaki wydmuchiwały rzewne i smutne melodie („Ta ostatnia niedziela” to przy nich dyskotekowy kawałek). Wszystko się kiedyś kończy, jednak nie rozpaczamy jakoś straszliwie, widzieliśmy bowiem tak niesamowite i oszałamiające rzeczy, że zostaną z nami do końca życia. Poza tym to nie koniec, przed nami jeszcze wiele wrażeń, m. in. czekamy na popisy szybowcowe albatrosów ,ale musi trochę powiać, bo póki co, to prawie bezwietrznie i mgliście. Mamy się świetnie. Pozdrawiamy.

Jodyna, dzięki za smsa trzymaj się ciepło.

Iza i Damian ściskają Mariannę, Anetę, Amelkę i Kubę.

Beata i Kris serdeczności dla Dziadka Janka, Kaśki, Zuzi, Maćka i Leszka.

Załoga Selmy
2020-01-14
1800
Drake Passage

The final weather of our penultimate day in the Antarctica was almost perfect, until it was not anymore. The change happened already when the final hiking group was out, and struggling up and through snow to have a look from above at Chiriguano Bay (where Selma was anchored), Duperré Bay and Larvik Harbour. It quickly got grey and foggy, and finding a safe track in between crevasses got trickier. So we decided not to climb to the peaks looming ahead, and turned back. A short and sweet goodbye to our land based adventures during this visit.



After a calm night we woke up to take care of final preparations for the Drake Passage. Both Zodiacs and hiking gear were cleaned and safely stored, we tied up what needed to be tied up, and loosened up all the rest. And then we weighted anchor and left through the Gerlache Strait. The continent was all covered in clouds and fog, and completely invisible, while the waters of the strait were completely flat and calm. With the drizzle in the air it was almost too easy to think that the Antarctica felt as sad to see us go as we did, to leave it. And then a pod of killer whales turned up, and literally saw us off swimming ahead of us till after we turned North, leaving the Brabant Island to our starboard side, and Melchior Islands to the port. And that’s it, we have left the Antarctica land side, promising ourselves to be back as soon as possible.

So we are now in the Drake Passaging mode again, i.e. focusing on sailing on and eating a lot. For now Sir Francis seems to be in a good mood, offering us lightly rocking swell, a bit of sun and a lot of fog. But there are still a few days ahead, and we know he can be very imaginative.

Magda Kopczyńska
2020-01-12
Wyspa Braban

‘Chrzanić słoneczko chcecie?’ – pomyślało słoneczko. ‘To ja Wam pokaże.’ I pokazało. Bo wyszło. No i się zaczęło: pocztówkowy szał widoków Zatoki Charlotty, plażing w kokpicie, ciemne okulary i herbaty z palemką, fikające na naszych oczach koziołki góry lodowe, a wszystko w oczekiwaniu zapierającej dech w piersiach i przyprawiającej o szybsze bicie serca wycieczki pieszej na Kontynent. Antarktyczny Kontynent.



Ale zanim wycieczka piesza odbyła się wzmiankowana wcześniej wycieczka na dwa pontony. Najpierw popłynęliśmy na pierwszą bezimienną wyspę, gdzie szukaliśmy – no właśnie, chyba tylko Piotr wie, czego, więc my nawet nie wiemy, czy znaleźliśmy. Potem udaliśmy się na drugą bezimienną wyspę, gdzie mieliśmy obejrzeć foki, tyle że one były na tej trzeciej. Ale że duch w narodzie silny jest, udaliśmy się na tę trzecią i foki już tam na nas czekały. 11, dokładnie. Niektórzy koło fok się umieszczali (w odległości przepisowej i bezpiecznej, dla siebie i dla foki) w celach ekspozycyjno-fotograficznych. I jak tak leżeli i eksponowali, to dało się zaobserwować uderzające podobieństwo w kształtach – nie wiadomo, czy z powodu wszechobecnej w przyrodzie mimkry, czy z powodu ton jedzenia, które w siebie wciskamy (oczywiście, tylko dlatego, żeby się nie zepsuło, jak wpłyniemy w ciepłe; teraz na przykład na kuchence dochodzi wołowina po burgundzku – 4 kg wołowiny argentyńskiej na obiad dla 9 osób…). I dlatego nie będziemy prezentować zdjęć członków załogi oraz fok, razem. Osobno – jak najbardziej!



Jak już ta wyprawa na dwa pontony i 11 fok dobiegła końca, odcumowaliśmy od gościnnego wraku i popłynęliśmy w kiczowatość zalanej słońcem Antarktyki. Wycieczka piesza miała się odbyć wcześniej, ale wszedł nam w paradę statek wycieczkowy (nie po raz pierwsze zresztą i pewnie nie po raz ostatni), którego aktywności musieliśmy przeczekać, aż opuszczą Portal Point. Musimy Wam się do czegoś przyznać – my tak do końca za statkami nie przepadamy. Ale pociesza nas to, że oni za nami jeszcze mniej. Bo to my możemy sobie popłynąć wszędzie, a oni tylko w wyznaczone i uzgodnione wcześniej miejsca. Bo to my wychodzimy na ląd malutką grupą, a oni w tłumie zorganizowanym. No i my mamy wachty kambuzowe - a oni nie!



Ale jak już statek popłynął, to ruszyliśmy, dokładnie o 2020 10.01.2020 (mamy dowód!). I dokładnie o 1220 12.01.2020 wróciło. Nie wiemy, co o tym myśleć, więc nie myślimy. Ale wycieczka była przepiękna, grzbietem pagórków Przylądka Reclus, z widokami na ozłocone zachodzącym słońcem góry i lodowce zatok Charlotte i Bancroft i Gerlache Strait. Szliśmy przepisowo powiązani linami, w rakietach (niektórzy; inni walczyli z materią kopnego śniegu) i z czekanami w dłoniach. W zasadzie gdyby nie oczekująca na nas na Selmie zupa pomidorowa to byśmy tak szli i szli, do Herbert Plateau i dalej, na południe Grupa alternatywna, która nie poszła na wycieczkę (i przygotowała zupę!) zaprzyjaźniała się z lokalną fauną, w postaci foki, która uparcie pływała za ich pontonem. Nie wiemy, czy przyjaźń przetrwa rozstanie.



Po powrocie i zupie poszliśmy spać, a o 0600 już byliśmy w drodze, na Wyspę Brabant, w Zatoce Chiriguano, gdzie też jest plan wycieczki. Jest tu taka góra, na którą niektórzy chcieliby wejść. Istnieje tylko podejrzenie, że wtedy to wróciliby na kolację, ale jutro. Ale jak będzie, to zobaczymy. Po wołowinie po burgundzku raczej energii nie zbraknie.

Załoga Selmy
2020-01-11
Enterprise Island

Przedwczoraj niesamowity i niewyobrażalny sukces. Genialny interdyscyplinarny duet: biolog i inżynier czyli Piotr i Kris naprawił nasz piecyk centralnego ogrzewania.
Faktem jest, że większość prac przebiegała na klęczkach co mogło mieć swoje znaczenie. Nie chodzi tu nawet o temperaturę, ale o wilgoć w jachcie, z którą walczymy od początku rejsu i teraz ta walka co najmniej się wyrównała. Będą suche rękawiczki i sztormiaczki i trzeba to jakoś uczcić. Naprawdę się świetnie złożyło bo przedwczoraj cały dzień padało, (generalnie dużo pada i pogoda jest bardziej jak w marcu, czyli jesienią a nie w środku lata). Może się jednak doczekamy słonecznego dnia.
Dwa dni temu, spędziliśmy jeszcze cały dzień na gościnnych Wyspach Argentyńskich, czyli u naszych ukraińskich przyjaciół, wycieczki po okolicznych szczytach, odwiedziny w Stacji Muzeum czyli w Chatce Wordiego, nieopodal której przepierza się pingwin cesarski – biedaczyna musi trzy tygodnie sterczeć na brzegu na głodniaka, ale w wodzie bez odpowiedniego upierzenia by długo nie pociągnął.
Objadamy się nieprzyzwoicie, a w związku z pojawieniem się ogrzewania ciężko mówić, że to z powodu zimna. Wieczorem zdjęliśmy cumy i ruszyliśmy w stronę Zatoki Paradise, niestety Cieśnina Penola zawalona lodem i trzeba było podkulić ogonek i się wrócić, a następnie wyskoczyć na otwarty ocean poza wyspy subantarktyczne okalające kontynent i nie zważając na falkę i paskudny deszcz okrążyć zwały paku.
Między wyspy wskoczyliśmy ponownie następnego dnia na wysokości Wyspy Wiencke (nazwanej tak na cześć nieszczęsnego marynarza z wyprawy statku Belgica w której jak wiemy brało udział dwóch naszych rodaków), dalej Zatoka Paradise – jedna z piękniejszych w Antarktyce a ten dzień zakończyliśmy na kotwicy Wyspy Cuverville spowitej gęstą mgłą.
Zobaczymy co będzie dalej, bo z powodu pogody nie chodzimy na bardziej ambitne wycieczki a to się może odbić na naszej psychice (już wkrótce nasze sztormiaki zaczną trzeszczeć w szwach).
Oby słoneczko wreszcie wstało, nawet późno.
br/> Jednak nie. Po dzisiejszym dniu stwierdzamy, że chrzanić słoneczko, nie jest nam niezbędne. A zaczęło się tak niewinnie.



Raniutko o 0600 trochę ubyło mgły i chmury się ciut podniosły czyli szybka wycieczka na duże pingwinisko pingwinów białobrewych na Cuverville. Później mgła zniknęła i chmurki jeszcze ciut do góry – następna wycieczka tym razem na pingwinisko pingwinów maskowych (tego jeszcze nie przerabialiśmy, mamy więc komplet obecnych tu gatunków) na wyspie Orne. Następnie mgła, gęsta mokra mgła. A co można zobaczyć w gęstej mgle, w której nic nie widać? Oczywiście wieloryby.



O ile są blisko. Te były tuż przy burcie Selmy i to długo. Kompletny odjazd. Później mgła troszkę ustąpiła i następne wieloryby, tym razem żerujące, bąblujące, tłukące płetwami o powierzchnię wody. Odetchnęliśmy usatysfakcjonowani, jednak dobry dzień to jest.



Płyniemy płyniemy, obok stado dziesięciu orek… . Poważnie! Natknęliśmy się na nie niechcący i towarzyszyliśmy im dosyć długo.





Doturlaliśmy się do wraku przy Wyspie Enterprise gdzieś na 1900 i następne wycieczki, stare łodzie/waterboaty wielorybnicze, później bezimienna mała wysepka i…, może wystarczy na dziś. Po kolacji napompowaliśmy drugi ponton, żeby jutro jeszcze bardziej zintensyfikować wycieczki bo jak wspominaliśmy cały czas się rozkręcamy. I w nosie mamy mgłę!





Załoga Selmy.
2020-01-08
Półwysep AntarktycznyPoza czasem*

O bergibitach, bananach i kąpielach dla zdrowotności

Mamy problem z bergibitami. Gdzie się nie ruszymy, tam bergibity. Wypływamy z kotwicowiska – bergibity. Przepływamy na wyspę Petermann – bergibity. Jutro też będą na nas napadać. I może nawet pojutrze. A najgorsze jest to, że jeszcze 3 dni temu żyliśmy w kompletnej nieświadomości ich istnienia. Niewiedza bywa błogosławieństwem. Czasami.

Mamy także problem z bananami. Tzn. mamy dużo bananów, z których zrobiliśmy już placki z bananami (2x), smażone banany (2x), banany solo (permanentnie) i w sałatce – a ich nie ubywa. To podobna sytuacja do tej z bergibitami – czego byśmy nie zrobili, one nadal są.

Mamy też problem z kąpielami. Chociaż nie, z kąpielami to akurat nie mamy żadnego problemu, bo ich nie odbywamy. Czyli sytuacja odwrotna do tej z bergibitami i bananami… Ale niektórzy są w desperacji i wtedy skaczą do wody podczas zakładania cum. Woda była nienadmiernie gorąca.

Od 24h pada deszcz**. Płyniemy – pada. Chodzimy po pingwinisku – pada. Śpimy – pada. Budzimy się – pada. Jemy – pada. Pijemy herbatę – pada. Nie spodziewajcie się wobec tego innych relacji – dopóki nie przestanie padać, nie znikną bergibity oraz banany

* Czasu za dużo nie mamy. Stąd opóźnienia w relacjach. A czasem wychodzą takie poza czasem.
** Wiemy, że gdy będziecie czytać tę relację, sytuacja opadowa ulegnie zmianie. Wielokrotnie. I gdzieś kiedyś pojawi się nad nami błękitne antarktyczne słońce i gorące niebo.

Załoga Selmy
2020-01-07
2000
Vernadsky StationSaying that we are too busy to report on what we are busy with sounds a lousy excuse but it is actually true. We move from one spectacular island to another, hiking, visiting penguin rookeries, photographing everything that needs to be photographed, and a few things that do not – and occasionally falling into the icy water. At least one person fell, once. Not quite on purpose. But since every experience is a source of knowledge, we now know that cloths that have been soaked in salty water do not dry completely. Instead they reach ‘Antarctic dryness level’, i.e. remain sort of damp and wet. Well, things not soaked in salty water also remain at the Antarctic dryness level, no matter what.

We passed by Petermann Island, Yalour Islands, and reached Vernadsky – a Ukrainian research base on the Galindez Island in the Argentine Islands archipelago, named after an Ukrainian scientist from 30’s. In the past the station belonged to the British Antarctic Survey, and was called Faraday Station but was offered to independent Ukraine in 1996 for a symbolic 1 pound. It is a busy place with scientists from Ukraine and other countries staying for shorter and longer stays, including wintering over, and many new projects starting all the time.

It was a real thrill to talk to a young Ukrainian scientist who finalizes her PH.D. on whales, and to find out more about what the impacts of changing ice conditions are on the presence (or absence) of some of them here. Killer whales inevitably made it into the conversation because at least some in the Selma crew show a strange fondness for this top predator of the Antarctica.

Ukrainians kept many photos and memorabilia of the Faraday station times, so there is quite a lot of polar history to discover on the walls there. It was the research conducted at the Faraday Station that led to the discovery of the hole in the ozone layer over the Antarctica many years ago. They continue to research atmosphere, plants, animals – everything that Antarctica can teach us. And with the incredible hospitality and friendly atmosphere created by Ukrainian hosts the Vernadsky Station has become a very popular destination for both yachts and cruise vessels, and possibly the friendliest of all stations in the peninsula area.

We have already done a fair share of ‘Antarctica musts’, and we have seen several species of penguins, including our favourite Adélie ones. We will not have time to go really far South (and our ice breaking capacity is not there, either;)) but somebody form the South actually came to visit – an Emperor penguin was discovered in the vicinity of the Vernadsky, standing alone and waiting for its old feather coverage to disappear. They normally breed 2 degrees to the South from here so it was really nice to see one of the famous stars of The March of the Penguins around. Stories of more encounters with the Antarctica flora and fauna to follow.

Magda Kopczyńska
2020-01-07
1800
wyspa Hovgaard
Wojtek i wieloryb fot.Iza

Jeden czerwony jacht na wodach antarktycznych zobaczyć – szczęście mieć będziesz. A dwa? Zacumowane burta w burtę w jednej z zatok wyspy Hovgaard? To już mega szczęście chyba. My w każdym razie z radością przyjęliśmy zaproszenie od brazylijskiego jachtu Paratii, aby właśnie koło niego stanąć na nocleg 4 stycznia, bo zatoka spokojna i kotwicowisko przez nich sprawdzone. Właścicielem (i skiperem) Paratii jest Amyr Klink, który opłynął świat i Antarktydę, a w międzyczasie opatentował z dużym sukcesem (finansowym) kilka wynalazków i teraz jachtów ma więcej oraz marinę w Paratii właśnie, gdzie gorąco nas zapraszał. Wpadł też zobaczyć Selmę, ale wymiany jachtów nie zaproponował, a zresztą nawet gdyby, to kto by ten jego luksusowo wyposażony jacht chciał zamiast naszej Selmy?!

Załoga Selmy
2020-01-06
Stacja Vernadsky6 stycznia ruszyliśmy szukać największych w tej okolicy Półwyspu Antarktycznego kolonii Adélie na Wyspach Yalour. I znaleźliśmy – te najbardziej chyba elegancko prezentujące się pingwiny siedziały z małymi puchatymi kulkami pisklaków i pozwalały łaskawie na sesje fotograficzne w wykonaniu bandy w dziwnych kolorowych strojach. Nad koloniami krążyły skuy (liczba mnoga od skua…) i chociaż niby wiemy, że przyroda nie jest okrutna, tylko wszystkie gatunki walczą o przetrwanie, to chyba trochę byliśmy po stronie tych małych obywateli w czarnych frakach i rzucaliśmy w stronę skuł (?) spojrzenia raczej nieżyczliwe.


Ukraińska skua fot.Iza

A potem znowu włączyła się opcja pt. Magia Antarktydy, bo pod błękitnym niebem sunęliśmy wśród gór lodowych i growlerów, wskakując czasem na ponton, aby obejrzeć te szmaragdy i akwamaryny z bliska, obfotografowując foki, pingwiny i wieloryby. No co będziemy Wam pisać – że pięknie i że przymiotniki wysiadają??

Dopłynęliśmy do ukraińskiej stacji Vernadsky, gdzie dzisiaj - 7 stycznia – obchodzone jest Boże Narodzenie. Odwiedziliśmy tę najgościnniejszą na Antarktydzie stację wieczorem, oprowadzeni przez zaprzyjaźnionego z Selmą Bohdana, geofizyka. Zresztą wydaje się, że wszyscy, których spotykamy po drodze, są z Selmą zaprzyjaźnieni.


A na Vierdnackim fot.Iza



Załoga Selma
2020-01-05
Wyspa Petermann
Pingwiny Adeli fot.Iza

5 stycznia niespiesznie przepłynęliśmy do fiordu na wyspie Petermann, bo tam piękne widoki i pingwinowiska wszystkich 3 lokalnych pingwinów (Adélie, białobrewe i maskowe) oraz pamiątki po zimowaniu Charcota (na jachcie Pourquoi Pas?) w 1909 roku. Udaliśmy się karnie na wycieczkę i byłaby to bardzo piękna wycieczka, gdyby nie padający deszcz – a tak była tylko piękna. Zostaliśmy tam na noc w otoczeniu pingwinich dźwięków i zapachów

Załoga Selmy
2020-01-04
2000
Pleneau Island
Selma i pingwiny fot.K.Jasica

Nadrabiamy zaległości.
Przedwczoraj dotarliśmy pod wieczór (jedynie z nazwy bo jasno jest całą dobę) do Port Lockroy, brytyjskiej Stacji Muzeum. W nocy wachty kotwiczne i taniec z growlerami (mniejszymi kawałami lodu), sypiącymi się całkiem obficie z pobliskiego lodowca. Growlery maja dosyć podłe poczucie humoru, rozpędzają się tyralierą w stronę Selmy i widząc (lub czując), że zmierzamy z tyczką w ich kierunku, tuż przed burtą gwałtownie zmieniają kierunek i próbują z drugiej burty. Jest to wyczerpująca emocjonalnie walka i może trwać w nieskończoność.
Wczorajszym rankiem wizyta na pobliskim pingwinisku, gdzie jest kolonia pingwinów białobrewych, dwa szkielety wielorybów ułożone przez pana Cousteau i następnie expresowe i pod presją czekającego wycieczkowca odwiedziny Stacji. Jesteśmy bowiem w jednym z najbardziej spektakularnych i obleganych miejsc w tej części Antarktyki, prawie jak Plac Św. Marka w Wenecji. Wycieczkowców jest sporo, ale nie będą statki pluć nam w twarz i dzieci nam germanić. Dzięki AISowi (powiedzmy, że to takie urządzenie do identyfikacji jednostek) widzieliśmy je na ekranie i mogliśmy wykołować, znaczy wybrać moment do samotnego przepłynięcia bardzo pięknego Kanału Lemaire. Wszystko się udało, kanał absolutnie zachwycający, dopisały foki i wieloryby.
Skierowaliśmy się następnie do Port Charcot, odkrytego przez swojego imiennika i wtedy nastąpiło apogeum – pływanie wokół, między, obok – ogólnie kręcenie się i zachwycanie wspaniałością i różnorodnością gór lodowych, które zagonione przez sztormy w szkiery między wyspami Bootha, Pleneau i Hovgaard, dożywają swoich dni. Absolutnie wspaniały dzień. Na noc przywiązaliśmy się do szkierów przy Hovgaard, a rankiem obudziła nas mgła oraz chęć eksplorowania.


Selma i góra

Szybki podział na dwa zespoły, pierwszy - Zdobywców właśnie wrócił ze zdobywania (z sukcesem) niebotycznego szczytu Hovgaard Island, a drugi zespół zajął się odkrywaniem pobliskich wysp oraz nieznanych gatunków. Było blisko, Piotr odkrył kałużę i w niej sporo skoczogonków zajętych w najlepsze szybkim rozmnażaniem się. Nie przeszkadzaliśmy i choć są to stworzonka żyjące w glebie (dużo im zawdzięczamy, choć mają do półtora milimetra w kłębie) i w kałuży są skazane na zagładę, to nie uratowaliśmy ich (już się montowała mocna ekipa ratunkowa), Piotr powiedział, że nie możemy zakłócać naturalnego prządku rzeczy. Po obiedzie zamiana zespołów, wszystko się może więc zdarzyć, bo wyraźnie się rozkręcamy.
Pozdrawiamy.


Szczyt fot.Michał Roziel

Załoga Selmy
2020-01-04
1800
Pleneau Island
Selma fot.K.Jasica

(Catching up a bit today)
If you thought you had already seen the ‘boring’ mentioned above, just wait.

We managed to go through Lemaire Channel yesterday. ‘Managed’ because the ice that often blocks this 11km passage between Booth Island and the Antarctic Peninsula had been cleared by the winds we had also experienced for the past 2 days. The sail was smooth, apart from the need to navigate around smaller and bigger chunks of ice floating on the water. And if you put together spectacular steep rock cliffs, glaciers (whoever came up with the idea of ‘Hotline Glacier’ for a name?!), icebergs and whales passing by, you get a ‘day from a guidebook to Antarctica’ experience. And a very beautiful day, for that matter.

Postcards from Antarctica often feature a single tabular iceberg. Where we passed the afternoon of yesterday after Lemaire Channel could easily fill a couple of hundreds of postcards. Some people call it the cemetery of dead icebergs because those majestic blocks of ice get stranded in the shallow (-ish) waters of bays close to Charcot and Pleneau islands. But the place does not have a cemetery feeling about it. It is full of penguins, seals, whales – and krill on which the animals feed. And any attempt at describing shapes, sizes, colours, and, let’s call it, beauty of what we saw would make the story read far too cliché. So please wait for the zillions of photos we will all bring back.

The weather was not the most welcoming one, with drizzles of rain and grey clouds above our heads. We headed for a safe anchorage next to Hovgaard Island, secured our overnight mooring with 4 ropes and went for a quiet night sleep under descending fog.

The morning woke us up with a fog first but then it lifted to remind us what a summer in Antarctica can look like. It was a brief reminder though, lasted for a couple of hours but enough for one group to climb to the top of the mountain on Hovgaard Island. The other group spent the time moving Selma to another anchorage, having a tea, going for a walk, having a tea, and exploring examples of local flora and fauna at the adjacent islet (examples varying in sizes between 1.5mm to 1.5m). Oh, and having a tea afterwards, too. A walk to Hovgaard peak for the second group, took place, as planned, after lunch. In the meantime the first group, in addition to having tea, prepared an amazing dinner which was just what you need after walking up and down in the snow.

Magda Kopczyńska
2020-01-02
2200
Port Lockroy
Magda i czterdziestu pingwinów fot.Iza

Jak już powitaliśmy Nowy Rok, to popłynęliśmy sprawdzić, czy Antarktyda w 2020 wygląda jakoś znacząco inaczej. Wydaje się, że góry lodowe, którymi usiane były i okolice wysp Melchiora, i Schollaert Channel, i Gerlache Strait jeszcze nie wróciły z sylwestrowych balów, bo nadal czarowały koronkami, tiulami, błękitnym muślinem i szmaragdowym woalem.
Gdzieniegdzie pojawiały się bardziej drapieżne przebrania rycerskich zbroi i kołpaków z piórami. No i zdaje się, że na antarktycznego sylwestra cukiernik spisał się na medal – bezy wszelkich kształtów i kolorów nadal czekają na chętnych.
Był też humbak – ale wyraźnie nadal nie odespał noworocznych szaleństw, bo albo pokazał lewe pół płetwy ogonowej, albo prawe, ze dwa razy całą – i tyle. O wyskokach i innych ekstrawagancjach na razie nie było mowy.
Płynąc Gerlache Strait na południe nie mogliśmy nie skręcić w Neumayer Channel – nie tylko dlatego, że widowiskowy niesłychanie, ale też dlatego, że tak nam było wygodniej i po drodze. W prognozie wiatr miał wiać 15 węzłów. I powiał – 15 z plusikiem. Sternicy na sterze byli bliscy opcji krótkiego rękawka, ale rozsądek zwyciężył. Przynajmniej na razie.

Poza tym wszystko u nas w standardowym porządku: robimy za dużo zdjęć, którymi będziemy Was katować do następnego rejsu na Antarktydę (O, zobaczcie, tu był wieloryb! O, tu takie troszkę tylko nieostre zdjęcie albatrosa! O, a ta góra lodowa na tym 14tym zdjęciu wygląda zupełnie inaczej, prawda? O, a ten pingwin to podszedł całkiem blisko!); zmniejszamy ilość zapasów jedzeniowych; omawiamy skuteczne i nieskuteczne sposoby niemarznięcia w ręce/stopy/nosy/uszy (niepotrzebne skreślić); i nieustająco Was pozdrawiamy z tych pięknych okoliczności przyrody.


Górka fot.Iza


Pochwodziób fot.Iza

Załoga Selmy
2020-01-02
2100
Port LockroyA Happy New Year arrived and continues to be such. Icebergs of all imaginable sizes, shapes and colours; a humpback whale that passed by to wave its tail to say hello; and an exciting windy sail through the beautiful Neumayer Channel – if these do not make a good 1st of January, we are not sure what does.

A breezy night kept us awake at an ‘anchor watch’, to make sure that the anchor holds fast, and also to be ready to push away small ice growlers that kept falling off the ice cliffs around us and should not be allowed to hit the hull of Selma. But as the night never gets really dark here it can be a nice 2 hours time to look around, take another set of photos, and reflect on whatever it is one reflects upon when not sleeping at night in the Antarctica.

The morning of today brought a bit more wind, a bit more sun, and a trip to a small Gentoo penguin colony nearby. They are nesting now, and the first chicks are already there so we kept a safe 10m distance not to disturb them and not to encourage skuas that were circling over our heads, waiting for an abandoned nest.

There is a slight possibility

Magda Kopczyńska
2020-01-01
1830
Melchior Islands
Załoga Selmy Nowy Rok 2020

Hop siup i jesteśmy. Może nie jest to rekord świata, ale poszło nam całkiem gładko i bezproblemowo.
Teraz stoimy sobie w zatoczce między Wyspami Melchiora, zakotwiczeni i przywiązani do skał. Już po wycieczkach górskich i pontonowych, po pierwszych zachwytach, rozdziawieniach buź, pierwszych fokach Weddella, pingwinach maskowych, górach lodowych i … dużo by opowiadać a czas się przygotować do balu Sylwestrowego, pieczeń się piecze, brokat się sypie, smalec się smalczy. Dobra nie rozpędzajmy się. Może lepiej: Wszystkiego dobrego w Nowym Roku Kochani.

Załoga Selmy.
2019-12-31
1800
Melchior IslandsSo here we are. We sailed into the Palmer Archipelago through the Dallmann Bay, and then went between the Melchior Islands (the ones with names after Greek alphabet letters) where we dropped anchor some time early afternoon.

And now, after less than 12 hours in the Antarctica proper it feels as if we have been here for weeks. We have seen the bluest of the bluest icebergs, the whitest of the whitest ice; we walked up a glacier and we visited neighbouring bays in a dinghy. And at least some of us are asking ourselves what took us so much time to come back here. And why don’t we do it every year?!

(Maybe it is a good New Year resolution…).

And on that optimistic note, Happy New Year to all, those in the Antarctica and those in all other places, cold and warm alike.

Magda Kopczyńska
2019-12-30
2030
Drake PassageDrake passaging mode continues. Time is split between sleeping, eating, helming, and a growing amount of social interactions – in no particular order. In the meantime, we went through a low pressure area which brought clouds and wind: a nice strong wind which allowed Selma to easily go as fast as 10 knots, and then cover 210 miles in 24 hrs which is quite a nice result. Helming was both fun and a challenge, and a very energetic physical activity, to respond to waves and squalls coming at different or same time from different or same directions. A very good warm up, too.

130 miles left, more or less, till we pass by Smith Island, the first of South Shetland Islands. Obviously, ‘passing’ may actually mean a distance of 10 or 20 or 30 miles, depending on circumstance we find ourselves in. But clearly we are getting close: we crossed 60 degrees latitude South which means we are in the waters covered by the Antarctic Treaty.

A small reminder: the Treaty was signed on 1 December 1959 and entered into force on 23 June 1961, following a successful scientific cooperation of 12 countries during the International Geophysical Year 1957-58. The Treaty determines that Antarctica shall be used for peaceful purposes only, including scientific and research activities. Since its signature several other countries acceded to the Treaty: the sole requirement being that the country would conduct research activity in Antarctica. Following the Protocol on Environmental Protection to the Antarctic Treaty (Madrid Protocol) signature in 1991, Antarctica was declared a nature reserve, devoted to peace and science. However, it still requires further protection, to make sure that the growing economic interests do not destroy its fragile and pristine environment. While the Ross Sea was declared a Marine Protection Area in 2017, turning it into the biggest marine reserve worldwide, attempts to create other MPAs around the Antarctica have been unsuccessful so far.

As Selma is a member of IAATO (International Association of Antarctica Tour Operators), our voyage is subject to strict environmental requirements for trips in that part of the world, including what we must do before and during landing and how to approach animals that we meet on the way.

So we are ready. Now we just have to patiently sail through the remaining 100+ miles into the last day of 2019 and Antarctica.

Magda Kopczyńska
2019-12-30
2000
Drake Passage
Płyniemy bez wysiłku

Niż nas „liznął” jęzorkiem, ale wbrew pozorom został przez nas przywitany bardzo entuzjastycznie. Dzięki niemu rozwinęliśmy co najmniej przyzwoite prędkości. 10 węzłów stałej prędkości (nie, że na zjeździe z fali) pozwoliły osiągnąć przebieg 210 mil w ciągu doby, wstydu więc nie ma. Chętnie byśmy uścisnęli serdecznie naszego „niża” ale (pominąwszy trudności technicznie) zostawił nas samych i wróciliśmy do telepania się z mizerną, zwłaszcza w porównaniu, prędkością a zostało nam około 150 mil do pierwszych subantarktycznych wysp.
Co by tu jeszcze dodać. Pogodę mamy piękną, prawie nie pada, albatrosy szybują, między falami latają warcabniki, czasem wyjrzy słoneczko, wachty kambuzowe serwują przysmaki, wczorajszym hitem były Wojtkowe kanapki nad którym nawet sam Richard rozpływał się zachwytach. Jest dobrze!
Pozdrawiamy.

PS Rodzice pozdrawiają Matyldę :).

PS W związku z nieodwołalnie zbliżającym się końcem roku przygotowania do Sylwestra idą pełną parą. Korzystamy z pełnego zakresu oferty Selma Spa All Inclusive:
świeże morskie powietrze
bicze wodne słoną wodą w temperaturze otoczenia
oczyszczanie organizmu ze wszelkich zbędnych resztek jedzenia
krioterapia 24h
solanki
terapia snem

Zapraszamy!


mniamm


no i kto tak dobrze gotuje

Załoga Selmy
2019-12-28
2315
Drake Passage
We are at what I’d call a quintessential Drake passaging activity. Apart from the red hull and white sails of Selma and albatrosses circling around there is nobody to be seen as we are sailing at 57 degrees latitude with the compass needle pointing South and course 180. Even though it is only the 2nd day at sea there is already a sense of routine, between sleeping, eating, and tasks related to navigating the boat. However, this routine also makes a rather poor narrative for stories so maybe it is a good opportunity to look back at what happened before we found ourselves here.

The crew for this trip started to arrive 23 December. As it was Christmas time, we celebrated it on 24 December with an almost typical Polish Christmas Eve which we held in the premises of AFASYN (the Ushuaia sailing club) and where crews of several other yachts joined. (I will spare you the details, but some of us went to bed at 1, others at 3, and then there was the morning coffee onboard of Selma for those still standing at the end of the party).

At that moment Selma was almost ready with non-perishable food supplies and something like a thousand things that had to be fixed, moved, tied up, stored, re-stored, removed, untied and tied again, and then fixed once more, and which had been done before our arrival. We used 26 December for the final shopping for vegetables and other still missing food supplies, got fresh bread, filled up water, did the final cleaning and fixing - and left Ushuaia around midnight of 26 December.

Interestingly, once we are on our way the question if it is day or night becomes secondary because all that matters is whether it is your turn to take care of cooking and cleaning (once every few days), helming (once every couple of hours), or sleeping (at any time available in between the other two). Hence midnight is as good a time to leave as any other.

We sailed east from Ushuaia, on the Argentinian side of the Beagle Channel, and then we turned South. And we should stay like this for a couple days until the White Continent and its neighbouring islands show up on the horizon.



Magda Kopczyńska
2019-12-28
2300
Drake Passage
Dawno się nie odzywaliśmy ale prace przy Selmie wciągnęły nas aż do Świąt. Przybył nam nowy sufit, drewno w sterówce, troche elektroniki z AISem którego brak niektórym doskwierał nie wiemy czemu :) (tu serdecznie dziękujemy Piotrowi Okońskiemu za pomoc, pomysł i jego realizację). Przybyło trochę drobiazgów których nie będziemy już wyliczać. Po długim postoju oddaliśmy cumy. O czym poniżej napisał Damian.
Tymczasem Najlepsze Życzenia Poświąteczne i Przednoworoczne.

Pozdrawiamy
Piotr i Kris

28.12.2019

Jesteśmy w morzu od półtorej doby więc wypada się odezwać i chociaż skrótowo przedstawić załogę, która jest oczywiście rewelacyjna. Oderwaliśmy się od keji w Ushuaia lekko po północy 27 – go, z niemałym trudem, trzeba było bowiem odrąbywać toporami i maczetami nasze sprawy i zobowiązania lądowe. Większość z nas jest nieźle zmordowana życiem lądowym i czuliśmy, że nasze głowy przypominają dzbany, a ściślej mówiąc nasze mózgi przypominają przepełnione dzbany. Wróćmy do rewelacyjnej załogi w skład której wchodzą: Beata, Kama, Iza, Magda, Michał, Piotr, Kris, Richard (czyta się Riszar – mamy więc mamy bardzo sympatycznego Francuza), Jurek, Wojtek i Damian. Zapowiada się to wszystko fantastycznie. Póki co płyniemy sobie niespiesznie na południe, wiatry słabe lub umiarkowane. Zapowiadany niż się spóźnia ale może nas jeszcze „liznąć” nie wiemy tylko czy będzie to języczek czy jęzor. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pozdrawiamy wszystkich serdecznie!

Załoga Selmy



Nudna żegluga.



Nowy sufit i zegary w sterówce.



Nowe szafki w sterówce.



.
2019-12-24
.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia,

chcemy Wam życzyć, aby ten czas nie był stracony.
Znajdźcie także chwilę na odpoczynek, zaplanowanie realizowania marzeń /także z Selmą ;)/.

Jednym słowem zdrowych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia
oraz pomyślnych wiatrów w Nowym Roku

życzy cała ekipa Selmy
Gocha, Marta, Krzysztof i Piotr

PS Wraz z życzeniami przesyłamy Wam w prezencie plany na przyszły sezon Selmy.


.