Tel. sat. iridium na pokładzie Selmy: 881621440894.

Bramka do wysyłania bezpłatnych SMS-ów: http://messaging.iridium.com.


ZAŁOGA PROSI O NIEUŻYWANIE W SMS-ACH POLSKICH LITER I PODPISYWANIE KTO JEST NADAWCĄ WIADOMOŚCI.

Wiadomości od: do:

data jacht, pozycja wiadomość
2017-11-22
Atlantyk
Niebo fot. Piotr Kuźniar

Nowy grafik, czyli o rozpisce tyrana: otóż się czasem stoi za fajerą w pojedynkę. Przez godzinę, w ciągu dnia. Na maszcie bezana jest taśma do wpinania szelek bezpieczeństwa. Jak również telefonu. Słuchawki prowadzimy pod pachą. "Poranek" Griega, "Summer in Berlin" Alphaville, "Let Love In" Cave'a, "Drive Driven" Yello - wszystko działa jako podkład pod siedem węzłów. Surrealizm mariażu środka Atlantyku z chwilowym hałasem cywilizacji.


Selma fot. Piotr Kuźniar

Rozpiska przewiduje również wachtę świtową (przed ósmą rano) odpowiedzialną za obsługę wiadra i szczotki oraz konserwację powierzchni płaskich. Mycie pokładu, znaczy. Wiadro na długim, rudym krawacie za burtę. Poderwać w odpowiednim momencie, to znaczy zanim przejdzie linię ciała wachtującego. Woda, szczota, otwory w falszburcie.
Następnie cztery godziny zajęć terapeutycznych i kształtujących charakter, czyli robót dejmańskich. Wykonywanie opasek wszelkiej maści, szycie pokrowców na patelnie, naprawa elementów olinowania, zszywanie łbów krawatów, usuwanie drobnych usterek jachtowych. Nic dziwnego, że zaczynamy snuć marzenia. Do waypointu przed skrętem w Kanał Beagle'a jeszcze 4.300 mil morskich. Batyskafy zatem, survival na wyspach bezludnych i lądowanie ze spadochronem na lotniskowcu. "Pokaż mi swoje marzenia, a powiem ci, kim jesteś". :)
Szczęściem chwilowo w zupełności wystarczą zielona herbata z cytryną i najpiękniejszy pokój kąpielowy świata: rufa, wiadro (to od mycia pokładu), szampon, butelka ze słodką wodą prosto z beczki. I granatowe fale pod lekko wystrzępioną banderą.

Serdeczności od nas wszystkich


Wachta fot. Piotr Kuźniar

Jeśli chodzi o stronę żeglarską to wpłynęliśmy w zakola prądu równikowego. Woda gorąca. Pływają w niej wodorosty. Do równika już nie daleko chyba złapaliśmy południowo-wschodni pasat. Obłoczki i upał.

Pozdrawiamy serdecznie czytaczy.
Przychodzi do nas sporo smsów z hasłem niewłaściwe kodowanie USC2 - nie wiemy nawet od kogo.

Ola S.
2017-11-18
Atlantyk
Genaker

Temperatura wody - dwadzieścia osiem stopni. Z wiatrem słabo. Co robimy? Skaczemy! Nie sobie nawzajem do gardeł, aż dziwne, przy tyglu silnych osobowości i niewielkiej przestrzeni :)
Skaczemy z burty, skaczemy z dziobu, skaczemy z rufy. Do oceanu. "Selma" inaczej wygląda z perspektywy rozkołysanej powierzchni Atlantyku. Pode mną cztery kilometry wody, przez maskę błękit jak z palety, wokół granatowe fale, niższe- wyższe, po horyzont, żadnych dźwięków poza pluskiem, jedyną obietnicą bezpieczeństwa jest jacht w dryfie.


Kąpiel

Pół godziny, czterdzieści minut pływania, dobrze jest rozciągnąć wszystkie mięśnie, odpłynąć na sto-dwieście metrów, zanurzyć się z głową w chłodniejszej od powietrza wodzie, i wrócić - nie bez pewnego wysiłku - rufą do pływającego domu.
Pobieramy haracz od natury za tegoroczne słabe polskie lato; wpłynęliśmy w słońce, upały, wszyscy coraz bardziej opaleni, najprzyjemniejszym miejscem jest kosz dziobowy, tam jest nawiew nawet w południe. Się siedzi na dziobie, nogi oparte o kotwicę, nie słychać rozmów ani silnika, słońce na ramionach i stopach, luksus rozmyślań w namiastce samotności, aż człowiekowi inspiracje kambuzowe przychodzą do głowy w postaci karmelizowanych oliwek z octem balsamicznym i tapenadą pomidorową na krakersach z serkiem. Ograniczony wybór produktów na jachcie? Etam, proszę państwa; wrota kuchni fusion stoją otworem :)
Zresztą każdy kuk się stara, kambuz wydawał już naleśniki z nutellą i brzoskwiniami, racuchy z jabłkami, kluski leniwe i sałatki w dziesiątkach odsłon. Nie ma miękkiej gry ani łatwizny, hehe. Selma Lines synonimem wysokiego standardu usług. Business class i klub dla VIP-ów :)
W związku z czym trzeba posprzątać i umyć różne kąty, dzisiaj moja kolej. Kataryna pracuje. Pod pokładem bardzo ciepło. Luki pootwierane. Łodzią kołysze na boki, żagle zwinięte, średnio korzystna fala. Zmywanie i mycie kingstonów skończy się kompletem siniaków. Ale - jak wyżej - nie ma miękkiej gry.
Już prawie dwudziesta druga.
Dobranoc. Jutro znów na dziób!

PS Rano. "Tu zaszła zmiana". Nocą - zamknięty luk i deszczowy rytm, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Wachta od ósmej - ulewa, grube, gęste krople, ciuchy mokre w kilka minut, ciepło. Można umyć głowę za sterem, spłukać deszczem, patrzeć na kolegów myjących się w wodzie ze zwiniętej na prawej burcie genuy.
Słońce pomału wyłazi zza chmur. Ster, pomarszczona skóra na rękach, woda spływająca z włosów na kark, trochę napadało do kubka z poranną kawą - i nie ma miejsca na ziemi, gdzie by chciało się być bardziej :)
Podobnych nastrojów Wszystkim, którzy daleko a których kochamy.

PS Wysyłajcie smsy przez bramkę internetową ze strony. Przychodzi sporo smsow których nie możemy odczytać.

Dział pozdrowień:
Pozdrawiamy serdecznie Camping Marine i cały klan Kocewiczów. Co tam u Was słychać? Janek mówi że żyje i nic mu nie jest. Pozdrawia.
Ekipa remontowa przesyła głaski dla kota Bolka i pozdrowienia dla pana Stefana z koszarki.

Ola S.
2017-11-15
Atlantyk
Zachód fot. Ola Sobczak

Ruszył klub fitness "Za Tratwą". Ręcznik na pokład. Brzuszki. Pompki. Ćwiczenia na mięśnie ramion z użyciem ołowianych ciężarków nurkowych w przepięknym, lazurowym kolorze. W przechyłach pracują inne mięśnie, niż zwykle, w tym te, których istnienia się nie podejrzewało. Mateusz: "I po co się męczysz? Nie każdy musi być komandosem, w logistyce też ludzi potrzebują. Skrzynki z amunicją się same nie przeniosą." Nie rzuciłam ciężarkiem. Jestem fakirem oraz szlachetna. :)

Zdaniem Oli M. genaker jest playboyem. Po dwóch dniach uznałam, że genaker to nie playboy ani hipster ze Zbawiksa, ze "Sklepami cynamonowymi" pod pachą (nadal w celofanie, nie ma się czytać, ma się pokazać), zamawiający herbatę z miłorzębu japońskiego zbieranego w trzeciej kwadrze. Genaker jest na to zbyt pożyteczny, gwarantując dodatkowe węzły. Ale faktycznie dandys z niego, dandys wymagający, spuszczony z oka cuda wyczynia, zwija się z fochem i tłucze relingiem jak potępiony. Artysta. Strzemiński, albo Klaus K. z wczesnych filmów Herzoga.


Spokój fot. Ola Sobczak

Wczoraj rano pokład na dziobie i relingi wycieraliśmy z żółto-różowego osadu. Piasek saharyjski, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, dotarł na "Selmę" z odległości bez mała pięciuset mil. W melanżu z mgłą wodną otacza nas na widnokręgu podzwrotnikową zasłoną, nic dziwnego, Zwrotnik Raka ponad dwa stopnie za nami. Róż i sól na rękach, latające ryby wpadające nocą na pokład, część daje się uratować, inne lot w stronę światła przypłacają życiem. Skrzydła mają jak ważki, nad wodą w ławicy podobnie wyglądają. A zasłonę podzwrotnikową mamy i w nocy, Marzena mówi, że jesteśmy jak "Latający Holender", i coś w tym jest, horyzontu nie widać, pchani genakerem podróżujemy w ciszy, księżyc wstaje coraz później i coraz węższy, wczoraj wypłynął z mgły około czwartej jak łódka pełna waty, zostawiając na wodzie bladą ścieżkę. Nie należy zbyt długo o tym myśleć, jeszcze się na wachcie przed trzecią zobaczy na dziobie kogoś, kogo nie ma tam prawa być. A dzisiaj to moja wachta. Wprawdzie dzisiaj duża genua zamiast genakera, ale jednak.

Miłego wieczoru wszystkim na północnym wschodzie. :)

Ola S.
2017-11-12
Atlantyk, 3100 Mm pd SzczecinaDzień Niepodległości, marszu nie stwierdzono, ale bez bieli i czerwieni nie mogło się obejść. Wczoraj postawiliśmy dużą genuę - idąc pod trzema żaglami uznaliśmy z Wojtkiem, że fajnie byłoby zdjęcie "Selmie" zrobić, z kilkudziesięciu metrów, żeby tych niebywałych sto metrów kwadratowych dziobowych pokazać, w przechyle, w słońcu, w pełnej glorii i w ogóle :)
Po czym z forpiku wyjechał wór z genakerem. Biało-czerwonym, a jakże. Oglądali Państwo, Czytelnicy szanowni, film "Wiatr"? Doskonale. Genua zjechała, w ramach gier i zabaw pokładowych powstała, ponownie zjechała, genaker wydał filmowo wzorcowy dźwięk "Whomp!", jak na whompera przystało, świetnie się zza steru patrzyło na siódemkę pracującą przy żaglach, dokładając starań do kursu dwieście-dwieście dziesięć.

Dźwięk przedniego żagla się zmienił, jest ciszej, chwilami wydaje się, że płyniemy nad powierzchnią Atlantyku.
Wydęty genaker daje dodatkowe węzły, osiem knotów na wskaźnikach niesie nas w dobrym kierunku. Od Szczecina dzieli nas już ponad trzy tysiące sto przepłyniętych mil morskich.
Dzień Niepodległości. Trzy tysiące mil.

A popołudniem kolega Janek wypucował się, że ma urodziny. Ogólne poruszenie zrodziło kartkę urodzinową z "Żaglowcem" Ajwazowskiego i wojtkowe ciasto czekoladowe. Od skippera (Piter w białej koszuli, klękajcie narody :)) - dwa piwa olandrowe i trzy litry wody do prywatnego użytku. TRZY LITRY. Sześciokrotna dzienna racja ablucyjna. Rozpoczęto petraktacje z jubilatem, na forum i na boku. Osobiście zamierzam przehandlować kąpiel za wachtę kambuzową. TRZY LITRY!

Przed szóstą rano Orion nad prawą burtą ułatwiał sternikom życie, po czym zbladł razem z księżycem nad topem, gdy słońce wstało jak kulka lodów brzoskwiniowych za cienką warstwą chmur. Po całym dniu ciepła na pokładzie, po "Sto lat" dla Janka, z lewej burty znów nadciągnęły delfiny. Pod różowiejącym niebem. Gdyby ktoś cały ten landszaft namalował - wyszedłby kicz nad kicze, nawet bez jelenia i rykowiska. A tymczasem.. Że zacytuję Olę M.: "Selma Lines w rejsie turystycznym do Ushuaia zapewniła dzisiaj uczestnikom komplet atrakcji." :)

Piter pozdrawia klubowiczów - uczestników dzisiejszych regat na Optymistach.

Załoga Selmy
2017-11-09
Teneryfa, San Miguel
fot. Ola Sobczak

Póki co bujaliśmy się od portu do portu, relaksik, pranie (luksus!), gorący prysznic (drugi luksus!), kambuz wydawał zgodnie z fantazją kambuźnika, wody do mycia grzbietu ile chcieć. Dzisiaj zaczynamy inny etap. Drugi oficer z żelaznym chwytem nad sztauplanem oraz racjonowanie słodkiej wody do mycia, zresztą dwie beczki tejże zostaną umieszczone na rufie jako dodatek do dwóch ton w burtach. Pięćdziesiąt dni żeglowania, które zastąpi turystyczną rutę ze zwiedzaniami.
Będzie nas ósemka. Piter, Ola M., Wojtek, Jasiek, Marta zwana Małtą, Mateusz, Marzenka dołączająca dzisiaj oraz yours truly. Eight companions, the fellowship of the helm, ha ha :) one does not simply sail into Tierra del Fuego.


fot. Ola Sobczak

Dotarliśmy do mariny San Miguel na Teneryfie, wytarliśmy stare kąty, w tym stołki w znanym barze u Niny na wybrzeżu, dzbanek sangrii zimny i owocowy, wieczór zaliczamy do udanych. Dobry początek innego etapu, ha.


fot. Ola Sobczak

Kama i Rakun dzisiaj zsiadają, jakoś trudniej nam oddać cumy, pomimo słońca już tropikalnego. Jeszcze parę rzeczy do zrobienia, coś przy żaglach, coś przy beczkach, coś przy ostatnich zakupach. Popołudniem zapewne wypłyniemy. Arturo doniósł o słabych początkowo wiatrach, dostałam fajoskie zapewnienie, że postara się nas szybko doprowadzić do Ushuaia. Mam własne nieduże marzenie o Falklandach, kto wie. W razie czego zażalenie do Neptuna się wyśle. Parę tygodni, parę tysięcy mil morskich, masa czasu na oceanie, codziennie innym.

Ucałowania dla Basiora i dla kilku innych Ważnych Osób.

Cała załoga pozdrawia życzliwych na lądzie.

Ola S.
2017-11-06
Atlantyk w drodze na Wyspy KanaryjskieNiecałe trzy dni w Lizbonie - jednym z najbardziej niezwykłych miast portowych, jakie znam. Że fado i Alfama i potwornie turystyczny żółty tramwaj, trzysta metrów za trzy siedemdziesiąt - to wiadomo. Ale też rozkafelkowanie kamienic i antykwariaty z kartonami pełnymi kafli różnych, pnącza, smoki, statki, syreny. I sardynki w puszkach kolekcjonerskich, ceramiczne, na muralach i - przede wszystkim - na talerzu. I niespodziewane zaułki z dwoma stolikami i wiaderkiem sangrii, koty po nocy pod zamkiem, widoki na ujście Tagu i zatokę, a każdy inny; i różnobarwny tłum na granicy Europy i Afryki, tłum, któremu się nigdzie nie spieszy. Niby przed nami inne miasta, ale żal było odpływać.

W znanej już "Selmie" marinie Cascais wsiedli Kama i Rakun, duża radość, oddaliśmy cumy w dziewiątkę - i Neptun, zdaje się, przypomniał sobie o szczecińskim zobowiązaniu. Baksztagiem idziemy w stronę Wysp Kanaryjskich, o silniku nikt nawet nie wspomina.


fot. Ola Sobczak

Jest coraz cieplej, wczoraj przed południem minęliśmy "przylądek ciepłych gaci", że zacytuję Pitera, czyli Cabo de Sao Vicente. Skoro tak, to wachty w krótkich rękawach, znacznie łatwiej suszy się lekki zestaw po wchodzących do kokpitu dziadach, cha cha, o czym się dzisiaj z Martą przekonałyśmy na własnych słonych skórach. Baksztag - fitness aerobowy w pakiecie rejsowym, zakwasy po kręceniu sterem - check, ćwiczenia na mięśnie ud - check.

Już ponad dwa tysiące mil morskich dzielą nas od domu. Jutro wieczorem mamy nadzieję dotrzeć na Teneryfę. Chociaż wiecie, słoneczka, to zależy.. :) Serdeczności od nas wszystkich.

Ola S. i załoga
2017-11-03
Za nami La CorunaDorotka została w Corunii - co nie znaczy, że zniknęła z algorytmu wacht. Dorotka ma długie włosy spięte w kucyk. Albo brodę. Albo tatuaże. To zależy. Dzisiaj na przykład miała krótkie włosy pod turkusową czapką, szykując kanapki z pancernego chleba i sosu kocewiczowego. Zdarza się.

Za nami Biskaje, w znacznej części na silniku. Za nami Coruna. Za nami kontakt z "Roaldem Amundsenem", szkolnym żaglowcem z Kilonii. Nawiązano łączność, przeliterowano selmiańską nazwę, pochwalono się, że Selma dotarła wzorem kilońskiego patrona do Zatoki Wielorybów. A jak, niech wiedzą :) Planowano meeting, ale że po zmianie kursu na pływającą szkołę straciliśmy jakieś trzy węzły na prędkości, zrezygnowano. Podkówka i smuteczek. Oraz niepubliczny foch.


fot. Ola Sobczak

Nie wypada nie wspomnieć o jeździe pod rozgwieżdżonym do nieprzytomności niebem, dobę temu. Do dwunastu węzłów, z księżycem z lewej strony grota, lewa noga zgięta, prawa prosto, ster w kontrze do dziobu lecącego w lewo, i zjazd na fali w pianę po obu stronach. Bez trzymanki, proszę państwa. Aż żal, że się skończyło.

Obecnie słońce jak z katalogu, granatowe morze i delfiny po nocy; niedługo będziemy w Lizbonie, wreszcie krótkie spodnie i można leżeć na pokładzie na brzuchu, czytając, pisząc bajki o smutnym bezanie - to Ola M. - i wymyślając opłynięcie Hornu rowerem wodnym z Selmą jako partnerem strategicznym - to Mateusz. Wsiądą Rakun z Kamą. Nie możemy się doczekać. I trochę tęsknimy za tymi, co w kraju. Ci, co trzeba, wiedzą.

Ciepłe myśli na północny wschód.

fot. Ola Sobczak

Ola S.
2017-10-26
u progu Zatoki BiskajskiejTrasa przez Kanał La Manche przypominała kształtem zasieki na grotmaszcie. Prawy hals - kilka godzin w kierunku Francji - lewy hals - namiar na wybrzeża Jej Królewskiej Mości. I powtórka. Drugiego dnia patrzy się już na mapę z żywym zainteresowaniem, zawierając ze sobą wewnętrzne zakłady: a gdzie to mianowicie dzisiaj się człowiek znalazł? Skoro wiadomo, że niekorzystny wiatr to podwójna droga, potrójny czas i poczwórna lekcja cierpliwości, a wszystko w jednym niecodziennym pakiecie?

Nudno nie jest, w ramach czekania na wiatr odśpiewano wczoraj "Krakowski spleen" allegro vivace oraz bardzo głośno. Ola M. wykonała całkiem prawidłowe zęby z papieru z myślą o noku bomu. Umieszczono we właściwym otworze. Każdą wachtę nadzoruje obecnie wyszczerzona paszcza z czarną jamą całej długości bomu. Pojawiła się pierwsza atrakcyjna żywizna w postaci stada delfinów, zapewne delfinów zwyczajnych, zgodnie z uczoną księgą "Whales and Dolphins".

Przestało nadmiernie bujać, co sprzyja rozwojowi życia towarzyskiego i higienie (pusta butelka po "Staropolance", menażka gorącej wody, wygodny fotel kąpielowy w kingstonie). W nocy przyszła mgła i siadła na pokład. Prawą i lewą burtą mijaliśmy przedziwne kształty postaci czepiających się relingu. Statki na rucie z lewej pojawiały się w bladej poświacie jak widma. Został obrys łodzi i obserwacja radaru - czy nie pojawiają się rdzawe kropki zapowiadające towarzystwo: kutrów, kontenerowców, dużych statków pasażerskich.

Jest parę minut po dwunastej w południe. Wyłączyliśmy silnik. "Selma" kołysze się spokojnie pod szarym niebem, messa wraz z nią. Mam wachtę za dwie godziny, póki co herbata z mlekiem i książka. Piter ponownie zanurzył się w narzędzia i śrubki, układając je według nowego systemu. Życie jest doskonałe.
Czekamy na słońce. Jesteśmy u progu Zatoki Biskajskiej.

Uściski dla wszystkich, o których myślimy.

Ola S. i załoga Selmy
2017-10-22
Ramsgate, Anglia

Nadrabiamy zaległości informacyjne.
Wyszliśmy na Jezioro Dąbie, mając w perspektywie dziewięć tysięcy mil morskich dzielących nas od Ushuaia.

Oddaliśmy cumy osiem dni temu – kalendarzowo. Intensywność życia na pokładzie Lady in Red sugerowałaby, że dużo wcześniej. Jakby „Olander” Oli i Andrzeja (żeglarzy, selmiańskich przyjaciół, właścicieli szczecińskiego Campingu „Marina” PTTK – o nich można by długo) odprowadzał nas Odrą i żegnał syreną przynajmniej trzy tygodnie temu.

Bałtyk przyjął „Selmę” lekkim rozkołysem; październik ma swoje prawa – ospałość rozwlekła wszystkich po kojach. W Kilonii pomachaliśmy na pożegnanie Kubie i Wojtkowi, w prowadzący do Łaby stukilometrowy Kanał weszliśmy w ósemkę. Mijając współpodróżników mniejszych i większych, z szarym kolosem marynarki wojennej włącznie, spotkaliśmy jacht pod polską banderą – „To wy jesteście ta słynna Selma?” Oh yeah baby, oh yeah.

Z koksem ruszyliśmy po wyjściu z Cuxhaven. Towarzystwo się zmieniło: tankowce, kontenerowce, holowniki ze szpetnymi a długimi odwłokami, platformy wiertnicze za dnia wyłażące z mgły jak widma, nocą rozświetlone jak pływające miasteczka. Z UKF-ki schleyerowski wolapik rozmów morskich, pod pokładem prace porządkowe. Minęliśmy Helgoland.

A potem wkurzył się Neptun. Może nie tę whisky dostał na Dąbiu, niewybredny żartowniś. Szkwały do pięćdziesięciu węzłów i ołowiane chmury, fale i niespodziewane płukanie pokładu. Selma na lewym boku, z kliwrem nisko nad wodą. Kto został z suchym ciuchem pod sztormiakiem – ręka w górę. Stałam w sterówce po wachcie w mokrych polarach i przemoczonych szelkach, zmęczona i trochę zła. Ze spaniem ciężko: przez wiele godzin kajuta dziobowa unosiła się i po męczącej chwili opadała z łoskotem, jakby ktoś walił stalowym młotem w blachę. Żeby dotrzeć do brzegów Anglii, wielokrotnie zmienialiśmy hals – krótki, rwany sen z plecami wpartymi na zmianę w listwy pod jaskółką albo w trzeszczącą sztormdeskę.

Od dwóch dni stoimy w Ramsgate, czekając na korzystniejsze warunki pogodowe – odpowiedź straży portowej na kanale 14 „Selma Expeditions, go ahead” była wiarygodną obietnicą gorącego prysznica i pralni. Pierwszej nocy zerwało nam jedną z cumek: prognozy się sprawdziły. Stoimy wzdłuż falującej kei pontonowej, na której wieczorami gromadzą się stada tłustych mew. W oczekiwaniu na ustąpienie huraganu kończymy prace poremontowe. Pitera można zobaczyć głównie pochylonego nad przykrytym kocykiem stołem w messie, zawalonym skrzynkami z narzędziami, śrubkami, wkrętami i Buka wie czego jeszcze. Poprawiono niedociągnięcia z zasilaniem. Uszczelniono parę miejsc. Umyto nadbudówkę i pokład.

Szczęściem miasteczko śliczne, Anglicy uroczy (komandor z lokalnego jachtklubu użyczył z przeproszeniem własnego węża do wody) i morale ma się dobrze. Nie ma dnia, żebyśmy nie ryczeli ze śmiechu. „Nie każdy chłop z widłami to Zeus. Czy tam inny Neptun”. I coraz lepiej się poznajemy – interesująca zbieranina osobowości.

Wczoraj dystyngowany wieczór w jachtklubie w związku z oddawaniem komandorowi węża (po nie-do-cenzuralnego-opisania upchnięciu go w diaboliczny krążek z tworzywa sztucznego). Trafalgar Day gospodarze mieli. Rocznica 1805 roku, Nelson, te rzeczy. Visiting Yachtsmen Welcome. Panowie w smokingach, panie w tiulach i sukniach wieczorowych. Dorotka w ślicznym barankowatym polarku. Założyłam nowe białe trampki i koszulkę kaphornową. Cydr i ale. Elegancja.

Dzisiaj około dwudziestej polskiego czasu chcemy wypłynąć. O co pięknie się prosi chłopa z widłami.

Serdeczności dla wszystkich w kraju. Ode mnie – dla Basiora i Heleny w szczególności.

Ola